Na Wileńszczyźnie niczego nie muszę udowadniać, po prostu śpiewam

Koncert Gabrieli Vasiliauskaitė podczas gali finałowej konkursu Dziewczyna „Kuriera Wileńskiego” – Miss Polka 2010.
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Litwa to mały kraj, którzy ma bardzo mały rynek artystyczny i nie może zapewnić pracy wszystkim absolwentom akademii muzycznych. Ten rynek jest mały nie tylko dla twórców, lecz także dla odbiorców. Dostęp do kultury na Litwie naprawdę nie jest łatwy – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” znana litewska śpiewaczka operowa i Polka z Litwy Gabriela Vasiliauskaitė.


Czas pandemii szczególnie uderzył w artystów, którzy nie mogą występować i borykają się z wieloma trudnościami. Pani ma jednak inny i to raczej radosny powód, by ograniczyć aktywność zawodową…

Tak, spodziewam się dziecka, już w marcu będziemy mieli córeczkę. W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, do zdrowia matki przykładana jest bardzo wielka waga. Ponieważ uważa się, że śpiewaczka operowa jest szczególnie narażona na możliwość zarażenia różnego rodzaju chorobami, nie tylko covid-19, w czasie całej ciąży nie wolno mi pracować. Można więc powiedzieć, że urodzenie dziecka, łącznie z urlopem macierzyńskim, niezależnie od pandemii, wiąże się z koniecznością rezygnacji z występów na prawie dwa lata. To bardzo długi okres dla artysty. Teraz, w czasie pandemii, gdy nie ma możliwości pracy w zwykłych warunkach, nie jest to wielkie ograniczenie. Jestem w domu, koncentruję się na innych rzeczach, na życiu osobistym i nie myślę o możliwościach, które mi uciekają, bo po prostu takich nie ma.

Jak wygada w Niemczech sytuacja artystów? Czy mogą liczyć na pomoc państwa?

Dużo zależy od tego, w jaki sposób pracowało się przed pandemią. Ja jestem w dosyć dobrej sytuacji, bo mam też stałą pracę w teatrze w Kilonii, gdzie śpiewam w chórze. Wcześniej bardzo wiele projektów realizowałam również jako freelancerka. To daje dużo satysfakcji, bo można się realizować zgodnie ze swoimi upodobaniami, występować w różnych miejscach i tworzyć coś własnego. Jednak w czasie pandemii osoby, które były wyłącznie freelancerami, znalazły się w gorszej sytuacji. Ja mam stabilność finansową, którą daje mi teatr w Kilonii, ale osoby, które wcześniej świetnie zarabiały i realizowały się artystycznie wyłącznie w ramach projektów, teraz często znajdują się w bardzo trudnej sytuacji. Oczywiście pomoc państwa jest, można się o nią ubiegać, ale zapomogi nie zagwarantują życia na dawnym poziomie. Zdarza się więc, że ludzie muszą zmienić dawny tryb życia, a nawet wyprowadzić się z dawnego mieszkania do dużo skromniejszego. Niezależnie od pomocy państwa nie jest to łatwy czas dla artystów, a przeżywanie tej sytuacji utrudnia na pewno to, że nie wiadomo, kiedy ona się zakończy.

W roli Maxa w muzycznej bajce dla dzieci Wilhelma Buscha „Max i Moritz”. / | Fot. archiwum

Czy nie myślała Pani o powrocie w takim czasie do Wilna? Czego brakuje na Litwie młodym artystom? Dlaczego tak wielu z nich wyjeżdża?

Wydaje mi się, że na to pytanie mogłabym odpowiedzieć jednym słowem – brakuje pracy. Litwa to mały kraj, którzy ma bardzo mały rynek artystyczny i po prostu nie może zapewnić pracy wszystkim absolwentom akademii muzycznych. Ten rynek jest mały nie tylko dla twórców, lecz także dla odbiorców. Bardzo często patrzymy na kulturę na Litwie z perspektywy Wilna, myślimy o tym, z jakich propozycji my możemy skorzystać, ale zupełnie inaczej wygląda to, gdy spojrzymy z perspektywy mieszkańca małego miasta. Dostęp do kultury na Litwie naprawdę nie jest łatwy. Tak naprawdę mamy tylko trzy miasta, gdzie to życie kulturalne toczy się aktywniej, ale ludzie mieszkający z dala od Wilna, Kowna czy Kłajpedy muszą włożyć dużo wysiłku, jeśli chcą iść do teatru czy opery, nic więc dziwnego, że nie mają takiego zwyczaju. W Niemczech ta sytuacja jest zupełnie inna. Kultura to ważna część życia większości miast i tych propozycji jest bardzo dużo. Na Litwie ten brak wyboru wyraża się też w tym, że tak naprawdę niewielu artystów pracuje tylko w kraju. Tak może być w przypadku ludzi starszego pokolenia, profesorów akademii, ale młodzi artyści, żeby mieć wystarczająco dużo pracy, muszą brać udział w zagranicznych projektach. Jeszcze jedno – bardzo często przeciwstawiamy sobie wyjazd i pozostanie w kraju, patrzymy na to jako na wybory życiowe, które ktoś dokonuje w konkretnym celu. To nie jest do końca tak, na pewno bardzo duży opór budzi we mnie licytowanie się, co się bardziej opłaci, zostać czy wyjechać, a tak właśnie ukazuje to często prasa. Wiele zależy od okoliczności, w jakich rozpoczynamy pracę, od tego, czy pochodzimy z rodziny muzyków, czy też nie, od zaplecza, jakie mamy. Nie uważam, że trzeba wyjeżdżać z Litwy, żeby realizować się w muzyce, ale jednocześnie mogę powiedzieć, że możliwości w kraju są naprawdę bardzo ograniczone.

A studia? Czy tu Litwa też nie wystarczy?

Wyjechałam po studiach pierwszego stopnia na Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru, więc w moim przypadku na pewno nie był to jeszcze wystarczający poziom. Studia magisterskie skończyłam już w Hamburgu i na pewno były mi one potrzebne. Myślę jednak, że magisterka w Wilnie również byłaby dobrym rozwiązaniem. Studia za granicą dają oczywiście pewne możliwości. W tym czasie można zadbać nie tylko o zdobywanie nowych umiejętności wokalnych, lecz także poznać lepiej język, zrozumieć, jak działa tu teatr, jakie oczekiwania stawia się wobec artysty. To potem widać na przesłuchaniach. Ludzie, którzy przyjeżdżają z innych krajów, czują się mniej pewnie, często muszą pokonać po drodze wiele zupełnie niepotrzebnych trudności. Myślę więc, że odbycie przynajmniej części studiów za granicą to dobry pomysł. Nie dlatego, że Wilno daje zbyt słabe wykształcenie. Ja moją akademię muzyczną wspominam z dużą wdzięcznością. Miałam szczęście, bo studiowałam pod kierunkiem prof. Vladimirasa Prudnokovasa, naprawdę wspaniałego nauczyciela. Gdy porównuję systemy na Litwie i w Niemczech, stwierdzam też, że Wilno dało mi jeszcze jedną bardzo cenną umiejętność, której w Hamburgu o wiele trudniej byłoby się nauczyć. Na Litwie o wiele większą uwagę przykłada się do całości artystycznego wyrazu, aktorstwa czy tańca. W Niemczech niemal zupełnie tego nie ma, jest za to bardzo dużo teorii. Na scenie stają więc bardzo dobrze przygotowani merytorycznie i technicznie śpiewacy, których reżyser musi uczyć, jaką mają przyjąć postawę, jak podnieść rękę itd. W Wilnie to coś oczywistego.

Czytaj więcej: Młodzi, ambitni, pracowici: Gabriela Vasiliauskaitė

Zaczęła Pani występować bardzo wcześnie i Pani głos już jako dziecka był rozpoznawalny. Czy łatwo być takim cudownym dzieckiem? Czy chciałaby Pani takiego życia dla swojej córki?

Mam nadzieję, że nasza córka będzie kochać muzykę, bo jest ona bardzo ważną częścią mojego życia, tak samo jak życia mojego partnera. Ja nigdy nie czułam się wyjątkowa, dlatego że śpiewam, po prostu kochałam śpiew od dziecka. Śpiewałam w kościele, w szkole, przy różnych okazjach, ale bardzo dobrze wiedziałam, że to nie tylko ja, ale cała grupa ludzi, którzy mnie wspierają. Może dlatego nie czułam się wcale cudownym dzieckiem. Zresztą w Gimnazjum im. Józefa Ignacego Kraszewskiego w Nowej Wilejce, które kończyłam, uzdolnionych dzieci nie brakowało. Ktoś był świetny w matematyce, ktoś inny pięknie rysował. Ja śpiewałam, co oczywiście było bardziej widoczne, częściej byłam w centrum, ale bardzo dużo osób na to pracowało i ja o tym wiedziałam. Bardzo wspierała mnie rodzina, pani Janka Stupienko, która naprawdę wiele zrobiła, bym miała możliwość skupienia się na muzyce, Ryszard Swiackiewicz, dyrektor szkoły muzycznej w Nowej Wilejce, który organizował mi pierwsze koncerty. Równocześnie miałam bardzo dobrych wychowawców, którzy pokazywali mi, co jest w życiu naprawdę ważne. Bardzo dużo zawdzięczam ks. Wojciechowi Górlickiemu, który był wówczas proboszczem z Nowej Wilejce, czy s. Annie Mroczek, która uczyła mnie religii, a także prowadziła grupę teatralną „Betania”. Może dlatego, że śpiew był po prostu naturalną częścią mojego życia, że nie był celem, do którego dążyłam za wszelką cenę, nie było to obciążenie.

Scena z operetki „Zemsta nietoperza” Johanna Straussa w Theater Kiel
| Fot. archiwum

Dziś wypromowanie utalentowanego dziecka jest o wiele łatwiejsze niż kiedyś, m.in. dzięki mediom społecznościowym, i wielu rodziców bardzo angażuje się w karierę swoich dzieci. O czym powinni pamiętać?

Wydaje mi się, że bardzo ważna jest umiejętność wsłuchania się w prawdziwe potrzeby dziecka. Czy rzeczywiście chce ono dalej się rozwijać w danej dziedzinie, czy już to jest dla niego męką. To nie jest wcale łatwe, bo między dziecięcymi kaprysami, które trzeba umieć przekraczać, a prawdziwą męką na pozór może nie być wielkiej różnicy. W szkole muzycznej grałam na kanklach i był czas, kiedy miałam serdecznie dosyć tego instrumentu. To ważne, by rodzice potrafili zachęcać, motywować, ale nie zmuszać na siłę. Muzyka wymaga bardzo wiele pracy. To nie jest tylko zabawa, nawet jeśli ktoś lubi śpiewać. Dziecko musi rezygnować z bardzo wielu rzeczy, by ćwiczyć, i ważne jest, by robiło to z własnego przekonania. Czasem trzeba pomóc przeczekać kryzys, nie pozwolić na rzucenie nauki, bo każdy ma takie okresy, ale jeśli dziecko przeżywa to jako mękę, to na pewno nie warto go zmuszać. Ważne jest też to, o czym mówiłam już wcześniej – ukazywanie, że choć na scenie dziecko znajduje się w centrum, na jego sukces składa się praca wielu osób. To po prostu wychowanie do wdzięczności. Tak samo jak pokazywanie, że talent muzyczny jest po prostu jedną z wielu umiejętności, jakie mają ludzie. Ktoś śpiewa, ktoś rysuje, ktoś jest świetnym sportowcem, ale nic z tych rzeczy nie powinno być całym światem.

Jako kto jest Pani postrzegana w Niemczech? Jako Polka czy jako Litwinka?

To, kim jestem, jest dla wielu osób nie do pojęcia. W czasie koncertu na plakacie jestem wymieniana zawsze jako solista z Litwy, co nie budzi pytań. O wiele bardziej skomplikowana jest sytuacja w relacjach prywatnych. Osoby, które mnie znają, wiedzą, że jestem z Litwy, ale moim językiem ojczystym jest język polski. Jakoś akceptują moją złożoną tożsamość narodową, ale to wcale nie znaczy, że ją rozumieją. Dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o Litwie, zrozumienie specyfiki Wileńszczyzny, tego, że są tu Polacy, polskie szkoły i polskie organizacje kulturalne, jest skomplikowane. Również ja miałabym problem z określeniem swojej tożsamości jednym słowem: Polka albo Litwinka. Te słowa nie wyczerpują specyfiki Wileńszczyzny, jestem Polką, ale z tego konkretnego regionu. Litwa jest moją ojczyzną, ale jednocześnie czuję głębokie związki z Polską. W czasie studiów w Hamburgu bardzo często brałam udział w koncertach organizowanych przez polski konsulat, a także w wydarzeniach organizowanych przez wspólnotę Litwinów. Nie mam problemów z samookreśleniem, ale rozumiem, że komuś z zewnątrz bardzo trudno to pojąć. Zresztą – chyba nie da się tego zrozumieć bez odwiedzenia Wileńszczyzny, pomieszkania tu przez jakiś czas. To po prostu zupełnie unikatowe miejsce.

Co jakiś czas odwiedza Pani Litwę jako śpiewaczka. Jak przeżywa Pani koncerty na Wileńszczyźnie?

Powrót na Wileńszczyznę to zawsze powrót do domu. Choć od mojego wyjazdu minęło już sporo lat, nadal jestem rozpoznawana, na moje koncerty przychodzą osoby, które pamiętają moje wcześniejsze występy. To są bardzo rodzinne spotkania. Najpierw – rodzinne w sensie ścisłym, bo najczęściej na takim koncercie spotyka się cała moja naprawdę duża rodzina. Ale są rodzinne również ze względu na niepowtarzalną atmosferę. Spotykam ludzi, którzy dużo dla mnie znaczą, który towarzyszyli mi w mojej drodze jako bardzo młodej osobie. Czasem również tych, których nie znam, a jednak są wobec mnie bardzo życzliwi. Na Wileńszczyźnie niczego nie muszę udowadniać, po prostu śpiewam. W Niemczech jest inaczej, wszędzie muszę pracować na swoją pozycję.


Gabriela Vasiliauskaitė (ur. 30 czerwca 1987 r. w Wilnie) jest absolwentką Gimnazjum im. Józefa Kraszewskiego oraz nowowilejskiej szkoły muzycznej. Studiowała śpiew w klasie prof. Vladimirasa Prudnokovasa na Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru. Wielokrotnie koncertowała na Litwie, w Polsce, Niemczech, na Białorusi oraz w Czechach. Jest laureatką licznych konkursów i festiwali. Brała udział w wielu projektach muzycznych, m.in. w Festiwalu „Dainų Dainelė”, Festiwalu im. Birutės Almonaitytės czy konkursie telewizyjnym „Triumfo Arka”. W 2017 r. wyszła za mąż za niemieckiego kompozytora i dyrygenta Ettorego Prandiego. Na stałe mieszka w Kilonii.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 10(28) 06-13/03/2021