Vytautas Landsbergis: „Jeśli jedni i drudzy jesteśmy razem, to Wilno jest nasze” (cz. 2)

Publikujemy ciąg dalszy wywiadu z Vytautasem Landsbergisem. W pierwszej części wywiadu rozmawialiśmy o nacjonalizmach oraz o tym, czy Litwa jest domem dla Polaków. Litewski polityk, a także przewodniczący Rady Najwyższej Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która 11 marca 1990 r. przegłosowała za Aktem Przywrócenia Państwa Litewskiego, opowiada o Wilnie i odpowiada na pytanie, czyje ono jest.

Vytautas Landsbergis
| Fot. ELTA, Dainius Labutis

Zapewne pracując w Parlamencie Europejskim miał Pan okazję poznać profesora Ryszarda Legutkę. W swoim „Eseju o duszy polskiej” pisze, że cztery najważniejsze miasta w historii polskiego narodu to Warszawa, Kraków, Lwów i Wilno. Wilno może należeć do Litwy, ale nie może być bez ducha polskiego, chociaż to nie neguje jego litewskości, nie sądzi Pan?

To już zależy, jak interpretować tego ducha, co jest litewskie, co polskie i od czego to zależy. A zależy od różnych historycznych przemian i interpretacji, i nastrojów, a nastroje czasem okazują się być bardzo ciekawe. Jak zależy od przedstawienia.

Zauważam, do dziś lubi się przedstawiać, że gdy Wilno zwrócono Litwie, to tu było tylko 1 czy 1,5 procenta Litwinów. Tymczasem władze Litwy szybko przeprowadziły spis ludności wileńskiej i wtedy już nie 1 czy 1,5, ale do 30 procent się podało jako Litwini…

Dlaczego się zadeklarowali jako Litwini, chociaż nie mówili po litewsku, ale się zadeklarowała jedna trzecia. A jedna trzecia to w ogóle byli Żydzi…

To może niepotrzebnie się kłóciliśmy, odpowiadając „Wilno nasze” na „Vilnius mūsų” i myśląc, że jak my mówimy „nasze”, to mamy na myśli, że możemy się podzielić, a jak wy mówicie, że wasze, to już nie nasze?

Nie, właśnie „Wilno nasze” jest całkiem dopuszczalne, jeśli jedni i drudzy jesteśmy razem, to i jest nasze. Wilno nasze, takie litewsko-polskie, polsko-litewskie. Ta kraina jest bardzo swoista, wobec niej podkreślanie, że jest wyłącznie polska, było przecież niesłuszne…

Miłosz o tym przecież pisze, chyba w „Rodzinnej Europie”, że jak przyjechał się uczyć do Wilna, to bardzo długo w tej szkole nic nie słyszał, żeby w Wilnie byli jacyś Żydzi czy jacyś Litwini… Wtedy to w oświacie było tylko polskie miasto. Nieco później on się zaczął dowiadywać, że tu i Żydów jest dużo, i kultury żydowskiej, i Litwinów też ma. Dostrzegał tę tendencję tego wykrzywionego obrazu.

Na studiach miałem kolegów na roku, którzy się ucząc w litewskich szkołach w Wilnie też nie wiedzieli, że tu gdzieś można spotkać żywego Polaka, pytali, kiedy tu z Polski przyjechałem, kolegi Żyda z Kowna pytali, czy on z Izraela…

(śmiech) Pamiętam, że też się tak po wielu latach zdziwiłem… Skończyłem przecież gimnazjum „Aušra” w Kownie, a znacznie później przeglądałem dokumenty klasy: nazwiska, uczniowie. Widzę, był u nas gruby Domanskis, wołaliśmy na niego „Cienkis”, nie wiedziałem, czemu takie przezwisko. Cienki! Znaczy, w Kownie panował na niego taki dowcip. A się okazało, że on był Polakiem w szkolnych dokumentach…

Chodził do litewskiego gimnazjum i się nie afiszował, może to i niemodne było, Polacy przecież byli niedobrymi ludźmi, Wilno odebrali, to może nie było wielkiej chęci pokazywać, że jest Polakiem, tak też mogło być. Kowno z kolei miało polską spuściznę od starszych czasów. W Kownie jak się zaczęła litewska działalność, to też była mniejszość.

A później zaczęło rosnąć w siłę i zyskiwać uznanie. I w Wilnie na przełomie wieków Litwinów było niewielu. Jasne, zaczęli zachęcać, także na poziomie robotników, w przemyśle Petrasa Vileišisa już można było Litwinom się nie ukrywać z tym, że są Litwinami. A indziej to i niemodnie było być Litwinem.

Służące Litwinki były bardzo cenione, nawet w Warszawie. Porządne, czyste, uczciwe, zatrudnianie służącej Litwinki w Warszawie to był wysoki poziom (śmiech). Ale zarazem w Wilnie powstała potrzeba zorganizowania pewnego zawodowego związku-nie-związku Litwinek, właśnie tych służących, mieszkających i pracujących w polskich, rosyjskich rodzinach w Wilnie, żeby nie zapominały, że są Litwinkami. Chrześcijańskie towarzystwo Św. Zyty.

To pewne warstwy społeczne były już i litewskie, ale były zahukane albo niepopularne albo trzeba było trochę zachęcić. Tym się zajęła inteligencja.

Mamy rok spisu powszechnego, czy nie trzeba by teraz Polaków zachęcać, żeby się deklarowali jako Polacy, a nie tutejsi czy beznarodowcy jacyś?

Z tymi tutejszymi to jest trochę inne zagadnienie. Mnie się bardzo podoba określenie — wilniucy. Tak sympatycznie brzmi. Mają swoją gwarę, humor… Jest wartościowa kultura wilniuków, regionalna odrębność. Mikas Petrauskas też przecież o sobie pisał: Litwin wileński. Nie tak sobie Litwin, a wileński Litwin. Niekoniecznie z Wilna, ale z Wileńszczyzny.

Jadvyga Čiurlionytė mówiła, jak to ciekawie, że jako folklorystka dużo rozmawiała po wojnie na Wileńszczyźnie z miejscowymi mieszkańcami, bo znała z dzieciństwa język polski. I jak już z nimi się poznała, to jej mówią: „a jednak Litwini to też nieźli ludzie” (śmiech).

Jakoś musieliby być źli, a nie są źli. Ale zawczasu było wbite, że źli (śmiech).

Skoro przez całą sowiecką okupację ludziom wmawiano, że bez sowieckiej władzy Litwini was wyniszczą, zrobią wam drugie Ponary, a człowiek żywego Litwina w życiu nie widział, to tak może i myśleli…

Przepraszam, a skąd u tego człowieka tutejszego litewskie nazwisko? Z nieżywego dziadka? Ludzie, pamiętam, mieli poczucie humoru… Jako „sąjūdiści” spotykaliśmy się z ludźmi, i w Wilnie, i na Wileńszczyźnie, z Polakami po polsku rozmawiałem. Pytali, czy naprawdę tak mówię, śmiali się sami, że od teraz to i do krowy trzeba będzie mówić po litewsku. Takie żarty (śmiech). Razem się śmialiśmy, czyżby Litwini mogli być takimi idiotami, nikt przecież nie każe do krowy po litewsku mówić…

Mój ojciec wspominał, jak podczas wojen o niepodległość była taka bardzo mało przypominana historia. Istniała polska jednostka w wojsku litewskim (razem brali Dyneburg), dowodził nią Edvardas Noreika. Wielki patriota Litwy, który z początku nie umiał po litewsku (śmiech). Później się nauczył, głowę położył za Litwę pod Kłajpedą. Można powiedzieć na te czasy, polskojęzyczny Litwin czy Polak litewskiego pochodzenia.

Byłoby pięknie, ale są przecież i tacy, którzy nazywają Polaków „spolonizowanymi” i chcą ich lituanizować.

Przecież rodzina mojego dziadka, również Landsbergisowie, tam więcej było myślących i mówiący po polsku, niż po litewsku, taka sama stara szlachta, jeszcze z Kurlandii się wywodząca.

A Litwa ich ciekawiła, słyszeli i otoczenie, i włościan, i służbę, język, chodził mój dziadek do lasu, nosił jedzenie dla powstańców 1863 roku (śmiech). Wszystko to zostaje po troszeczkę. A później trafił do gimnazjum w Szawlach, tam już „pod wpływem Vileišisów” (świadectwo starego księdza) stał się Litwinem, a Vileišisowie to byli tacy mocno Litwini (śmiech). Przez rodziny przechodziła ta decyzja o przynależności do narodu, miejsca w świecie.

I to było czasami dość tragiczne dla wielu polskich szlacheckich rodzin na Litwie. Mieli przekonanie o swojej wyższości, dominującej kulturze, języku, a tu jacyś Litwini zaczynają rościć sobie prawa. Była głośna odezwa do litewskich Polaków, że „chodźmy razem, wspólnie róbmy Litwę, ją odradzajmy”.

I padła odpowiedź: „przenigdy”, głośna odpowiedź zjazdu szlachty guberni kowieńskiej… „Przenigdy!”. Z rezultatem w powieści „Benjaminas Kordušas”… Na własnej ziemi zostali obcymi, niezrozumianymi…

Vytautas Landsbergis
| Fot. ELTA, Dainius Labutis

Języka polskiego nauczył się Pan w domu?

Nie. Przeważnie z rozmowy, bo w ogóle dużo jeździłem do Polski. Formalnie dużo nauki nie miałem, tylko trochę — był krótki kurs języka na instytucie pedagogicznym, gdzie wykładałem.

Chciałem się nauczyć polskiego, bo widziałem, że to potrzebne do pracy z biografią Čiurlionisa, źródłami, czytania publikacji na jego temat. Ciocia mi pomogła zacząć pisać po polsku, pierwsze listy do przyjaciół Čiurlionisa, a potem już sam korespondowałem — wtedy nauka szybko idzie, kiedy ma się czas, żeby pomyśleć, przypomnieć słowo i go wstawić, a w gramatyce, przypadkach już się trochę łapałem…

Zaczęły się kontakty z Polakami, uczyłem się z rozmów i z prasy, bardzo ciekawie mi się czytało polskie gazety, zaczynając od intelektualnych, jak „Życie Literackie”, a kończąc na satyrze, jak „Szpilki”. Prenumerowałem. Taki był barwny żargon, dużo rzeczy zacząłem rozumieć. Bo w Kownie również brzmiał ten polski żargon, używaliśmy słów, których znaczenia nikt nie znał.

Byłem zachwycony, kiedy otrzymałem cały zbiór pism Adama Mickiewicza i w tym tomie z okresu kowieńskiego pisał o obyczajach. I widzę, jak młodzież kowieńska jego czasów idzie „szlifować” aleję, a my przecież też chodzimy „szlifować”! Dla nas było oczywistością chodzenie wieczorami „szlifować”. Mickiewicz sto lat wcześniej chodził „szlifować” po tej samej Alei Wolności (Laisvės), tylko się nazywała wtedy inaczej, jak i my. Przodem szły dziewczęta, a my z tyłu. (śmiech)

Później była odezwa do Litwinów, napisana po litewsku przez — jak sam się deklarował, litewskiego szlachcica — Józefa Piłsudskiego, żeby razem odbudować Rzeczpospolitą… Otrzymał podobną odpowiedź: „przenigdy”. Czy mu to wcześniejsze „przenigdy” się odezwało echem, czy to było już coś innego?

O tym nie słyszałem. Jego brat należał do towarzystwa „Lituania” w Paryżu. Identyfikował się jako Litwin? Opowiadali mi polscy przyjaciele, że Józef Piłsudski gorąco przemawiał w polskim sejmie: „Wy, Polacy!” (śmiech)

Piłsudski ocalił litewską niepodległość.

Od Rosjan tak. Dla siebie.

I od Polaków też. Były przecież pomysły zajęcia całej Litwy.

Tak, niektórzy Polacy mi tłumaczyli, że jesteśmy zbyt wrogo nastawieni. Bo później zrozumiałem, że linia Dmowskiego była o wiele gorsza, Piłsudskiego była lepsza, uznawała jakąś Litwę, opowiadała się za wspólnym życiem.

Wileńszczyzna była drogą do bramy smoleńskiej. Jedyną drogą, którą Rosja mogła przerzucić do Europy stutysięczne armie. Przez Narwę i Dźwinę i teraz nie mają jak się przerzucić. Gdyby tu była wtedy Litwa, ze swoim, jak by nie patrzeć, mniejszym potencjałem militarnym, sowieci zajęliby ją w 1922-1923 roku, albo może i w 1920, wszak był szykowany komunistyczny zamach stanu w Kownie.

Widziałem korespondencję, listy Lenina… On z Kapsukasem był w kontakcie, pisał. Poczekaj, mówił, z rewolucją, zaraz wszystko tu sporządkujemy.

Nie kłócilibyśmy się o Wilno, gdyby nie chciano go depolonizować. Tego się wilnianie obawiali, że przyjdą Litwini i zabronią języka polskiego…

To może taka propaganda, jak to, że każą do krowy po litewsku mówić (śmiech).


Trzecia część wywiadu
Vytautas Landsbergis: „Polacy są rdzennymi mieszkańcami Litwy”