Śledztwo smoleńskie po rosyjsku

Wrak polskiego Tu-154M, zgodnie z prawem międzynarodowym stanowiący własność państwa polskiego, wciąż spoczywa na rosyjskiej ziemi. Został umyty, jakby specjalnie chciano zatrzeć dowody. Polscy śledczy nie mają do niego dostępu
| Fot. RUSSIAN INVESTIGATIVE COMMITTEE/PAP/ITAR-TASS

Swoje dochodzenie w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem polskiego prezydenckiego samolotu 10 kwietnia 2010 r. Rosjanie skończą wtedy, gdy zechcą. Mogą też je przeciągać w nieskończoność. Pozwala na to rosyjskie prawo. Co gorsza, o śledztwie nie wiadomo prawie nic – oprócz tego, że prowadzi je instytucja naszpikowana czekistami.

Oczywiście, do czasu zakończenia śledztwa przekazanie dowodów rzeczowych nie jest możliwe” – stwierdził swego czasu Siergiej Ławrow, szef MSZ Rosji. Czy to odpowiedź na pytanie, dlaczego Rosjanie jeszcze nie zakończyli śledztwa ws. Smoleńska, mimo że mają dostęp do kluczowych dowodów i miejsca katastrofy? Na pewno tak. Ale jest jeszcze drugi aspekt. Póki trwa śledztwo, Rosjanie mogą grać tym tematem politycznie.

Zresztą Smoleńsk to nie wyjątek. Sprawę smoleńską od przeszło dekady „bada” Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej. To instytucja odrębna od prokuratury. Skorumpowana i pełna byłych oficerów FSB. Prowadzi tysiące spraw, w tym te najgłośniejsze politycznie: katastrofy smoleńskiej (2010), przyczyn wybuchu wojny Rosji z Gruzją (2008), zabójstw Aleksandra Litwinienki (2006), Anny Politkowskiej (2006) czy Natalji Estemirowej (2009). Jak widać po datach, długie to śledztwa… Żadna z tych spraw nie została jeszcze oficjalnie ze strony rosyjskiej wyjaśniona.

Czytaj więcej: Wileńskie ślady zbrodni katyńskiej

Ogrywano stronę polską

Wyjaśnianiem katastrofy polskiego Tu-154M, wiozącego 10 kwietnia 2010 r. m.in. polską parę prezydencką oraz ważne osobistości chcące oddać hołd ofiarom zbrodni katyńskiej, zajęły się trzy organy rosyjskiego państwa: specjalna komisja rządowa, Komitet Śledczy oraz Międzypaństwowy Komitet Lotniczy MAK (wbrew nazwie – rosyjski). Z góry wiadomo, że ostateczny wynik śledztwa prowadzonego wciąż przez Komitet Śledczy – kiedykolwiek miałoby ono być zakończone – będzie zbieżny z ustaleniami MAK, którego raport w styczniu 2011 r. jednocześnie dał pretekst do zamknięcia prac komisji rządowej.

Na zamknięcie śledztwa czekać możemy jeszcze długo. Po pierwsze, Rosjanie nie chcą oddać stronie polskiej dowodów (z wrakiem i oryginałami czarnych skrzynek na czele). Po drugie, Smoleńskiem Moskwa może jeszcze długo grać politycznie.

Już 10 kwietnia 2010 r. prezydent Dmitrij Miedwiediew dekretem nr 225 powołał specjalną komisję rządową do zbadania przyczyn katastrofy, z premierem Władimirem Putinem na czele. Putin ustalił zaś skład komisji, co Miedwiediew zatwierdził dekretem nr 226. Na jej czele – były oficer KGB, a zastępcami troje generałów: Tatiana Anodina (generał lotnictwa, szefowa MAK), wicepremier Siergiej Iwanow (generał wywiadu w stanie spoczynku), minister ds. sytuacji nadzwyczajnych Siergiej Szojgu (dziś minister obrony).

Naszpikowana doświadczonymi czekistami komisja ogrywała stronę polską jak chciała. Przykładem posiedzenie komisji odbywające się trzy dni po katastrofie, z udziałem przedstawicieli polskich władz, m.in. minister zdrowia Ewy Kopacz. To wtedy późniejsza polska premier usłyszała od Rosjan o rzekomym dokładnym, „na półtora metra w głąb gruntu”, przeszukaniu terenu katastrofy. Wtedy także Siergiej Iwanow, informując o wynikach prac komisji technicznej, stwierdził, że „wstępna analiza rozszyfrowanych zapisów czarnych skrzynek pokazała, że wybuchu i pożaru na pokładzie samolotu nie było”. Polska strona przyjęła to bez zastrzeżeń.

Na tym samym posiedzeniu Putin przekazał kierowanie badaniami technicznymi i koordynację współpracy instytucji rosyjskich z zagranicznymi gen. Tatianie Anodinie. Zarządzenie premiera Rosji określało, że badanie katastrofy ma być prowadzone zgodnie z załącznikiem 13 do Konwencji o międzynarodowym lotnictwie cywilnym, zwanej konwencją chicagowską – co rząd Donalda Tuska zaaprobował. Z grubsza chodzi o to, że uznanie lotu za cywilny przekazuje uprawnienia do badania wypadku na państwo, na którego terenie zdarzenie zaszło.

Co ciekawe, nastający na cywilny charakter sprawy Rosjanie najpierw 10 kwietnia 2010 r. powołali wspólną komisję MAK i rosyjskiego Ministerstwa Obrony. Pracowała ona tylko trzy dni, do momentu, gdy strona polska bez zastrzeżeń zgodziła się na „cywilny” charakter sprawy.

Czytaj więcej: Katyń i Smoleńsk: Wileńszczyzna pamięta

Kłamstwa smoleńskie czekistów

15 stycznia 2011 r. rosyjska komisja rządowa oficjalnie zakończyła prace – argumentując to zakończeniem prac przez MAK. Ta komisja działała od 13 kwietnia 2010 r. i to przy niej akredytowano jako przedstawiciela Polski Edmunda Klicha, przewodniczącego Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego.

20 października 2010 r. MAK ogłosił, że jego Komisja Techniczna zakończyła prace. Projekt raportu końcowego przekazano stronie polskiej. 17 grudnia 2010 r. strona polska przekazała swoje uwagi do raportu. Z tymi uwagami rosyjski raport został upubliczniony 12 stycznia 2011 r.

Jego skandaliczne i fałszywe wnioski są powszechnie znane. Tak jak można było się spodziewać, winnymi spowodowania katastrofy uczyniono Polaków. Typowe dla psychologicznej wojny w wykonaniu rosyjskich służb było haniebne zarzucenie gen. Andrzejowi Błasikowi, dowódcy Sił Powietrznych RP, który przebywał na pokładzie tupolewa i niejako sprawował nadzór nad załogą, że był pod wpływem alkoholu.
Równolegle z dochodzeniem Komisji Technicznej MAK Rosjanie wszczęli śledztwo z artykułu Kodeksu karnego Federacji Rosyjskiej o „naruszenie reguł bezpieczeństwa ruchu transportu powietrznego, prowadzące w efekcie do śmierci dwóch lub więcej osób”. Dochodzenie prowadzi Komitet Śledczy. Już 11 kwietnia 2010 r. wykluczono opcję awarii (Aleksandr Bastrykin, przewodniczący komitetu, mówił, że świadczą o tym odczyty czarnej skrzynki). 16 kwietnia 2010 r. śledczy ogłosili, że czynności procesowe w miejscu katastrofy dobiegły końca.
Od tego momentu zaczęło się pozorowanie śledztwa, choćby poprzez kierowanie kolejnych wniosków do strony polskiej i ignorowanie tych przychodzących z Warszawy. W lutym 2013 r. strona polska, na wniosek Rosjan, przekazała dane dotyczące pilotów Tu-154M, w tym dokumentację… genealogiczną!
Komitet Śledczy jest zależny bezpośrednio od prezydenta. W ten sposób Władimir Putin zachowuje bezpośredni nadzór nad śledztwem.

Nie widać końca

O przebiegu i ustaleniach rosyjskiego śledztwa, 11 lat po katastrofie, właściwie nic nie wiadomo. Grę na zwłokę umożliwia rosyjskie prawo. Zgodnie z nim wstępne dochodzenie trwa dwa miesiące, tyle że śledczy mogą wnioskować o jego przedłużenie, i to bez ograniczeń.

Dochodzenie kończy się postawieniem zarzutów lub zamknięciem sprawy. Jeśli to pierwsze, akta sprawy trafiają do prokuratury i rola śledczych się kończy. Prokuratura przygotowuje i prowadzi sprawę w sądzie. Bez zakończenia rosyjskiego śledztwa strona polska nie uzyska bezpośredniego dostępu do wielu dowodów rzeczowych.

Dodatkowo sytuację komplikuje sytuacja proceduralna po stronie rosyjskiej. Polskie wnioski o pomoc prawną są realizowane zgodnie z Europejską Konwencją o pomocy w sprawach karnych i trafiają do Prokuratury Generalnej Rosji. Dopiero stamtąd są przekazywane do Komitetu Śledczego. Podobnie to działa w drugą stronę, rosyjska prokuratura jest więc tylko pośrednikiem. Nie ma żadnych środków nacisku na śledczych z komitetu, żeby rzetelnie realizowali polskie wnioski.


Antoni Rybczyński


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 15(42) 10-16/04/2021