Przez Bałkany w czasach zarazy

„Vaccination!” – krzyczy do mnie wściekły bośniacki pogranicznik. „Panie! Ja nie chcę do Bośni! Chcę do Chorwacji!” – próbuję mu tłumaczyć po angielsku, gorączkowo szukając swojego paszportu covidowego. On nie zna jednak angielskiego i tylko w kółko powtarza: „Vaccination! Vaccination!”. Wjeżdżam więc do Bośni. Po raz trzeci. Tego samego dnia.

Osiem godzin wcześniej, pięknego ranka nad Jeziorami Plitwickimi, dzień zapowiadał się wspaniale. Aplikacja Google Maps wskazała nam najszybszą trasę do Dubrownika i ruszyliśmy z kopyta.

Pewnych wątpliwości nabrałem dopiero, gdy na Magistrali Adriatyckiej, zamiast skręcić na Dubrownik, nawigacja poprowadziła nas w lewo, na Mostar. Przekroczyliśmy granicę chorwacko-bośniacką w okolicach Medjugorje (a nie przez korytarz neumski) i ruszyliśmy w Hercegowiny. Po godzinie jazdy wjechaliśmy na terytorium Serbskiej Republiki w Bośni, a nawigacja krętymi górskimi drogami prowadziła nas coraz dalej i dalej od granicy z Chorwacją.

„Ojejku, jechaliście przez Serpską?!” – złapał się za głowę Filip z Zagrzebia, gdyśmy o tym mu opowiedzieli. „Przecież to bandycki kraj! Mogli was obrabować, zabić. Nawet policjanci!”. Już nie wspominaliśmy, że serbscy policjanci nas rzeczywiście zatrzymali w okolicach Trebinje. Ale po sprawdzeniu na zawartość alkoholu puścili wolno.

Ostatecznie po trzech godzinach jazdy trafiliśmy nad granicę bośniacko-chorwacką w okolicach Iwanicy. Odstaliśmy w kilometrowej kolejce, przekroczyliśmy granicę i Google Maps… odmówił posłuszeństwa. Nie tylko nam – na terenie niczyim stanęło kilka innych aut ze zdezorientowanymi turystami, których nawigacja również oszalała. Po krótkiej dyskusji i pomimo moich protestów kierowca decyduje: wracamy do Bośni. Kolejne uciążliwe przejście graniczne. Kolejna, jeszcze dłuższa kolejka samochodów na kolejnym przejściu granicznym i po kolejnym okazaniu paszportu szczepienia przeciwko covid-19 oraz po wbiciu do paszportu trzeciego już tego dnia bośniackiego stempelka trafiamy nareszcie późną nocą do Dubrownika.

Hulaj dusza – korony nie ma!

Podróże do bardziej egzotycznych zakątków świata ostatnio stały się trudne do zrealizowania, więc w tym roku mój podróżniczy wzrok padł na Bałkany Zachodnie. Szczególnie że AirBaltic zaoferował bezpośredni lot do Dubrownika. No i byłem ciekaw, jak wygląda podróżowanie w czasach pandemii. Wbrew pozorom nie jest uciążliwe. Szczególnie w przypadku osób zaszczepionych. Na przejściach granicznych czasami poproszą o okazanie certyfikatu szczepienia, a jeszcze częściej – machną ręką.

Zresztą co tam certyfikat szczepień – nawet paszport nie jest potrzebny! Wracając do Dubrownika z wycieczki do Sarajewa, na przejściu granicznym, po stronie bośniackiej, koleżanka zapomniała odebrać od pogranicznika swój paszport. Zorientowaliśmy się dopiero po 30 kilometrach, na kolejnym przejściu, tym razem chorwackim. Pogranicznik machnął ręką: „Jedzcie dalej!”. Dopiero po naszych protestach zadzwonił do kolegów z poprzedniego przejścia i poprosił o przywiezienie pozostawionego dokumentu…

Sytuacja covidowa w Chorwacji jest z grubsza podobna do litewskiej: liczba osób chorych sukcesywnie rośnie, a liczba osób zaszczepionych jest nieduża. W przypadku Bośni i Hercegowiny oraz Czarnogóry trudno ją nawet jakoś do naszej porównać, gdyż oficjalne władze tych krajów wyznają doktrynę Trumpa w walce z koronawirusem: im mniej osób testujesz na obecność covid-19, tym mniej osób zakażonych wykrywasz, a więc lepiej statystycznie wyglądasz.

Formalnie we wszystkich trzech odwiedzonych przez nas krajach Bałkanów Zachodnich obowiązuje nakaz noszenia masek w miejscach publicznych. Praktycznie jest on, bez większego entuzjazmu, realizowany tylko w Chorwacji, gdzie osoby w maskach (zazwyczaj spuszczonych na brodę) można rzeczywiście spotkać w sklepach i transporcie publicznym. W Bośni i Czarnogórze w maseczkach widziałem tylko pojedyncze osoby.

Wąskie uliczki Dubrownika i Splitu, gwarne kafejki Sarajewa i Mostaru są wypełnione ludźmi. Co noc – huczne techno parties nad brzegiem morza i rockowe festiwale w parkach miejskich. Kawa, piwo, wino płyną wartkim strumieniem. Fajki wodne i skręty z marihuaną wędrują z ust do ust, a przestrzeganie dystansu społecznego jest powszechnie uważane za fanaberię.

Jednym słowem, hulaj dusza – korony nie ma! Początkowo jesteś w szoku, gdyż na tle mieszkańców krajów bałkańskich Litwa wygląda na kraj wzorowego covidowego ordnungu. Po kilku dniach się przyzwyczajasz. Będzie co ma być.

Dubrownik, Split, Jeziora Plitwickie

Dubrownik, niewielkie w sumie miasteczko w południowej części Dalmacji, jest uważany za najpiękniejsze miasto w Chorwacji. Starówkę otaczają potężne mury obronne, dzięki którym miasto nigdy nie zostało zdobyte w bezpośredniej walce. Niemal wszystkie budynki zbudowane są z kamienia. Pałac Sponza, gotyckie klasztory franciszkanów i dominikanów, najstarsza apteka w Europie oraz Pałac Rektora – to tylko niektóre świadectwa świetnej przeszłości Raguzy, wolnej republiki kupieckiej, która w swoim czasie konkurowała na Adriatyku z potęgą Wenecji.

Jednak zwiedzanie „Perły Adriatyku” w środku lata może być uciążliwe. Wąskie kamienne uliczki, nagrzane niemiłosiernym południowym słońcem, dyszą żarem i są wypełnione wielotysięcznym tłumem turystów z całego świata. Już za czasów jugosłowiańskich Dubrownik uchodził za taką adriatycką Połągę, a obecnie – po międzynarodowym i oszałamiającym sukcesie serialu „Gra o tron” (ujęcia King’s Landing były kręcone właśnie tu) – liczba turystów zrosła astronomicznie.

Drogi? – tak. Przereklamowany? – tak. Wart zobaczenia? – jak najbardziej! Taki jest właśnie Dubrownik. Nas bardziej zachwycił leżący jakieś 250 kilometrów dalej na północ Split. Co prawda pierwsze wrażenie, po wjeździe samochodem do miasta, nie było takie, jakiego byśmy oczekiwali: rozlegle blokowiska, fabryki, hangary, magazyny. Nic dziwnego, to w końcu drugie pod względem wielkości miasto Chorwacji.

Split zachwyca Starówką powstałą na ruinach pałacu cesarza rzymskiego Dioklecjana. Dziś w obrębie dawnych murów pałacu znajduje się ok. 200 budynków: kościoły, pałace, muzea, restauracje, sklepy, ale też domy mieszkalne. Obowiązkowym punktem na turystycznej mapie Splitu jest katedra św. Domniona (Sveti Dujam). Powstała na początku IV w. jako mauzoleum Dioklecjana. Około VII w. zmieniono przeznaczenie budynku na świątynię chrześcijańską.

Jednak największe wrażenie wywarły na nas Jeziora Plitwickie w środkowej części Chorwacji. Około 140 kilometrów od Zagrzebia znajduje się 16 jezior krasowych, o niespotykanych kolorach (od turkusu po szafir i szmaragd), połączonymi ze sobą pięknymi wodospadami i malowniczymi strumykami. A jeśli dodać do tego folklor lokalnych wiosek i wiekowych młynów, otwartych ludzi, niedrogie jedzenie i rakiję palącą gardło… Rajskie miejsce!

Czytaj więcej: Uroki wakacyjnej podróży do Chorwacji

Rzut okiem na Dubrownik z murów miejskich

Ucieczka do Czarnogóry

Gdy napisałem na Facebooku o rozczarowaniu przepełnionym tłumami turystów Dubrownikiem, znajomy, który studiował w swoim czasie w Chorwacji, napisał: „Jedź do Kotoru. Dostaniesz wszystko to samo, co w Dubrowniku, ale bez tłumów”. Miał rację. Zresztą Kotor i tak mieliśmy w planach. Wybraliśmy się do Czarnogóry w ramach wycieczki zorganizowanej. I tak jak podczas każdej innej chorwackiej wycieczki musieliśmy wysłuchać dwóch mantr.

Po pierwsze, że za Jugosławii było lepiej. No, przynajmniej za czasów marszałka Josipa Broz-Tity, który żelazną ręką trzymał wszystkie zwaśnione między sobą bałkańskie ludy i budował socjalizm z ludzką (przynajmniej w sensie ekonomicznym) twarzą. W Dubrowniku jest nawet Red History Museum w okolicach dworca autobusowego i portu. „Jesteśmy chorwackim parkiem Grūtai” – chwalił się mi Ivo, jeden z jego pracowników. Jakoś mam co do tego spore wątpliwości – Grūtai traktuje socjalistyczną przeszłość z ironią, Red History Museum – z ledwie skrywanym namaszczeniem.

Po drugie, że Serbowie to mordercy, agresorzy i w ogóle wcielenie wszelkie zła i nieszczęść narodu chorwackiego. „1 października 1991 r. Serbowie i Czarnogórcy zajęli wzgórza nad Dubrownikiem i zaczęli ostrzeliwać miasto. Ich były tysiące, czołgi, krążowniki, bombowce, a naszych zaledwie 30 z trzema armatkami. Jednak oddział, w którym służył też mój mąż, przedarł się na szczyt i odparł serbskie zagrożenie” – opowiada nam chorwacką wersję historii 28 panfiłowców Marija z Dubrownika. Na pytanie, czym się – poza religią – Chorwaci różnią od Serbów, po dłuższym na myślę nasz chorwacki przyjaciel Filip mówi: „My mówimy na chleb kruh, a Serbowie – hljeb”. Serbsko-chorwacka wojna o hljeb/kruh trwała cztery lata i kosztowała 20 tys. ludzkich istnień.

Ale Czarnogóra jest warta tej specyficznej lekcji historii. Po drodze do Kotoru zaliczamy urokliwe miasteczko Perast. Jego głównym atutem jest malownicza lokalizacja w samym sercu, przypominającej norweski fiord, Zatoki Kotorskiej. Tuż obok znajdują się dwie maleńkie wysepki: Sveti Dorde (św. Jerzego) oraz Gospa od Škrpjela (Matki Boskiej na Skale). Na tej drugiej znajduje się uroczy kościółek, który odwiedzamy w ramach rejsu łodzią z Perastu do Kotoru.

No i bajkowy Kotor. Wspaniała, nieduża starówka, katedra św. Tryfona, twierdza św. Jana na wzgórzu, potężne mury obronne, pałace mieszczańskie, plątanina wąskich uliczek. Miasto kusi niezwykłym klimatem, a turystom towarzyszą stada przyjaznych kotów, od których – jak twierdza niektórzy, choć to nieprawda – pochodzi jego nazwa.

Czytaj więcej: Życie codzienne w czasie zarazy: Norwegia

Bośnia kradnie moje serce

Jednak to nie Chorwacja i nie Czarnogóra, tylko Bośnia i Hercegowina skradła moje serce. Malownicze góry, na których szczytach nawet latem leży śnieg, i gęste lasy, burzliwe rzeki i olbrzymie jeziora. Muzułmańskie wpływy nadają Bośni orientalnego polotu, a skomplikowana historia… odstrasza masowego turystę w klapkach, skarpetach i szortach.

Sarajewo, stolica Bośni i Hercegowiny. Tętni życiem. Wspaniała mieszanka kulturowa. Cerkwie prawosławne, żydowskie synagogi, muzułmańskie meczety, katolickie kościoły, i to wszystko dosłownie obok siebie. W samym środku miasta na ulicy wymalowano napis: Sarajevo meeting of cultures. Jeden krok do przodu i jesteś w dzielnicy łacińskiej, secesjonistyczną architekturą przypominającej Wiedeń. Krok do tyłu i trafiasz na stambulski bazar.

Założenie miasta datuje się na 1462 r., a przez lata władzę nad nim przejmowały sąsiadujące państwa: Serbia, Turcja, Austria. Zamach na austriackiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga oraz jego żonę, przeprowadzony przez serbskiego studenta Gavrilo Principa 28 czerwca 1914 r., doprowadził do wybuchu I wojny światowej. Dziś w tym miejscu, na rogu ulic Zalenih beretki i Obala Kulina bana, strzelają sobie… fotki turyści i nowożeńcy.

Na orientalnym targu Baščaršija napijecie się mocnej bośniackiej kawy i zjecie pyszny (moim zdaniem najlepszy na Bałkanach, a próbowałem tego niewyszukanego, ale taniego i sycącego dania we wszystkich trzech krajach) burek. Stolica Bośni, która mocno ucierpiała na skutek serbskiego oblężenia w czasie wojny, została już odbudowana, jednak nie trzeba wprawnego oka, by wychwycić ślady po nabojach wciąż widoczne są na elewacjach budynków, nawet w ścisłym centrum. A na obrzeżach miasta można się natknąć na obrócone w perzynę domy, których odbudowaniem nikt nie jest zainteresowany.

Śladów po kulach i zniszczonych budynków nie brakuje też w przepięknym Mostarze. Tu za nie odpowiedzialność ponoszą Chorwaci i bośniaccy Muzułmanie. Dziś ich rywalizacja na szczęście przebiega bardziej pokojowo – Muzułmanie (tak, tak, nazwę tego południowosłowiańskiego narodu zapisujemy wielką literą) budują coraz wyższe minarety, chorwaccy katolicy – dzwonnice kościołów.

Główną atrakcją miasta jest jednak bez wątpienia Stari most, wzniesiony w 1566 r. według projektu Mimara Hajrudina i znany jako jedno z największych architektonicznych osiągnięć w osmańskiej części Bałkanów. Oślepiająco biały, kamienny łuk mostu jest widoczny z daleka, a pokonanie jego śliskich schodów to karkołomne wyzwanie. Zniszczony w czasie wojny, został zrekonstruowany z dbałością o najmniejsze szczegóły, włącznie z metalową balustradą umocowaną do niskich kamiennych murków.

No i wisienka na bośniackim torcie – Počitelj. Maleńka, przyklejona do górskiego zbocza kamienna wieś, dominuje nad dolnym biegiem Neretwy. Počitelj swoją historią sięga czasów rzymskich, ale znane jest też jako miejsce, w którym znajdowała się turecka twierdza graniczna i ukrywali się adriatyccy piraci. Oczarowuje piękną, zabytkową, kamienną zabudową oraz cudownymi widokami. Jak cała Bośnia i Hercegowina.

Czytaj więcej: Poradnik dla podróżujących


Tekst i zdjęcia Aleksander Radczenko


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 32(91) 07-13/08/2021