Życie codzienne w czasie zarazy: Norwegia

Obecnie poleca się trasy indywidualne z kompasem, a nie utarte szlaki, żeby nie spotykać się z ludźmi Fot. pixabay.com

Norweskie władze oświadczyły, że epidemia COVID-19 jest w tym kraju pod kontrolą. Bent Hoeie, minister zdrowia, poinformował, że został osiągnięty cel ograniczenia wskaźnika przenoszenia choroby. Według danych w Norwegii statystycznie jedna osoba zakażona zakaża 0,7 osoby. Rząd chciał, by wskaźnik nie przekraczał jednego, czyli żeby jedna osoba zakażała najwyżej jedną osobę.

– Do Norwegii z Litwy przyleciałem w ten sam dzień, gdy została ogłoszona kwarantanna. Wylądowałem na lotnisku Gardemoen. Na lotnisku w Wilnie panował chaos, ale gdy wylądowałem w Norwegii, jakoś wszystko szybko szło. Na początku wypełniłem wszystkie dokumenty, musiałem podać adres, gdzie zamieszkam i numer telefonu, następnie zmierzono mi gorączkę i powiedziano, że teraz muszę przebywać przez dwa tygodnie w kwarantannie i czy mam kogoś, kto zrobi mi zakupy. Podczas kwarantanny, kilka razy dzwoniono do mnie i pytano, czy mam jakieś objawy. Jestem tutaj już prawie miesiąc, ludzie przestrzegają kwarantanny. W zdecydowanej większości Norwegowie przestrzegają przepisów ustalonych w walce z wirusem. Złamanie kwarantanny jest karane. Można za to zapłacić 20 tys. koron, czyli około 2 tys. euro – powiedział „Kurierowi Wileńskiemu” tymczasowo mieszkający w Norwegii Dmitrij Jackiewicz.
Trzy tygodnie temu ludzie w panice robili zakupy, brakowało papieru toaletowego oraz środków dezynfekujących. Rząd prosił o spokój i niekupowanie na zapas, bo dla każdego wystarczy. Obecnie jest spokój i niczego nie brakuje. Na każdego klienta czeka w wejściu sklepu sanitizer do odkażenia rąk. Kupujący powinni być od siebie oddaleni o jeden metr.

Girl in a jacket

– Dzisiaj nie ma tu żadnej paniki. Nie rozmawiają o koronawirusie wszędzie i bez przerwy. Od poniedziałku miasteczko, w którym mieszkam, zaczęło ożywać, zaczynają pracować fabryki. Rzeczywiście na ulicach ludzi jest o wiele mniej, w sklepach także trzymają się odległości. Bardzo rzadko można spotkać na ulicy starszą osobę. Norwegom zaleca się, aby wychodzili na świeże powietrze, lasy, parki, góry są pełne ludzi, ale tutaj także nie ma tak, że wszyscy chodzą w grupach. Obecnie poleca się trasy indywidualne z kompasem, a nie utarte szlaki, żeby nie spotykać się z ludźmi. Dzieci także wychodzą na ulicę, ale rodzice pilnują, żeby nie zbierały się w grupy. Norwegowie to naprawdę bardzo zdyscyplinowany naród – opowiada nam Dmitrij Jackiewicz.

Czas trwający od Niedzieli Palmowej aż do Wielkanocy to w Norwegii „Spokojny tydzień” (Den stille uke). W tym roku będzie on zdecydowanie różnić się od tych z lat poprzednich, kiedy Norwegowie całymi rodzinami wybierali się na tzw. påsketur (wielkanocną wycieczkę). 9 na 10 mieszkańców Norwegii deklaruje bowiem, że zostanie w domach.
Dla części Norwegów świąteczny czas rozpoczyna się już z początkiem Wielkiego Tygodnia, który nad fiordami nazywany jest zazwyczaj „spokojnym” (den stille uke). Dla mieszkańców oznacza to także początek tzw. påskeferie, czyli wielkanocnego urlopu – wiele osób przed Wielkim Czwartkiem (Skjærtorsdag) decyduje się bowiem wziąć kilka dni wolnego. Norwegowie w tym czasie kultywują narodową tradycję, jaką jest hyttetur (nocleg w chatce w górach). Tym razem jednak, w związku z ograniczeniami spowodowanymi epidemią COVID-19, takimi jak społeczna izolacja czy zakaz nocowania w hyttcie, Spokojny tydzień 2020 będzie całkowicie różnić się od tych z lat ubiegłych.

CZYTAJ WIĘCEJ: Rosnąca imigracja – wzrost gospodarczy czy skutki brexitu?

– Rozmawiając z Norwegami zauważyłem, że bardzo ufają władzom i są pewni jutra. W Norwegii także wzrosło bezrobocie, ale tutaj o bezrobotnych dba państwo. Na okres kwarantanny gospodarz ma prawo zwolnić swojego pracownika, ale pod warunkiem, że gdy skończy się kwarantanna, osoba powróci na swoje miejsce pracy. Za ten okres, gdy człowiek jest na zwolnieniu przez 20 roboczych dni, 100 proc. wypłaty płaci państwo, następnie 80 procent. Pracodawcy pracownik nic nie kosztuje. Tak samo jest i z emigrantami. Na przykład wielu moich znajomych nie zdążyło wrócić do Norwegii, pozostali na Litwie, ale państwo norweskie zapłaci im 100 proc. wynagrodzenia. Dlatego tutaj nie ma tak wielkiej paniki. U nas ludzie panikują, bo nie tylko boją się zachorować, ale też boją się z czego będą żyć. Norwegowie zachowują raczej spokój. Oni nie ekscytują się zbytnio niczym, są bardziej niż my wyluzowani – zaznaczył Dmitrij.

Justas z Wilna z rodziną w Norwegii mieszka już 8 lat. W rozmowie z „Kurierem Wileńskim” powiedział, że panikować zaczyna wtedy, gdy porozmawia przez telefon z rodzicami czy bratem.
– Tutaj jest spokojnie. Na początku było sporo strachu, ale ludzie przysłuchują się wytycznym władzy. Jeżeli jest możliwość, to można pracować zdalnie, żona tak pracuje, ja jestem na tymczasowym zwolnieniu, opiekuję się synkiem. Miasto jest puste, jeżeli Norweg widzi starszą osobę na mieście, a obecnie to zdarza się bardzo rzadko, to obowiązkowo

Bardzo rzadko można spotkać na ulicy starszą osobę Fot. pixabay.com

podejdzie i zapyta, czy mógłby w czymś pomóc i poradzi, żeby jak najszybciej wrócić do domu. Jeżeli osoba potrzebuje pomocy, to albo sam pomoże albo zawiadomi o tej osobie odpowiednie instytucje. Do sklepu chodzimy o wiele rzadziej. Na spacer wychodzimy, pijemy kawę na zewnątrz. Nie słyszałem żeby brakowało dezynfektorów czy masek. Ale masek bardzo rzadko kto używa. Ale gdy już zadzwonią rodzice czy brat, to tak nakręcą, że całą noc nie zaśniesz. Na Litwie to wygląda jak koniec świata. Dziwi mnie to, że sami ludzie myślą o tym, kto ich będzie leczyć, czy starczy środków medycznych. U nas o takie rzeczy dba władza, my musimy tylko zadbać o swoje bezpieczeństwo. Rozmawiam z rodakami na Litwie i ciągle słyszę: z czego żyć, z czego oddać pożyczki? Norwegowie też mają zobowiązania finansowe, ale tutaj wszyscy rozumieją, że zdrowie jest najważniejsze – podkreślił Justas.

W połowie marca wprowadzono ograniczenia zwiększające dystans społeczny, takie jak zakaz imprez sportowych i kulturalnych oraz zamknięto wszystkie placówki edukacyjne. Szef resortu zdrowia Norwegii podkreślił, że konieczne jest utrzymanie przepisów mających na celu powstrzymanie wybuchu epidemii.

Wprowadzone 12 marca środki premier Erna Solberg nazwała „najmocniejszymi i najbardziej inwazyjnymi”, jakie kraj widział kiedykolwiek w czasie pokoju. Prócz instytucji edukacyjnych zamknięte zostały bary, baseny, siłownie, salony fryzjerskie, a także gabinety masażu i studia tatuażu. Restauracje wprawdzie mogą działać, ale muszą zapewnić gościom odległość minimum metra od siebie i nie mogą prowadzić bufetów samoobsługowych. Wszystkie osoby wracające z zagranicy są poddawane dwutygodniowej kwarantannie.
W Norwegii zakażenie koronawirusem potwierdzono dotąd u łącznie 5 866 osób, 83 zmarły.
Gmina Oslo będzie monitorować mieszkańców w okresie wielkanocnym. Jeżeli okaże się, że np. w parku przebywa zbyt dużo osób, otrzymają one SMS z ostrzeżeniem i prośbą, żeby się rozejść.