M. Semenaitė: Zbyt mało uwagi poświęcamy prewencji

„Działanie takich placówek jak świetlice sprowadza się na Litwie do rozwiązywania problemów, gdy już są one bardzo widoczne. Tracimy przez to możliwość zapobiegania niepożądanym sytuacjom, ale wielu problemów dzieci i młodzieży można byłoby po prostu uniknąć” — twierdzi Maria Semenaitė, dyrektorka świetlicy „Dom, który czeka”.

„Dzienne centrum może być drogą do odkrycia pełnego potencjału dziecka” — mówi Maria Semenaitė
| Fot. Facebook

Świetlice, czyli dzienne centra dla dzieci i młodzieży nie są na Litwie popularnym rozwiązaniem. Dlaczego jest tak mało tego rodzaju placówek?

Pierwszą odpowiedzią mogą być oczywiście niedostateczne środki finansowe na ich prowadzenie. Żeby dzieci chciały regularnie przychodzić do świetlicy, musi im ona zapewnić atrakcyjne propozycje, a to wiąże się nie tylko z inwencją twórczą wychowawców, ale często również pieniędzmi. Ale to nie jest największy problem. Według mnie tego rodzaju placówki mają nie najlepszy wizerunek w naszym społeczeństwie.

Prawnie na Litwie świetlica działa nie w obszarze oświaty czy wychowania, ale opieki społecznej. Dzieci, które chodzą na takie zajęcia, postrzegane są więc często jako dzieci z rodzin dysfunkcyjnych, a tak oczywiście nie musi być. W naszym systemie prawnym świetlica potrzebna jest tylko jako lekarstwo na problem ubóstwa, niewydolności wychowawczej rodziców czy innych. Według mnie tego rodzaju myślenie jest bardzo nieprawidłowe, bo zupełnie nie bierze pod uwagę profilaktyki w obszarach, gdzie na razie problemów nie ma.

Dzienne centrum może mieć bardzo pozytywny wpływ na dziecko nie tylko wtedy, gdy zauważane są jakieś braki, ale może być też drogą do odkrycia jego pełnego potencjału, może też ustrzec przed wieloma trudnościami, tak w nauce, jak i życiu społecznym. My natomiast zupełnie ignorujemy możliwość przeciwdziałania niepożądanym zachowaniom, zanim one się pojawią.

Czytaj więcej: Świetlica „Kropla nieba” w Rudominie obchodzi pierwszą rocznicę działalności

Mówiąc o środkach — z czego utrzymuje się wasza świetlica?

W tej chwili działamy już jako placówka akredytowana, mamy więc wsparcie z Samorządu Miasta Wilna. Akredytację przeszliśmy jednak dopiero rok temu, a nasza świetlica działa już od 15 lat, więc przez zdecydowaną większość czasu opieraliśmy się na środkach, które pozyskaliśmy w ramach różnego rodzaju projektów czy od prywatnych darczyńców. Bardzo często to wsparcie pochodzi z Polski.

Zupełnie ignorujemy możliwość przeciwdziałania niepożądanym zachowaniom, zanim one się pojawią.

Nawet teraz, gdy mamy dofinansowanie z państwa, nie moglibyśmy działać tak sprawnie, bez naszych przyjaciół, którzy nas wspierają.

Tak naprawdę, w działalności tego rodzaju placówek najważniejsi są ludzie, dla których jest to pasja, bo na pewno nie jest to praca dochodowa i trzeba się liczyć w niej z trudnościami.

Czym takie dzienne centrum różni się od grupy dnia przedłużonego, która działa w bardzo wielu szkołach?

W praktyce różni się bardzo. W szkole najczęściej taka grupa sprowadza się do zapewnienia dzieciom opieki. Nauczyciel jest tam najczęściej po prostu opiekunem i bardzo rzadko realizuje jakiś konkretny plan wychowawczy. Nie ma zresztą takiej możliwości, bo nie jest to stała forma. W dziennym centrum powinno być inaczej. Tego rodzaju placówka ma sens, jeśli wychowuje dzieci według konkretnych założeń, uczy je podejścia do obowiązków, samodzielności w pewnych obszarach, bycia w grupie. Oczywiście, dobrze jest, jeśli osoby pracujące w takim miejscu są specjalistami i potrafią dzieci odpowiednio ukierunkować. Ale na pewno dzienne centrum to nie przechowalnia, do której można oddać dziecko na jakiś czas.

Zarówno dzieci, jak i rodzice powinni się liczyć z tym, że placówka będzie od dziecka oczekiwać spełnienia określonych wymogów. To nie zawsze jest łatwe, nie tylko dla dziecka, które musi się dostosować do zasad panujących w grupie, ale także dla niektórych rodziców.

Czytaj więcej: Odnowiono Centrum Opieki Dziennej dla Dzieci w Nowej Wilejce