Michał Stępniewski: „Mamy dług wobec narodów”

To historia, która dla nas, Polaków, jest bardzo zobowiązująca. Mamy dług wobec narodów, które udzieliły pomocy naszym rodakom podczas II wojny światowej i po niej – i nie jest to zamierzchła historia, bo nadal żyją jej świadkowie – mówi Michał Stępniewski, finansista, radca prawny i urzędnik państwowy, a także pasjonat losów polskich zesłańców na Syberii.

Michał Stępniewski – finansista, radca prawny i urzędnik państwowy, obecnie członek zarządu spółek Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych oraz KDPW_CCP, centralnych instytucji odpowiedzialnych za prowadzenie i nadzorowanie systemu depozytowo-rozliczeniowego w zakresie obrotu instrumentami finansowymi w Polsce
| Fot. mat/ pras.

Od lat jest Pan zaangażowany w upamiętnianie historii Polaków na Syberii oraz wspieranie potomków polskich zesłańców. Jak rozpoczęła się Pana syberyjska pasja?

Od 2006 r. do początku pandemii, konkretnie do grudnia 2019 r., mniej więcej dwa razy do roku odwiedzałem Syberię. Mocno zainteresowałem się tym terenem, zaangażowałem społecznie, z czasem zacząłem wspierać tamtejsze polskie szkoły czy Kościół katolicki. Nie bez znaczenia jest to, że diecezją irkucką kieruje bp Cyryl Klimowicz, a znaczna część, a co najmniej połowa proboszczów w jego diecezji to Polacy.

Mało kto wie, że na Syberii są też szkoły, w których przynajmniej teoretycznie prowadzone jest nauczanie języka polskiego, np. w takich miejscowościach jak Wirszyna czy Usole Syberyjskie. Razem z Fundacją „Edukacja dla Pokoleń” staramy się stwarzać uczniom tych szkół możliwość odwiedzenia Polski i do czasów pandemii udawało się nam sprowadzać ich na święta czy wakacje.

Ta moja syberyjska pasja na przełomie 2014 i 2015 r. zaprowadzała mnie do Australii. Właśnie tam odkryłem historię polskich dzieci, które trafiły do Nowej Zelandii. Mój przyjaciel, Paweł Milewski, ambasador w Australii, który również jest pasjonatem Syberii, zaproponował, by biskup z Irkucka przyleciał do Australii i Nowej Zelandii, gdyż żyje tam jeszcze ok. 200 z ponad 700 dzieci, które przybyły tu z Iranu, gdzie trafiły razem z Armią Andersa. Udało nam się zrealizować ten pomysł. Bp Klimowicz przyjechał, by przeprowadzić rekolekcje dla tych starszych już ludzi, których z jego diecezją łączą bardzo trudne wspomnienia. Większość z nich straciła w wyniku zsyłek rodziców, czasem rodzeństwo. Wielu zmarłych pozostało w bezimiennych grobach, a dzieci, które przeżyły ten koszmar, nigdy o nich nie zapomniały. Nie miały jednak okazji, by pomodlić się w miejscu spoczynku swoich rodziców, często go nie znały, nie miały gdzie zapalić symbolicznego znicza w święto zmarłych. Przyjazd biskupa z Irkucka miał więc ogromne symboliczne znaczenie. Był wyrazem ich duchowej łączności z ziemią, gdzie pozostali ich bliscy.

Przez cztery dni uczestniczyłem w dwóch takich spotkaniach w Nowej Zelandii z moją córką. Ogromne wrażenie wywarło na nas to, jak ci starsi ludzie pięknie nadal mówią po polsku, jak Polska, z którą stracili łączność w dzieciństwie, jest głęboko zakorzeniona w ich sercach. Czas spędzony w Iraku, Iranie, Palestynie czy potem w Nowej Zelandii, w obozie w Pahiatua, gdzie polskie dzieci mogły mieszkać aż do osiągnięcia pełnoletności, zupełnie nie oderwał ich ojczystej kultury, była im nadal bliska i bardzo za nią tęsknili. 

Tak postał pomysł na serię filmów o „Dzieciach Syberii”?

Ta historia bardzo mnie poruszyła. Zdałem maturę w 1993 r., a więc już po upadku komunizmu, ale w szkole jej nie poznałem. Odkrywałem ją przy okazji różnych książek, spotkań i bardzo mnie zafascynowała. Zanim spotkałem się osobiście się dorosłymi już dziećmi w Nowej Zelandii, znałem historię Armii Andersa czy tzw. dzieci Maharadży, które znalazły schronienie w Indiach, ale nie zdawałem sobie sprawy z tego, że polskie dzieci, deportowane ze swojej ojczyzny na Syberię, znalazły schronienie w różnych częściach świata. Trafiły również do Meksyku czy RPA.

Nie bez znaczenia był kontekst, w jakim poznawałem tę historię. Był to 2015 r., a więc początek kryzysu migracyjnego. Na co dzień dochodziły informacje o uchodźcach z Syrii czy Kurdach, którzy uciekali przed prześladowaniami. Oczywiście to inna historia niż ta z czasów wojny, ale mówiąc o migrantach, tych z 2015 r. czy obecnych, nie możemy zapominać, że także wśród nich są dzieci. Zbyt często rozpatrujemy sytuację wyłącznie z perspektywy dorosłych.

Akcentuje to sam tytuł naszego projektu. Hanka Ordonówna napisała książkę pt. „Tułacze dzieci” i chyba ten tytuł lepiej oddaje ich historię, bo rzeczywiście przeszły ogromną drogę. Chyba to nawet lepszy tytuł niż „Dzieci Syberii”. Nam się Syberia kojarzy z zsyłkami, łagrami, doświadczeniem najpierw represji w czasie zaborów, potem II wojny światowej i lat powojennych, ale raczej przez pryzmat dorosłych. Chcieliśmy więc pokazać, że jest to też historia tysięcy polskich dzieci.

Te dzieci, dziś osoby w podeszłym wieku, to ostatni świadomi świadkowie II wojny światowej. Osoby bardzo doświadczone, jako dzieci wyrwane z korzeniami z miejsc, gdzie się urodziły, zesłane na Syberię, gdzie często doświadczały rodzinnych tragedii. Musiały najpierw pokonać drogę do Uzbekistanu, gdzie tworzyła się Armia Andersa, a później wraz z wojskami przejść do Iranu, by wreszcie rozpocząć życie w zupełnie nieznanym kawałku świata. 

Czytaj więcej: Maria Radczenko: Nadal pamiętam smak syberyjskiego chleba

W filmach wykorzystano wiele materiałów archiwalnych, m.in. niepublikowane dotąd w Polsce fragmenty kronik z Instytutu Polskiego i Muzeum gen. Sikorskiego w Londynie oraz British Pathé, zdjęcia i dokumenty z rosyjskich archiwów. Udało się też dotrzeć do archiwów prywatnych.

Tak, zebraliśmy naprawdę sporo materiałów, choć pewnie nie dotarliśmy do wszystkich. Znajdują się one niemal na całym świecie. Jednym z dzieci, które trafiły Meksyku, był pan Julian Płowy. Przez lata zbierał on fotografie dokumentujące losy dzieci Syberii. Przekazał je nam, a my przekazaliśmy je do Muzeum Sybiru w Białymstoku oraz Muzeum Zsyłek w Krakowie.

W Nowej Zelandii na przełomie lat 80. i 90. powstało prywatne muzeum, które założył pan Jan Roy-Wojciechowski, który był też konsulem honorowym RP w Nowej Zelandii. To jedno z tych dzieci, którym w życiu się powiodło, zgromadził majątek i wykorzystał go, by upamiętnić historię dzieci z Pahiatua. Powstało również niemało książek opisujących tę historię. Można więc powiedzieć, że inicjatywy upamiętniających historię tułaczki polskich dzieci nie brakowało.

Bardzo ważne było zaangażowanie w nasz projekt pani Edyty Poźniak, redaktor Polskiego Radia. Nie tylko zajęła się ona scenariuszem i reżyserią filmów, lecz także wykorzystała swoje archiwum. Od ok. 10 lat również pasjonuje się Syberią i zanim jeszcze powstał pomysł filmów, nagrała na ten temat serię wywiadów, które mogliśmy wykorzystać.

Tragedia całego pokolenia został pokazana w filmach poprzez losy sześciu bohaterów: Haliny Babińskiej, Walentyny Grycuk, Franciszki Peter-Maziak, Juliana Płowego, Teresy Szejbal i Jana Roy-Wojciechowskiego. Dlaczego wybraliście właśnie te konkretne historie?

Rozpoczynając pracę nad filmami, chcieliśmy, by ważną ich częścią były wywiady, które zrealizowaliśmy sami. Zaprosiliśmy do Polski kilkanaście osób, które wzięły wówczas udział w inauguracji naszego projektu – ten obejmuje też stworzenie izby pamięci przy Katolickiej Szkoły Podstawowej im. ks. Piotra Skargi w Warszawie na Woli, przy której działa Fundacja „Edukacja dla Pokoleń”.

Od początku mieliśmy jasny pomysł, by stworzyć kompletny przekaz obejmujący kilka elementów. Najpierw odpowiedzieć na pytanie: dlaczego te dzieci trafiły na Syberię? Opowiadamy więc historię 17 września, ataku Związku Sowieckiego na Polskę i zsyłek. W drugim filmie mówimy o tym, w jaki sposób bohaterzy filmów opuścili Syberie. Potem pokazujemy ich losy w różnych częściach świata: w Meksyku, Afryce, Iranie, Palestynie i Nowej Zelandii.

Ale mówiąc o wyborze konkretnych historii, warto zauważyć, że pierwsze tego wyboru dokonało życie wiele lat temu. My mogliśmy opowiedzieć tylko historie szczęśliwe, historie tych, którym udało się przeżyć. Z Syberii udało się wyprowadzić tylko 16 tys. dzieci. Wiele pozostało tam na zawsze.

Czytaj więcej: Nie wszyscy mogli wrócić: 81. rocznica wywózki Polaków

Filmy są kierowane do młodego odbiorcy. Jak zamierzacie do niego dotrzeć?

Zależało nam, by materiały, które tworzymy, mogły być zintegrowane z programem nauczania. Dziś możemy już chyba mówić o pewnym sukcesie, bo nasze filmy zostały zaakceptowane jako materiały uzupełniające i umieszczone na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej, w katalogu zasobów dodatkowych. Można je także znaleźć na stronie Polskiego Radia. Teraz chcemy zainteresować nimi nauczycieli. Planujemy organizację konkursu na najlepszy scenariusz lekcji na temat dzieci Syberii i mam nadzieję, że w ten sposób wypracujemy najlepszy sposób na dotarcie do uczniów.

Czy projekt będzie kontynuowany?

Bardzo bym chciał, by te filmy zostały przetłumaczone na cztery języki: rosyjski, angielski, hiszpański i perski, i w tych językach trafiły do odbiorów w tych krajach, gdzie polskie dzieci przebywały. Myślę, że to ważne, byśmy dotarli do szerokich grup mieszkańców tych krajów, bo te filmy mają również wymiar dziękczynny. Wszystkie dzieci Syberii, które ja spotkałem, mówią z ogromną wdzięcznością o tych, których spotkali na swojej drodze od czasu opuszczenia miejsca zesłania i dzięki którym przeżyli. To historia, która dla nas, Polaków, jest bardzo zobowiązująca. Mamy pewien dług wobec narodów, które udzieliły tym dzieciom pomocy – i nie była to zamierzchła historia, bo nadal żyją jej świadkowie. Nie możemy o niej zapomnieć.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 8(24) 26/02-04/03/2022