Płokszto: Bez traktatu Litwa nie byłaby w NATO i UE

Pod koniec kwietnia 1994 r., po długich negocjacjach, prezydenci Litwy i Polski złożyli podpisy pod Traktatem o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy. Artur Płokszto, który wówczas zasiadał w ławie poselskiej, uważa, że jest to jeden z fundamentów litewskiej państwowości.

Artur Płokszto.
Artur Płokszto należał do sejmowej frakcji Związku Polaków. Dziś uważa, że traktat polsko-litewski przyczynił się do przyjęcia Litwy do UE
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Oficjalnie litewską niepodległość Polska uznała 26 sierpnia 1991 roku, chociaż nieoficjalnie strona polska wspierała dążenia Litwy do niepodległości niemalże od samego początku. Kilka miesięcy później, w listopadzie, w Wilnie zaczęła funkcjonować ambasada Rzeczypospolitej Polskiej. Do pełnej normalizacji stosunków droga jednak była daleka. 13 stycznia 1992 r., czyli w pierwszą rocznicę masakry pod wieżą telewizyjną, ministrowie spraw zagranicznych obu krajów Algirdas Saudargas i Krzysztof Skubiszewski podpisali Deklarację o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy. Dokument, w pewnym sensie, stał się kamieniem węgielnym przyszłego traktatu.

Czytaj więcej: Traktat polsko-litewski. Wyraz szacunku i kompromisu

Przeprosiny za Żeligowskiego

Artur Płokszto w latach 1992-96 obok Ryszarda Maciejkiańca, Zbigniewa Siemienowicza i Gabriela Jana Mincewicza należał do sejmowej frakcji Związku Polaków na Litwie. Twierdzi, że podstawowym problemem w podpisaniu umowy między dwoma krajami były kwestie historyczne.

W przypadku frakcji to nie było żadnej różnicy zdań. Były duże dyskusje między litewskimi siłami politycznymi: czy zgodzić się na to, że nie ma przeprosin za okupację Wilna (tzw. bunt Żeligowskiego – przyp. red.). Nasza frakcja nie brała udziału w tym sporze na temat historycznych zaszłości, bo dla nas i tak wszystko było jasne. Brakowało jednolitej strategii przekonywania co do konieczności podpisania traktatu, dlatego różni członkowie frakcji Związku Polaków na Litwie działali różnie. Wszystko zależało od tego, jak byli zintegrowani z resztą Sejmu. W moim przypadku zawsze przekonywałem, że jest to jedyny ratunek dla państwa litewskiego, aby jak najbardziej się związać z Zachodem i nie mieć jakichkolwiek zatargów dyplomatycznych z najważniejszym sąsiadem — wspominał w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” Płokszto. Zdaniem byłego posła generalnie wszyscy ówcześni parlamentarzyści rozumieli, że droga Litwy na Zachód prowadzi przez Polskę. Tylko nieliczni twierdzili, że „trzeba iść do Europy przez Skandynawię”, ale, jak dodaje, to „był margines”.

Czytaj więcej: Wstaliśmy z kolan

Po kilkuletnich rozmowach zakulisowych 18 marca 1994 r. ministrowie spraw zagranicznych RP i Litwy Andrzej Olechowski i Povilas Gilys parafowali Traktat o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy. 26 kwietnia został on podpisany przez prezydentów obu państw Lecha Wałęsę i Algirdasa Brazauskasa. Ratyfikacja traktatu, przez oba parlamenty, nastąpiła 13 października 1994 r. Prawica litewska, praktycznie do ostatniej chwili, próbowała wymusić na stronie polskiej przeprosiny za „bunt Żeligowskiego i okupację Wileńszczyzny”.

„Polska okupacja Wileńszczyzny była i pozostaje faktem złamania prawa międzynarodowego, niezależnie od tego, czy odpowiedzialny za to kraj oficjalnie przyznaje się do tego, czy też nie” — takie słowa można było przeczytać w oficjalnym oświadczeniu konserwatystów, które notabene podpisał przyszły premier, a wówczas starosta frakcji Andrius Kubilius. Tym niemniej traktat poparło 91 posłów, a „przeciw” głosowało tylko 17. Vytautas Landsbergis i Andrius Kubilius nie wzięli udział w głosowaniu.

— To jest naturalne, że polityka zagraniczna jest priorytetem prezydenta, dlatego stanowisko Algirdasa Brazauskasa było istotne. Nie było jednak tak, że frakcja partyjna ślepo słuchała prezydenta. Były konflikty. Jednak z tego, co pamiętam, przed ratyfikacją były straszne kłótnie, różne historyczne ataki, a po ratyfikacji wszystko dosłownie zniknęło. Co jest jakby bezpośrednim dowodem na to, że hałas był sztuczny — zaznaczył w rozmowie z naszym dziennikiem Płokszto.

Dobre i złe karty historii

W preambule dokumentu znalazł się taki zapis podkreślający, że „świadomość dobrych i złych kart z historii naszych państw ma służyć utrwalaniu wzajemnego zrozumienia pomiędzy narodami polskim i litewskim w jednoczącej się demokratycznej Europie”. Dokument zapowiadał między innymi zacieśnienie współpracy polsko-litewskiej w ramach organizacji międzynarodowych, takich jak Rada Państw Morza Bałtyckiego. Polska i Litwa wykluczały jakąkolwiek pomoc dla państw trzecich, które dążyłyby do ataku na jedną ze stron zawartego traktatu. W traktacie dużo miejsca poświęcono też prawom polskiej mniejszości na Litwie i litewskiej w Polsce.

„Układające się Strony zobowiązują się do poszanowania międzynarodowych zasad i standardów dotyczących ochrony praw mniejszości narodowych, w szczególności zawartych w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, w Międzynarodowych paktach praw człowieka, w odpowiednich dokumentach Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, a także w Europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności wraz z protokołami dodatkowymi, przyjętymi przez obie strony” — czytamy w tekście umowy międzypaństwowej. Traktat gwarantował przedstawicielom polskiej i litewskiej mniejszości „prawo indywidualnie lub wespół z innymi członkami swej grupy do swobodnego wyrażania, zachowania i rozwijania swej tożsamości narodowej, kulturowej, językowej i religijnej, bez jakiejkolwiek dyskryminacji i przy zachowaniu pełnej równości wobec prawa”.

W imieniu Polski traktat 1994 roku podpisał prezydent Lech Wałęsa (na zdjęciu po lewej stronie, po prawej — historyk Alfredas Bumblauskas
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Podziękowania Kubiliusa

Najwięcej sporów, już po ratyfikacji, wywoływał zapis pozwalający mniejszościom w obu krajach „używania swych imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej”. Zapis był uzupełniony zdaniem: „szczegółowe regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk zostaną określone w odrębnej umowie”. Przez dłuższy czas niewywiązanie się przez stronę litewską z tego zapisu było rysą na relacjach polsko-litewskich. Częściowo problem z oryginalną pisownią imion i nazwisk udało się rozwiązać na Litwie dopiero w tym roku.

— Dokument jest fundamentalny. Stał się podstawą dalszych stosunków. Natomiast wiele jest traktatów i postanowień, których realizacja odbiega od tego, co zostało zapisane na papierze — w ten sposób tłumaczy różnicę w interpretacji zapisów traktatowych Płokszto. Jego zdaniem traktat umożliwił Litwie aspirowanie do członkostwa w NATO i Unii Europejskiej.

— Nikt nie przyjąłby państwa do NATO lub Unii Europejskiej, które nie miałoby uporządkowanych stosunków z sąsiadami. W tym przypadku nie ma o czym dyskutować. Strategicznym wymogiem państwa litewskiego był brak zatargów z sąsiadami — podkreślił były poseł.

Stosunek do traktatu po latach zmienił też Andrius Kubilius. „Jeszcze raz chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy wówczas mieli tyle odwagi do złożenia podpisu pod tymi słowami. Dziękuję kolegom, którzy i obecnie są na sali, że starczyło odwagi do zagłosowania nad ratyfikacją Traktatu” — mówił polityk w Sejmie z okazji 25-lecia podpisania dokumentu.

Czytaj więcej: Stanisław Karczewski: traktat polsko-litewski przełomową chwilą dla obu narodów