Więcej

    Mięso armatnie Putina

    Czytaj również...

    Rosja prowadzi regularną wojnę z dużym europejskim krajem, opierając się wciąż na modelu sił zbrojnych typowym dla czasów pokoju. Bez powszechnej mobilizacji nie da się jednak uzyskać liczebnej przewagi i przechylić losów wojny na swoją korzyść. Tym bardziej że i jakość rosyjskiego wojska pozostawia wiele do życzenia.

    | Fot. Alexey Nikolsky/SPUTNIK/KREMLIN/POOL/PAP/EPA

    Według ukraińskiego sztabu generalnego łącznie Rosja zaangażowała dotychczas w wojnę 330 tys. ludzi. Jak wylicza gen. Ołeksij Hromow, są to: żołnierze wchodzący w skład batalionowych grup taktycznych (ok. 150 tys.), siły morskie i powietrzne (ok. 70 tys.), rezerwy mobilizacyjne (ok. 80 tys.), Rosgwardia i najemnicy (ok. 30 tys.).

    Kulawa mobilizacja

    Po rozpoczęciu wojny, w której Kreml początkowo wysłał przeciwko Ukrainie ok. 180 tys. żołnierzy (blisko 120 batalionowych grup taktycznych), rosyjskie wojsko szybko zaczęło doświadczać poważnych problemów logistycznych i kadrowych. Do połowy wiosny wojna była prowadzona wyłącznie przez regularne jednostki wojskowe – które ponosiły ciężkie straty (choćby elitarne jednostki powietrznodesantowe).

    Gdy okazało się, że „specjalna operacja” nie zakończy się w 2–3 tygodnie, jak Rosja długa i szeroka ruszyła ukryta mobilizacja. Tej powszechnej Putin wciąż boi się ogłaszać. Zaczęło przybywać nekrologów żołnierzy w wieku powyżej 40 lat, a więc rezerwistów, którzy kierując się chęcią zarobku, podpisali kontrakty na krótkoterminową służbę wojskową. Widoczna jest także wzmożona promocja takiej całkiem dobrze opłacanej służby na rosyjskiej prowincji.

    Taka metoda pozyskiwania mięsa armatniego ma swoje plusy i minusy. Główną zaletą jest to, że uwalnia Kreml od konieczności publicznego ogłaszania mobilizacji powszechnej. Kolejną zaletą jest to, że żołnierze i oficerowie mogą być powoływani do służby stopniowo, co zapobiega nadmiernemu obciążeniu systemu mobilizacyjnego.

    Ale ma to też swoją złą stronę. Taka ukryta mobilizacja pozwala rosyjskiej armii jedynie częściowo uzupełnić straty na polu walki, pozbawiając ją gotowych znaczących sił rezerwowych, odwodów, które można by rzucić w określonym momencie na określonym odcinku frontu, by uzyskać miażdżącą przewagę i osiągnąć cel.

    Inny duży minus to kiepski poziom wyszkolenia mobilizowanych w ten sposób żołnierzy. Na papierze Rosja ma ok. 2 mln rezerwistów, czyli osób po służbie obowiązkowej lub kontraktowej. Ale pełnowartościowych, takich, co odbywają po odejściu z aktywnej służby regularne szkolenia w określonym odstępie czasu, jest… zaledwie 4–5 tys.

    Generałowie tak bardzo pożądają armatniego mięsa na froncie, że coraz częściej przymyka się oko na przepis mówiący, że do wojska nie bierze się osób skazanych za przestępstwa. Tylko w Czeczenii co dziesiąty ochotnik idący na wojnę z Ukrainą ma za sobą kryminalną przeszłość lub ciąży na nim wyrok sądowy.

    Czytaj więcej: Wojna w Ukrainie i bezpieczeństwo wśród najważniejszych tematów orędzia prezydenta Litwy

    Mobilizacja w Czeczenii

    Tymczasem Putinowi wyczerpuje się zasób rezerwistów chętnych pójść na wojnę po to, by zarobić. A przecież na dobrowolności opiera się ta ukryta mobilizacja. Jak więc znaleźć „ochotników” w ramach obecnego systemu?

    Być może coraz więcej regionów będzie szło w ślady Czeczenii, gdzie trwa de facto przymusowa mobilizacja, bo prawdziwych ochotników prawie już nie ma. Większość spośród tych, którzy zgadzają się walczyć, czyni to, by uchronić swoje rodziny przed upokorzeniem, natomiast siebie przed oskarżeniami o „terroryzm” i torturami – ustalił niezależny portal The Insider.

    Kadyrowcy dopuszczają się też przemocy wobec rodzin zmobilizowanych mężczyzn. – Jeśli ktoś nie chce jechać na Ukrainę, zaczynają grozić jego matce i siostrom. Mówią, że zostaną zabrane, że podrzucą im narkotyki i broń, uznają za terrorystów i oskarżą o wyjazd do Syrii, członkostwo w Państwie Islamskim. To bardzo powszechna forma szantażu – opowiadał opozycjonista Isłam Biełokijew, obecnie walczący przeciwko rosyjskim wojskom na Ukrainie.

    Oczywiście taka mobilizacja to kolejna możliwość złupienia rodaków. Można się wykupić z „ochotniczego” wyjazdu na front za ok. 7,5 tys. euro.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Czeczeni, ci faktyczni ochotnicy, jadą na Ukrainę nie tyle walczyć, ile łupić. Ramzan Kadyrow, szef Republiki Czeczeńskiej, zapewnił im wykonywanie wygodnego zadania. Nie idą do boju w pierwszej linii, ale zostają na tyłach, pełniąc podwójną funkcję. Po pierwsze, oddziałów zaporowych przeznaczonych do pacyfikacji dezerterów i żołnierzy z pierwszej linii nie dość entuzjastycznie godzących się z rolą mięsa armatniego. Po drugie, oddziałów okupacyjnych na zajętych terenach – tam mordują, gwałcą i rabują ludność cywilną.

    Z obu powyższych powodów inni żołnierze Federacji Rosyjskiej za Czeczenami, mówiąc delikatnie, nie przepadają. Co czasem przyjmuje drastyczną formę. Jak pod koniec kwietnia w okupowanym obwodzie chersońskim, gdy ok. 50 Buriatów starło się z podobną liczbą Czeczenów w walce o łupy. Nie wiadomo, ile osób zginęło i zostało rannych w tej nocnej potyczce.

    Czytaj więcej: Scholz na Litwie: „Ukraina ma obronić własną niezależność”

    Wielonarodowa armia rosyjska

    Konflikty między różnymi grupami etnicznymi w rosyjskim wojsku nie są niczym nowym. Skład etniczny Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej przypomina, że to państwo wielonarodowe i wieloreligijne. Symbolizuje to fakt, że największe straty na wojnie ponoszą buddyjska Buriacja, prawosławna Osetia Północna i muzułmański Dagestan. Szczegółowy skład etniczny rosyjskiej armii jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Być może dlatego, że okazałoby się, iż etniczni Rosjanie są w niej w mniejszości.

    Udział innych narodowości wśród poborowych i żołnierzy kontraktowych rósł w ciągu ostatnich kilku dekad. Wynika to nie tylko z powodów demograficznych (dużo większy przyrost naturalny mieszkańców Kaukazu Północnego niż etnicznych Rosjan), ale też ekonomicznych.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Podczas gdy stopa bezrobocia w Rosji wynosi średnio 4 proc., w samym Dagestanie jest co najmniej trzy razy wyższa. Buriacja z kolei jest jednym z najbiedniejszych regionów FR, gdzie średnia miesięczna pensja to ok. 350 euro. Dla mieszkańców biednych części kraju służba wojskowa to solidny zarobek. Dlatego też właśnie w takich regionach ukryta mobilizacja okazała się najbardziej efektywna – łatwiej zachęcić żołdem Buriata czy Dagestańczyka niż mieszkańca Moskwy lub Petersburga.

    Widać to po strukturze geograficznej strat na wojnie z Ukrainą. W Dagestanie, republice liczącej 3,1 mln mieszkańców, odnotowuje się najwięcej ofiar śmiertelnych spośród wszystkich terytoriów Rosji. W przeliczeniu na mieszkańca plasuje się ona jednak za Buriacją i Osetią Północną.

    Nawet opierając się wyłącznie na oficjalnych potwierdzonych danych obraz jest jasny: na ołtarzu imperialnych ambicji Putina i rosyjskich nacjonalistów głowę kładą częściej mieszkańcy Dagestanu niż Moskwy. Według stanu na 10 czerwca proporcja wynosiła 199 do… siedmiu.

    Czytaj więcej: Ukraińska marynarka: rosyjski holownik Wasilij Biech trafiony


    Antoni Rybczyński


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 25 (74) 25/06-01/07/2022

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Polsko-litewski projekt „Historia naszych Kresów – Wileńszczyzna”

    Goście zwiedzili szkołę, spotkali się z uczniami, nauczycielami i dyrekcją gimnazjum, uczestniczyli w zajęciach lekcyjnych. Wieczorem cała poznańska delegacja została zaproszona do DKP na muzyczne widowisko „Wesoła ta strona”, które zaprezentował szkolny Zespół Ludowy Pieśni i Tańca „Wilenka”. Podczas...

    Wdzięczność i satysfakcja. Delegacja MSZ RP i FPPnW na Litwie i Łotwie

    W trakcie wizyty odbyły się spotkania ze środowiskami polskimi, z którymi Fundacja „Pomoc Polakom na Wschodzie” im. Jana Olszewskiego współpracuje przy realizacji projektów: medialnych, szkoleniowych, inwestycyjnych, oświatowych, jak i w zakresie promocji polskiej kultury lub ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego...

    Przegląd BM TV z Adamem Błaszkiewiczem, dyrektorem „JP2” w Wilnie. „Historia z maturami kończy się w lipcu”

    Rajmund Klonowski: Dla wielu zaczyna się sezon wakacyjny, ale tylko nie dla Pana, ponieważ zaczyna się sezon egzaminów maturalnych. Adam Błaszkiewicz: Wczoraj mieliśmy pierwszy egzamin maturalny i tak będzie trwało do połowy czerwca. Potem dość długo czekamy na wyniki tych...