Więcej

    Z Pikieliszek w świat. Wspomnienie o nieprzeciętnej uczennicy

    „Jedynie czyn ma znaczenie. Najlepsze chęci pozostają bez skutku, o ile nie pociągają za sobą następstw praktycznych” (Józef Piłsudski). Ewelina Wołowiczewa, o której jest ten artykuł, to właśnie człowiek czynu.

    Czytaj również...

    Pikieliszki k. Wilna wielu Polakom kojarzą się z ojcem polskiej niepodległości, marszałkiem Józefem Piłsudskim, który co roku w latach 1930–1934 spędzał sześciotygodniowy urlop właśnie w tej miejscowości, w swoim dworku, malowniczo położonym nad jeziorem Żałosa. Bohaterem tego tekstu nie będzie jednak Naczelnik Państwa, którego maksymę nieprzypadkowo pozwoliłam sobie wykorzystać. Bezpośrednio jest ona skierowana do tych, którzy minimalnie angażując się w naukę lub pracę, marzą o sukcesie: finansowym, biznesowym, politycznym, sportowym, artystycznym… Pośrednio zaś odnosi się do Eweliny Wołowiczewej, o której chcę opowiedzieć, bo jest człowiekiem wyjątkowym, człowiekiem czynu.

    W październiku, a może listopadzie 2012 r. Ewelina postanowiła pożegnać się z wileńską szkołą, w której uczyła się cztery lata, i przyszła do Gimnazjum im. Jana Pawła II, by kontynuować naukę w klasie 1. Trafiła do mojej klasy wychowawczej. Została życzliwie przyjęta przez wszystkich, zresztą bardzo sympatycznych dzieciaków. Powoli poznawałyśmy się. Była niezwykle skromna, wrażliwa, nieufna, małomówna. Dziewczynki z klasy zaopiekowały się nią i szybko się zaprzyjaźniły.

    Widać było, jak się Ewelina powoli zmienia: staje się bardziej pewna siebie, otwarta, mniej spięta, jakby zrozumiała, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo w naszym towarzystwie. Oczywiście, korciło mnie dowiedzieć się, dlaczego zdecydowała się zmienić szkołę, skoro z powodzeniem mogłaby się dalej uczyć w gimnazjum, w którym spędziła szmat czasu.

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Czytaj więcej: Podróżnik z Solecznik, Marek Kołosowski: „Do trzydziestki chcę zaliczyć 50 krajów”

    Wewnętrzna dyscyplina

    Ewelina urodziła się we wspomnianych na wstępie Pikieliszkach, tam ukończyła szkołę początkową. Od klasy 5 uczyła się w wileńskim gimnazjum. Rodzice bardzo skromni, niezamożni, zacni ludzie codziennie autobusem z przesiadkami wozili swoje dziecko do szkoły. 25 km w jedną stronę. Przystanek autobusu podmiejskiego wcale nie był obok domu, ponad kilometr dziewczynka musiała iść pieszo niezależnie od pogody: ulewa, wichura, śnieżyca, mróz, upał. Szybko się usamodzielniła i do szkoły jeździła bez opieki.

    Poznałam tych wspaniałych, mądrze kochających swoją jedynaczkę rodziców oraz babcię, wiejską kobietę, niezwykle szlachetną, która opiekowała się wnuczką na co dzień (rodzice pracowali w Wilnie). Gdy wróciłyśmy z Eweliną z Warszawy (uczestniczyła w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Literatury i Języka Polskiego), zawiozłam ją do domu. Zaproponowałam, że przy okazji zabiorę kilkadziesiąt książek, z których Ewelina korzystała, szykując się do olimpiady, by tego ciężaru nie musiała dźwigać. Mama nie pozwoliła mi odjechać, zaprosiła na herbatę i ciasto, które specjalnie na powitanie córki upiekła. Atmosfera w tym skromnym, schludnym wiejskim domku za sprawą gospodarzy wręcz emanowała ogromną miłością, dobrocią, życzliwością.

    My, nauczyciele, szybko zorientowaliśmy się, że jest to uczennica nieprzeciętna: wyjątkowo pracowita, zmotywowana, odpowiedzialna, cechuje ją wewnętrzna dyscyplina, jest maksymalnie skoncentrowana na każdej lekcji, umiejętnie zarządza czasem. Nigdy w ciągu czterech lat nauki nie opuściła żadnej lekcji (z wyjątkiem dni, gdy reprezentowała gimnazjum poza murami szkoły), nigdy się nie spóźniła, chociaż codziennie na 8 rano do szkoły w Karolinkach dojeżdżała autobusami z dwoma przesiadkami, musiała pokonać 30 km w jedną stronę.

    Nigdy nie korzystała z usług korepetytorów, nie było takiej potrzeby. Zresztą na tego typu rozpustę nie miała ani czasu, ani pieniędzy. Zaufała nauczycielom, którzy ją uczyli i zachęcali do udziału w różnego rodzaju konkursach i olimpiadach przedmiotowych. Oczywiście musiała się do nich dodatkowo przygotowywać.

    Na swoim koncie miała dużo zwycięstw. Zaproponowałam jej udział w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Literatury i Języka Polskiego. Absolutnie nie nalegałam, bo wiedziałam, że jej zainteresowania oscylują wokół nauk ścisłych i przyrodniczych. Jednak zgodziła się. Wybrała bardzo ambitny i obszerny temat literacki: Czesław Miłosz. Skompletowałam jej potrzebną literaturę, czasami po lekcjach omawiałyśmy różne zagadnienia związane z tematem, ale przede wszystkim pracowała samodzielnie. Z powodzeniem zaliczyła etap miejski i szykowała się do kolejnych zawodów – etapu krajowego.

    W sobotę, kilka dni przed olimpiadą, zatelefonowała do mnie mama Eweliny i powiedziała, że córka jest przerażona nawałem zajęć szkolnych i ogromem materiału, nie radzi sobie z tym wszystkim i nie wiedzą, jak w tej sytuacji mają się zachować. Spokojnie odpowiedziałam, że wcale nie musi uczestniczyć w olimpiadzie. Niech wszystko rzuca w kąt i pójdzie sobie na długi spacer. Zdrowie nade wszystko!

    Miałam jedną prośbę: wolałabym, żeby w dniach olimpiady nie przychodziła do szkoły. Tym samym skorzystałaby z okazji i trochę odpoczęła. A jednak… W poniedziałek spotkałam ją na szkolnym korytarzu, z daleka się uśmiechała, z twarzy można było wyczytać, że będzie uczestniczyć w zawodach ogólnokrajowych. Tak się stało. Startowała i zwyciężyła. Była najlepsza. Zajęła I miejsce. Zwycięstwo w OLiJP sprawiło, że w 2016 r. została laureatką Nagrody Małego św. Krzysztofa, którą otrzymała z rąk mera Wilna za osiągnięcia w dziedzinie filologii polskiej.

    Setkowiczka uhonorowana

    Maturę zdała śpiewająco. Otrzymała setki z trzech egzaminów państwowych: języka litewskiego, matematyki i biologii. Z chemii i języka angielskiego zabrakło jej po parę punktów do setki. Z polskiego – 10 (egzamin szkolny). Z innymi setkowiczami wileńskimi została odpowiednio uhonorowana przez mera Wilna Remigijusa Šimašiusa w Ratuszu wileńskim oraz przez premiera Litwy Algirdasa Butkevičiusa w Pałacu Władców. Znalazła się w gronie 77 maturzystów z całej Litwy, którzy na egzaminach otrzymali po trzy setki.

    Zanim przystąpiła do matury, pomyślnie zdała egzaminy wstępne i została studentką Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku biotechnologia. Otrzymała stypendium rządu polskiego. Wyjechała do Warszawy.

    Zamieszkała w domu studenckim. Pokój dzieliła z dwoma innymi studentkami z republik posowieckich. Okazało się, że współlokatorki są zainteresowane bynajmniej nie nauką, tylko szeroko rozumianym życiem studenckim. Jako że Ewelina do Warszawy pojechała w innym celu niż rozrywkowy, po miesiącu w administracji uczelnianej złożyła wniosek z prośbą o zmianę akademika. Udało się. Znalazło się miejsce w innym domu studenckim, zamieszkała w dwuosobowym pokoju ze studentką V roku z Polski. Nareszcie mogła skupić się na nauce.

    Czytaj więcej: Czy podczas podróży zachowujemy się (nie)odpowiedzialnie?

    W laboratorium w szpitalu uniwersyteckim w Zurychu

    Na stypendium w USA

    Po trzech latach studiów otrzymała pierwszy dyplom. Z bardzo dobrym wynikiem ukończyła studia licencjackie. Napisała pracę o immunoterapii nowotworów. Na studia magisterskie postanowiła przenieść się do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński, wybrała kierunek pokrewny – biochemię. Praca magisterska (badawcza) dotyczyła fotosensybilizatorów – związków chemicznych do fototerapii nowotworów. Ubolewała, że z powodu pandemii przez jakiś czas nie mogła prowadzić badań w laboratorium.

    Będąc na ostatnim roku magisterki, postanowiła spróbować załapać się na roczny staż badawczy w USA. Złożyła wniosek w Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta i została laureatką Programu BioLAB 2021–2022. Komisja otrzymała 78 kompletnych wniosków od studentów i doktorantów kierunków biologiczno-chemicznych oraz medycznych z całej Polski. Rekrutacja przebiegała w dwóch etapach: pierwszy dotyczył oceny formalnej i merytorycznej elektronicznego wniosku zgłoszeniowego, drugi polegał na trzykrotnych spotkaniach i rozmowach z komisją kwalifikacyjną.

    Przebrnęło przez to sito kwalifikacyjne 38 studentów. Staż studenci odbywali w czterech renomowanych ośrodkach badawczych USA. Roczne stypendium wynosiło od 28 do 35 tys. dolarów (w zależności od stanu, przed odliczeniem podatków). Ewelina trafiła do Oklahoma Medical Research Foundation, laboratorium zajmującego się starzeniem, szczególnie mięśni szkieletowych. Jej projekt dotyczył modelu mysiego do izolacji konkretnego typu komórek (fibroblastów) z mięśni szkieletowych. Inny projekt, w którym uczestniczyła, polegał na izolacji komórek mózgowych (astrocytów i neuronów), również z modelu mysiego.

    W czasie wolnym stażyści zwiedzali Stany Zjednoczone, poznawali kulturę amerykańską. Ewelina otrzymała propozycję przedłużenia stażu o rok, jednak zdecydowała się kontynuować karierę naukową w Europie, ponieważ w międzyczasie dostała się na trzyletnie studia doktoranckie na Uniwersytecie w Zurychu (Szwajcaria). Realizację projektu, dotyczącego roli układu krwionośnego w chorobie Alzheimera, szczególnie roli HDL (ang. high density lipoprotein, lipoproteiny o wysokiej gęstości), rozpoczęła we wrześniu br. Laboratorium, w którym prowadzi badania, jest częścią szpitala uniwersyteckiego.

    Ciężka praca

    Ewelina nadal zadziwia mnie swoją skromnością. O stażu w USA opowiedziała tak, jakby każdy, komu się zamarzy pobyt w Ameryce, mógł otrzymać stypendium i możliwość prowadzenia badań w renomowanym ośrodku naukowym. Niewątpliwie ma rację, mówiąc: „Moje życie nie składa się z samych sukcesów, to raczej trudna droga rozwoju”.

    Zawsze zresztą podkreślała, że swoje osiągnięcia zawdzięcza przede wszystkim ciężkiej pracy. Niełatwą do przebycia ścieżkę naukową sama sobie wybrała. Uosabia moje wyobrażenie o tym, jaki musi być naukowiec: inteligentny, ciężko pracujący, cierpliwy, ciekawy świata, sumienny, z bogatą wyobraźnią i oczywiście z właściwym systemem wartości.

    Kto wie, może po kilkunastu lub kilkudziesięciu latach w październiku wszystkie światowe agencje informacyjne ogłoszą: „Laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny została EWELINA WOŁOWICZEWA, Polka, urodzona w Pikieliszkach k. Wilna”.


    Czesława Osipowicz

    Fot. archiwum prywatne


    Artukuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 46(134) 19-25/11/2022

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Afisze

    Więcej od autora

    5. edycja Festiwalu Świateł w Wilnie [GALERIA]

    Artyści, którzy przybyli do Wilna z Francji, Kanady, Wielkiej Brytanii, Holandii, Hiszpanii i Włoch poszerzyli granice wyobraźni i ukazali świat innym, niźliśmy się do tego przyzwyczaili. Z okazji 700-lecia miasta otworzyły się autentyczne dziedzińce barokowej Starówki Wilna oraz wyświetliły się...

    Wernisaż i debata — 160. rocznica powstania styczniowego w Wilnie [GALERIA]

    Debatę uświetnił męski chór UNIA, a obecni mieli możliwość wcześniej jako jedni z pierwszych obejrzeć wernisaż poświęcony tej tematyce. Więcej na temat programu wydarzenia można przeczytać w publikowanej wcześniej informacji. Pokrzepiający serca dzień utrwalił nasz fotoreporter, Marian Paluszkiewicz. Fot. Marian Paluszkiewicz

    Hołd PUTW w Solecznikach dla Powstańców Styczniowych

    Było to największe polskie powstanie narodowe skierowane przeciwko Rosji. Wybuchło ono 22 stycznia 1863 r. w Królestwie Polskim, a 1 lutego 1863 — w byłym Księstwie Litewskim i trwało do jesieni 1864 r. Spowodowane zostało narastającym terrorem, jaki państwo...

    Pocopotek „Kuriera Wileńskiego” — o mgle i mrozie

    Szkoły otworzyły przed nami swoje podwoje, a my — chłopaki i dziewoje — nie spowalniamy naszej ciekawości świata! Pucułka dalej dzieli się swoimi spostrzeżeniami z dziećmi Wileńszczyzny (i nie tylko)! Zapraszamy do kolejnych edycji  Pocopotka! „Tak, ostatnie poranki i dnie...