Więcej

    Ostatnia z rodu! Niezwykłe życie Karoliny Lanckorońskiej

    „Wilno należało do orbity oczywistych zainteresowań Karoliny Lanckorońskiej. Faktycznie jednak jej związki z Wilnem są bardziej pośrednie niż bezpośrednie” – mówi Marcin Wilk, autor książki „Jedyna. Biografia Karoliny Lanckorońskiej”, poświęconej niezwykłej postaci arystokratki, profesorki, kolekcjonerki sztuki, a bodaj nade wszystko mecenaski polskiej kultury.

    Czytaj również...

    Jarosław Tomczyk: Karolina Lanckorońska żyła w aż trzech wiekach. Jej biografia to materiał na nie jeden, ale wiele filmów. I to nie nudnych, ciągnących się jak flaki z olejem, ale pełnych zwrotów akcji, niespodziewanych zdarzeń. Zacznijmy od początku, skąd się wywodziła?

    Marcin Wilk: Musimy w tym celu otworzyć wielką księgę rodową Lanckorońskich. I o czym my tu czytamy? Otóż Jan Długosz twierdził, że wywodzili się z Niemiec. Inni wskazywali na Francję lub – po prostu – Polskę. Ciekawa jest teoria, że mogli przybyć ze starożytnej Galii. Już samo badanie tych początków brzmi jak zaproszenie do wielkiej fascynującej podróży. Pewnym jest, że Lanckorońscy z Brzezia byli rodem herbowym, rycersko-szlacheckim i arystokratycznym. Tak napisał prof. Lech Kalinowski, jeden z ulubionych uczniów Karoliny, który Lanckorońskich znał bardzo dobrze.

    Ojciec Karli, Karol Lanckoroński, dzięki któremu obserwowała choćby z bliska pogrzeb cesarza Franciszka Józefa, to postać wielce ustosunkowana. Proszę go przybliżyć, powiedzieć, jak ważny był dla córki.

    Był olbrzymem – i to w dosłownym i metaforycznym sensie. Barczysty, rosły, z charakterystycznym wysokim głosem. Poza tym był człowiekiem o szerokich horyzontach intelektualnych i, jak pan słusznie zauważył, olbrzymich wpływach. Kolekcjoner sztuki i mecenas. Człowiek porywczy, ale też niebywale wrażliwy. Między nim a Karoliną Lanckorońską było 50 lat różnicy. Pochodzili więc z dwóch różnych porządków społecznych i kulturowych. Ojciec Lanckorońskiej z jednej strony nie rozumiał wielu przejawów nowoczesności, a z drugiej – bardzo wspierał aspiracje córki. Zawdzięczała mu z pewnością bardzo dużo. On ją podziwiał, ale miłość to była specyficzna, oparta bardziej na rozumie niż na uczuciu.

    Karol Lanckoroński widział Polskę raczej jako równoprawną część wielkiej monarchii Habsburgów. Karolina myślała o samodzielnym państwie, marzyła, że będzie mogła jeździć do Warszawy i Wilna, ale do tego drugiego nigdy chyba nie dotarła?

    Tak! O Warszawie i Wilnie napisała do swojej guwernantki i przyjaciółki, Eleonory Rzeszotko, w 1917 r., czyli na rok przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę. To wiele mówi o tym, jak widziała Polskę. O ile mi wiadomo, fizycznie do Wilna nie dotarła, ale podróżowała tam na pewno symbolicznie. Lanckorońska – tak teraz mi przyszło do głowy – była zresztą bardziej „południowa” i jeśli gdzieś przebywała, to chętniej na południu kraju, a potem i kontynentu. Rzym – w którym spędziła wiele lat – ukochała, a do Grecji, śladami antycznej kultury, odbyła niezapomnianą podróż.

    Lanckorońska poświęciła się całkowicie nauce. Spełniała się w intelektualnej i estetycznej relacji z Michałem Aniołem
    | Fot. archiwum Karoliny Lanckorońskiej, dzięki uprzejmości wyd. Znak

    Z Wilnem Karolinę silnie wiąże choćby postać kard. Waleriana Meysztowicza, omówmy ich relacje.

    Meysztowicz był profesorem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie i faktycznie ich losy splotły się mocniej, gdy Karolina Lanckorońska w 1945 r. w Rzymie podpisała dokument o powstaniu Polskiego Instytutu Historycznego. Lanckorońska ceniła Meysztowicza, w końcu został prezesem tegoż instytutu. Meysztowicz miał też dobrą orientację w archiwach kościelnych, był również osobą szanowaną w środowisku. Imponował Lanckorońskiej erudycją i umiejętnością prowadzenia dyskusji. W książce wspominam m.in. o ich wspólnych kolacjach wydawanych przez Contessę w Rzymie. Na tych przyjęciach miał się pojawiać serwis dawnego poselstwa polskiego przy Stolicy Apostolskiej.

    Z profesorką Uniwersytetu Wileńskiego Cezarią Baudouin de Courtenay-Jędrzejowiczową Lanckorońska tworzyła po wojnie polski uniwersytet w Londynie, była w to przedsięwzięcie niezwykle zaangażowana.

    Rzeczywiście. Mowa tu o Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie, znanym w środowisku jako PUNO, który w latach po II wojnie światowej odegrał niepoślednią rolę. Dla funkcjonujących w Wielkiej Brytanii Polaków i Polek uniwersytet stanowił ważną instytucję w kontaktach z opuszczoną ojczyzną. Uczelnia w końcówce roku 1952 na mocy dekretu Prezydenta RP na Uchodźstwie otrzymała prawa państwowej szkoły akademickiej. Karolina Lanckorońska dostała tam oficjalnie tytuł profesorski. Profesorka etnologii i etnografii Uniwersytetu Wileńskiego należała do wąskiego, elitarnego grona założycieli PUNO.

    Lanckorońska była jedną z pierwszych kobiet, które zrobiły karierę uniwersytecką. Droga do docentury na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie nie była jednak usłana różami, dlaczego?

    To wynikało z wielu uwarunkowań. Kobiety na akademii musiały mierzyć się z licznymi uprzedzeniami. Opinia publiczna odmawiała im możliwości kariery akademickiej. Choć więc wyraźnie wzrastała ich obecność na uniwersytetach po 1918 r., to już habilitacja była ewenementem. Od owych uprzedzeń nie było wolne również grono profesorskie. Przynajmniej jego część sprzeciwiała się wyraźnie i zdecydowanie obecności kobiet wśród wykładowczyń i kierowniczek katedr. Karolina Lanckorońska należała do jednych z nielicznych, które przebiły ten szklany sufit, i jeszcze przed wybuchem II wojny światowej uzyskała habilitację z historii sztuki. To jest ważny moment w dziejach historii kobiet na polskich uniwersytetach.

    II wojna światowa zmieniła życie Karli. Gdy wybuchła, jej brat i siostra wyjechali z Polski. Ona do niej przyjechała z Włoch. Dlaczego?

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Przyjechała, bo we Włoszech była na badaniach naukowych, przejściowo, ale to w Polsce były jej dom, jej środowisko, jej biblioteka, życie. We Lwowie miała mieszkanie ze swoją biblioteką, stanowiącą również jej warsztat pracy. Tu czekała na nią praca na uniwersytecie. Dydaktyka stanowiła dla niej bardzo istotne zajęcie. Wiemy ze źródeł pozostawionych przez jej uczniów i uczennice, że jej wykłady były porywające. Były nie tylko perfekcyjnie przygotowane, ale Lanckorońska korzystała też z nowoczesnych – jak na owe czasy – środków dydaktycznych, sięgając np. po odbitki fotograficzne.

    W pewnym momencie zrozumiała, że musi uciec ze Lwowa, przedostała się do Krakowa. Aktywnie działała już wówczas w Związku Walki Zbrojnej, co w nim robiła?

    Na początku opracowywała komunikaty o sytuacji w Europie i świecie. Z punktu widzenia dostępu do informacji była to bardzo istotna działalność, a ona nadawała się do tego jak mało kto. Znała w końcu kilka języków. W jej mieszkaniu odbywały się również zebrania oficerów. Wszystko to była oczywiście działalność konspiracyjna, bardzo niebezpieczna i obarczona wielkim ryzykiem.

    W końcu trafiła za tę działalność do więzienia, a ostatecznie do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Nie była tam zwykłą więźniarką, wstawiła się za nią włoska rodzina królewska.

    Nie była, z różnych zresztą względów. Była więźniarką polityczną, to po pierwsze, była też Polką, to po drugie. Po trzecie, uniknęła np. losu bycia obiektem eksperymentów medycznych. Miała za to talent pedagogiczny. Jej wykłady z historii sztuki sprawiały, że więzione mogły się choć na kilka chwil, w wyobraźni, przenieść do piękniejszego świata.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Do Polski komunistycznej nie wróciła, ale cały czas wspierała polską naukę, kulturę i sztukę. Co zaliczyłby Pan do jej największych osiągnięć na tym polu?

    Z pewnością jednym z najważniejszych osiągnięć Lanckorońskiej była niezwykła konsekwencja we wspieraniu polskiej nauki, kultury i sztuki. Robiła to w sposób systemowy, organizując życie naukowe, sponsorując wydawanie naukowych czasopism, ale także fundując stypendia zagraniczne. Nie chwaliła się tym szeroko, dlatego wiedza na ten temat nie jest powszechna. W czasach ograniczonej mobilności i ogromnej przepaści materialnej między krajami bloku wschodniego a zachodniego – jej pomoc była kluczowa. Wspierała zresztą nie tylko ducha, ale i ciało. Pomagała polskim koleżankom i kolegom, przesyłając np. lekarstwa, zasilała również biblioteki nabytkami, na które nie było w normalnym trybie funduszy.

    W latach 60. XX w. Lanckorońska była świadkiem w procesie mordu na profesorach lwowskich. Bardzo to przeżywała, ale nie znalazła chyba satysfakcji.

    Ta sprawa miała dla niej znaczenie nie tylko emocjonalne, lecz także honorowe. Była upominaniem się o sprawiedliwość. Rzeczywiście, przebieg procesu, przygotowania do niego, o których piszę szczegółowo w książce, opierając się na korespondencji i innych źródłach, wiele ją kosztowały. To była jednak walka nierówna, w której ona stawała wobec historii, pewnego porządku i sprawy, która miała kilka wymiarów i rozgrywała się w złożonej rzeczywistości. Oczekiwanego rozstrzygnięcia nie doczekała, to prawda.

    Karolina Lanckorońska na ateńskim Akropolu. Starożytne Grecja i Rzym były jej miłością
    | Fot. archiwum Karoliny Lanckorońskiej, dzięki uprzejmości wyd. Znak

    W roku 1994, będąc ostatnią przedstawicielką rodu Lanckorońskich, Karolina przekazała Polsce wspaniały dar. Proszę o tym opowiedzieć, bo na Wileńszczyźnie to historia nieco mniej znana.

    Trzeba koniecznie zatem zaplanować podróż do Krakowa albo do Warszawy. Tam właśnie, na oba Zamki Królewskie, przekazała Lanckorońska jeden z największych darów w historii polskiego muzealnictwa. W Warszawie można teraz dzięki temu podziwiać dwa obrazy Rembrandta oraz kolekcje obrazów należących do Stanisława Augusta Poniatowskiego. W Krakowie natomiast obejrzymy włoskie dzieła z XIV–XVI w.

    Lanckorońska nie wyszła za mąż, nie miała dzieci. Czego udało się Panu przy pracy nad książką dowiedzieć o jej życiu osobistym?

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Wiele i niewiele. Wiele, bo z jej pracy, działalności, ale i losów jasno wynika, że priorytetem nie było założenie rodziny. W literaturze na temat Lanckorońskiej zresztą pojawia się bardzo często określenie: „poświęciła się nauce”. Czy to jednak znaczy, że nie miała życia osobistego? Absolutnie nie. W miłości spełniała się w intelektualnej i estetycznej relacji z Michałem Aniołem, ale też w bliskich i długoletnich przyjaźniach. Pojawiały się jednak też zauroczenia o bardziej erotycznym charakterze, czasem na przeszkodzie stawało pochodzenie klasowe. Ale po szczegóły odsyłam do książki.

    Iloma językami władała Lanckorońska?

    Po kilku przestałem liczyć. A na poważnie to jest bardzo interesujące, bo na pewno płynnie lub bardzo dobrze posługiwała się: niemieckim, angielskim, polskim, włoskim, francuskim. Pracowała również w łacinie, co stanowiło w jej przekonaniu obowiązkowe narzędzie każdego szanującego się humanisty.

    Zastanawiał się Pan, jak Karolina Lanckorońska odebrałaby książkę „Jedyna”?

    Nie mam bladego pojęcia. Być może – ale to tylko przypuszczenie – ze swoim autoironicznym poczuciem humoru, ale i skromnością, która się objawiała w sytuacjach publicznych. Zastrzegłaby, że tytuł jest mocno przesadzony.


    „Jedyna. Biografia Karoliny Lanckorońckiej” właśnie się ukazała
    | Fot. materiały prasowe wyd. Znak

    Marcin Wilk (ur. 1978), dziennikarz, pisarz i aktywista literacki. Badacz historii XX w. Z wykształcenia literaturoznawca, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikował na łamach m.in.: „Polityki”, „Tygodnika Powszechnego”, „Przekroju”. Autor książek, m.in.: „Tyle słońca. Anna Jantar. Biografia”, „Kwiatkowska. Żarty się skończyły”, „Pokój z widokiem. Lato 1939”. Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się właśnie jego najnowsza pozycja „Jedyna. Biografia Karoliny Lanckorońckiej”.

    Czytaj więcej: Nic nie może wiecznie trwać


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 34 (95) 23-29/08/2025

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Skłócone królestwo

    Pytanie „co będzie?”, tyle że w kontekście znacznie szerszym, stawiają sobie dzisiaj miliony Polaków. Andrzej Duda opuścił urząd po dziesięciu latach. Swoje dwie kadencje w jednym z ostatnich telewizyjnych...

    Światło silniejsze od słonecznego. 80. rocznica zrzucenia bomby atomowej

    Bombardier Thomas Ferebee celował w most Aioi. Pomylił się o 240 metrów. Bomba wybuchła na południowy wschód od niego, 580 metrów nad dziedzińcem szpitala Shima, 43 sekundy po zrzuceniu...

    Północne wakacje. Zwiedzamy pierwszą stolicę Finlandii

    Turku to najstarsze miasto w Finlandii i jej pierwsza stolica. Jako że Finlandia przez wiele wieków była szwedzką prowincją, popularna jest też szwedzka nazwa miasta – Åbo. Ta fińska...