Więcej

    Polka, której żywiołem stała się zimna Grenlandia

    Kamila Oliver to niezłomna i wytrwała Poznanianka, niebojąca się wyzwań, jakie los postawił na jej drodze. Z wykształcenia jest fizykiem nuklearnym i astrofizykiem, pracowała w elektrowniach jądrowych pod Kapsztadem w RPA i w Niemczech. Ukończyła kurs instruktora narciarskiego w Austrii, ma także uprawnienia na motorówkę, kursy technik survivalowych i kurs posługiwania się bronią. Te doświadczenia przydały się, gdy w 2018 r. przeprowadziła się na Grenlandię wschodnią i zamieszkała w inuickiej wiosce.

    Czytaj również...

    Brenda Mazur: Kamilo, zanim dojdziemy do tego, jak się znalazłaś w tym pięknym, ale surowym kraju, opowiedz o swojej drodze. Jesteś Poznanianką z urodzenia, tam zdobyłaś solidne wykształcenie, potem wyfrunęłaś w świat. Czy to było w planach nastoletniej Kamili?

    Kamila Oliver: Większość wydarzeń, jakie nastąpiły w moim życiu, prawdę mówiąc, nie było planowanych. Po ukończeniu studiów z fizyki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, obronie pracy magisterskiej, otrzymałam roczne stypendium na Uniwersytecie w Oksfordzie. I ten pierwszy wyjazd z Polski zaczął moją emigrację, która trwa do dzisiaj.

    Wyjazd ten miał wzbogacić moje studia doktoranckie, jednak po roku zdecydowałam się nie wracać do kraju, lecz kontynuować dalszą edukację w Trieście, we Włoszech. Było to możliwe dzięki stypendium ufundowanym przez włoską instytucję, które zdobyłam w drodze konkursu. Po trzech latach obroniłam tam pracę doktorską z astrofizyki. Jako świeżo upieczony naukowiec z doktoratem trzeba było wtedy rozejrzeć się za pracą. Przez kolejne lata zaliczałam wyjazdy na naukowe konferencje oraz prace na kontraktach i stażach naukowych (często tylko rocznych), m.in. w takich miejscach, jak Guadalupe, Madryt czy Vancouver. W Kapsztadzie w RPA zagrzałam miejsca na dłużej, mianowicie po kilku latach pracy badawczej na tamtejszym uniwersytecie dostałam pracę fizyka w elektrowni jądrowej. Pracę bardzo ciekawą i lepiej płatną od pracy na uczelni. Zrezygnowałam więc z kariery akademickiej, a mój pobyt w RPA rozciągnął się na ponad 10 lat.

    To właśnie były lata bardzo rozwijające mnie zawodowo i sama ta praca była megaciekawa. Jednak RPA jako kraj nigdy mnie w sumie nie pociągał, doskwierał mi gorący klimat. W końcu, ze względu na dużą przestępczość i powody osobiste, przeniosłam się do Niemiec, gdzie dostałam pracę jako fizyk (inżynier) nuklearny. Z czasem nauczyłam się języka i byłam przekonana, że właśnie w Niemczech zostanę na stałe. Jednak nie było mi dane.

    W 2011 r. wydarzył się wypadek w elektrowni jądrowej w japońskim mieście Fukushima – ogromna fala tsunami zalała reaktory tamtejszej elektrowni atomowej, w wyniku awarii doszło do stopienia się rdzeni w reaktorach. Reperkusje tej katastrofy spowodowały nieprzyjazny stosunek do energii i technologii jądrowej w wielu państwach na świecie. W Niemczech politycy postawili na wycofanie się z energetyki jądrowej. Było to przyczyną masowej redukcji personelu i prawie trzy lata później byłam bez pracy w moim zawodzie, który tak bardzo lubiłam. Będąc na zasiłku dla bezrobotnych, zaliczałam różne kursy, co ułatwiło mi znalezienie pracy sezonowej. I wtedy też zaczęłam starać się o pracę na Grenlandii.

    I dotarłaś tam! Ty jako fizyk, astrofizyk, fizyk jądrowy pojechałaś w takie zimne odludzie, bez możliwości spełniania się w zawodzie. Jak się tam odnalazłaś?

    Właściwie od zawsze pociągała mnie zima i wydawało mi się, że lepiej jest żyć w kraju zimnym niż gorącym. Kiedy straciłam pracę w Niemczech, nie miałam też własnego miejsca, które mogłabym nazwać domem, i nie bardzo wiedziałam, co robić. Prawdą jest, że byłam już trochę zmęczona pracą w korporacji i zaczęłam myśleć, aby coś zmienić. Powoli zaczęła wykluwać się wizja innych możliwości, innego sposobu życia, przygody, którą byłam gotowa podjąć. Było też jasne, że muszę z czegoś żyć.

    Zaczęłam myśleć o Grenlandii, która od dawna była gdzieś w tyle mojej głowy, a zachwyciłam się nią podczas tygodniowego wyjazdu na wyprawę skiturową, kiedy pracowałam jeszcze w Niemczech. Ale to, aby tam dostać pracę i zamieszkać, nie było wcale takie proste. Było z tym związanych sporo formularzy i dokumentów, ponieważ Grenlandia nie należy do Unii Europejskiej i musiałam uzyskać pozwolenie na pracę i związane z tym pozwolenie na osiedlenie. Aplikowałam uparcie przez dwa lata, aż w końcu w 2018 r. spełniło się moje marzenie – dostałam pracę jako nauczycielka w odległej osadzie inuickiej, liczącej 70 mieszkańców, na Grenlandii wschodniej.

    Grenlandia to inaczej „Zielona Wyspa”. Nie zawsze oznaczała polarny obszar pokryty wiecznym śniegiem | Fot. Adobe Stock

    Jak tam doleciałaś i jak Cię Grenlandia powitała?

    Podróż małym samolotem z Rejkiawiku do Kulusuk, następnie dwa loty helikopterem. Część bagażu wysłałam już wcześniej, ale i tak sporo pakunków miałam ze sobą. Pamiętam, że jak wysiadłam z helikoptera, na lądowisku czekało na mnie dużo mieszkańców i każdy miło się uśmiechał, czekała też spycharka, coś w rodzaju koparki. Jak się okazało, mój bagaż umieszczono w łyżce maszyny, został zawieziony do domu, w którym miałam mieszkać. Domek oddalony był dosłownie jakieś 2–3 minuty pieszo od lądowiska. Podobną odległość miałam też z domu do szkoły.

    Trudno zrozumieć Grenlandię bez Inuitów. Ich kultura to serce wyspy. Co to za lud?

    Inuici z Grenlandii są rdzennymi mieszkańcami tej wyspy, a ich kultura rozwijała się przez tysiące lat w surowych warunkach arktycznych. Tradycyjnie utrzymywali się z polowań i rybołówstwa, zwłaszcza na foki i wieloryby, żyją w ścisłej harmonii z naturą. Największe miasto Grenlandii to stolica Nuuk, która liczy ok. 20 tys. mieszkańców. Jednak w Nuuk najmniej spotkamy tej autentycznej Grenlandii. Oczywiście, Grenlandia również podąża za postępem cywilizacji, tego nie da się zatrzymać. Współcześnie wielu Inuitów łączy nowoczesny styl życia z tradycyjnymi zwyczajami, dbają o zachowanie własnego języka oraz dziedzictwa kulturowego i są z niego dumni.

    Jacy są ludzie lodu? Czy tak zimni jak ta zmarzlina, która pokrywa ich ląd? Czy można Inuitkę wyciągnąć na babskie pogaduszki?

    W małych osadach i wioskach praktycznie wszyscy się znają, więc zawsze jest okazja do pogaduszek. Często też z różnych okazji urządza się kaffemik, to taka tradycja domu otwartego na spotkanie towarzyskie z posiłkiem.

    Jeżeli chodzi o moje doświadczenia z wiosek, w których mieszkałam (nie tylko Tiilerilaaq na Grenlandii wschodniej, lecz także Upernavik i Qaanaaq na Grenlandii zachodnio-północnej, gdzie również pracowałam w szkole), Grenlandczycy są bardzo ciepli i rodzina jest dla nich najważniejsza. Są na pewno silni, uparci, dumni ze swojej tożsamości, ze swoich przodków.

    Ja na Grenlandii nauczyłam się żyć „tu i teraz”, bo tak naprawdę przyszłości i nawet tego, co stanie się jutro, nie da się przewidzieć, a tymczasowość i przemijalność trzeba po prostu zaakceptować, tak samo jak szacunek do przyrody i otoczenia.

    Utarty obraz Grenlandii to przepiękny biały śnieg, a wśród niego jak klocki powstawiane są urocze, malutkie kolorowe domki. Jak oni tam żyją?

    Oprócz paru większych miasteczek (jak stolica Nuuk i Sisimiut, które ma ok. 6 tys. ludzi) ludność rozproszona jest w małych osadach rozsianych wzdłuż wybrzeża Grenlandii. Mieszka się tam w małych, prostych domkach, często zbudowanych z drewna i pomalowanych na jaskrawe kolory. Kolorowe domki miały dawniej praktyczne znaczenie, w śniegu łatwo stracić orientację, a intensywne barwy pomagały rozpoznać konkretne budynki.

    Kolory nie były przypadkowe, czerwony oznaczał szkoły, kościoły oraz inne instytucje publiczne, żółty kolor zarezerwowany był dla szpitali. Ten system barw w dużej mierze przetrwał do dziś i jest tym charakterystycznym elementem grenlandzkiego krajobrazu. Takie budynki w osadach (osady liczą od 50 do kilkuset mieszkańców, powyżej 500 to już jest administracyjnie miasteczko) są bez kanalizacji i bez centralnego ogrzewania, z ograniczonym dostępem do internetu (aktualnie sytuacja pod tym względem się poprawiła). Zazwyczaj w osadzie znajduje się tylko jeden sklep, który zaopatruje mieszkańców w podstawowe rzeczy.

    Mimo skromnych warunków mieszkańcy silnie polegają na współpracy i więziach sąsiedzkich. Większość ludzi zajmuje się polowaniem i rybołówstwem. W mniejszych osadach nie jest łatwo z pracą, dlatego jest tendencja do przeprowadzek do większych miejscowości, do stolicy. Dodam jeszcze, że nie istnieje tam sieć dróg łączących osady, podróżuje się drogą wodną lub helikopterami, w zimie – psim zaprzęgiem.

    Wypowiedzi Donalda Trumpa raczej działają na przekór i wzmacniają solidarność Grenlandczyków z Danią | Fot. archiwum prywatne

    Jak wygląda szkoła w małej wiosce Grenlandii, codzienna praca i edukacja? Czego Ty uczyłaś dzieciaki?

    Była to jedyna szkoła w wiosce, uczęszczały do niej dzieci w wieku od 6–12 lat. Mieliśmy trzy pomieszczenia, w jednej sali uczyły się dzieci z klas 1–3, w drugiej z klas 4–5, w trzeciej od 6–7. Osada liczyła ok. 70 mieszkańców, w szkole mieliśmy mniej więcej 15 uczniów. Malutka szkółka. Było nas trzech nauczycieli plus dwie osoby do pomocy, do zadań takich, jak: sprzątanie, przygotowywanie obiadów dla dzieci, odśnieżanie, napełnianie zbiornika wody i paliwa do ogrzewania. Na początku było mi ciężko, ponieważ nie znałam języka wschodniogrenlandzkiego, który był jedynym językiem, jakim władali moi uczniowie. Nie znałam też ich kultury ani stylu życia tubylców, który tak bardzo wyznaczony jest tam przez pogodę i pory roku. Musiałam się tego uczyć. W szkole uczyłam angielskiego, prac ręcznych i artystycznych oraz wychowania fizycznego, była w tym też jazda na nartach. Później uczyłam też wiedzy o naturze i przyrodzie.

    Czy dzieci są dumne z tego, kim są? Czy raczej chcą stamtąd uciekać?

    Jest z tym różnie. Dzieci z małych osad, jeżeli chcą kontynuować naukę, dotyczy to klasy 8–9, muszą wyjechać z domu, do większych miasteczek. Na studia wyjeżdżają najczęściej do Nuuk albo do Danii. Nie są to łatwe decyzje.

    Jak tam wygląda opieka lekarska?

    Opieka lekarska na Grenlandii dla mieszkańców i rezydentów jest bezpłatna, leki są bezpłatne, podobnie jest w Danii. Z uwagi na specyfikę tego rejonu nie ma stałego dostępu do lekarza w każdej miejscowości, nie mówiąc już o specjaliście lub dentyście. W Nuuk i większych miasteczkach są ośrodki zdrowia, natomiast w osadach, np. w takiej osadzie, gdzie ja mieszkałam, jest tylko apteczka z antybiotykami i lekami pod kluczem. Możliwa jest konsultacja telefoniczna z lekarzem w ośrodku w innej miejscowości i, jeżeli jest to konieczne, odpowiedni lek będzie wydany na miejscu z takiej apteczki. W razie ciężkich chorób czy obrażeń, pacjent jest transportowany do szpitala w Nuuk, a czasem nawet do Danii. Koszty transportu i leczenia zostają pokryte.

    Oczywiście, może się tak zdarzyć – i znam takie historie – że ewakuacja medyczna jest opóźniona nawet o kilka dni, co utrudnia diagnozę i prowadzi do komplikacji. Także najlepiej na Grenlandii nie chorować [śmiech].

    Jak wygląda tam kwestia wyżywienia? Czy tęskniłaś za naszym jedzeniem, pierogami, schabowym?

    W jedynym sklepiku nie było dużego wyboru, nie było żadnych świeżych produktów, serów czy jajek. Przez większą część roku, kiedy fiordy są zamarznięte, nie dopływają statki i nie ma dowozu żywności. Świeże ryby są jednak dostępne i jak bywałam z Inuitami na łowach, musiałam sama złowione ryby ubić i oprawić. Nigdy tego przedtem nie robiłam, jednakże wszystkiego można się nauczyć. Nauczyłam się też oprawiać upolowane foki, ale mięsa foki nigdy nie polubiłam… Dzieci w szkole natomiast je uwielbiały. O pierogach czy schabowym mogłam sobie tylko pomarzyć, jednak najbardziej tęskniłam za pomidorami i ogórkami.

    Czy nie dokuczała ci samotność? Co robiłaś po pracy? Czym się zajmowałaś?

    Samotności nie odczuwałam i mogę uczciwie powiedzieć, że też się nie nudziłam [śmiech]. Stale zaskakiwały mnie nieznane zwyczaje, słówka czy jakieś niespodziewane wizyty. Byłam po prostu wszystkiego ciekawa. W czasie wolnym brałam udział w różnych lokalnych zajęciach, organizowaliśmy zajęcia pozalekcyjne, również lekcje angielskiego dla dorosłych. Szczególnie w zimie, kiedy jest ciemno, mile jest spędzać czas wspólnie, np. na śpiewaniu.

    Jednym z naszych projektów szkolnych była budowa sań razem z uczniami, następny to był kajak dla uczniów szkoły, wszystko metodą tradycyjną, bez użycia gwoździ. Jak była okazja, wybierałam się też na polowania na ryby. Jednym z najbardziej niezwykłych doświadczeń było wspólne złowienie… rekina grenlandzkiego! Były wyprawy psim zaprzęgiem po lodzie, łowienie fok na sieci pod lodem. Te doświadczenia były zupełnie inne niż formy spędzania czasu wolnego znane mi dotąd.

    W małych osadach i wioskach praktycznie wszyscy się znają | Fot. archiwum prywatne

    Czy miałaś broń, aby się bronić choćby przed polarnym niedźwiedziem?

    Na Grenlandii praktycznie każdy ma broń, kupuje się ją w sklepie, głównie do polowania na foki. Inuici polują także na niedźwiedzie polarne. Sama doświadczyłam, jak niedźwiedź polarny dwukrotnie podszedł do naszej osady. Najpierw próbuje się go odstraszyć i odegnać, najczęściej jednak kończy się zabiciem. Z bronią pracowałam też jako przewodnik. Moim zadaniem była wówczas ochrona grupy przed niedźwiedziami polarnymi, chodzi tu głównie o unikanie konfrontacji i dbanie o bezpieczeństwo obu stron, gdyż są rygorystyczne procedury, aby nie zakłócać spokoju niedźwiedzi polarnych.

    Gdyby porównać nas z Grenlandią, my, Europejczycy, żyjemy właściwie w błogim ciepełku – i nie mam tu na myśli tylko temperatur. Co tam jest jeszcze takiego dziwnego dla nas?

    Najbardziej zadziwiają tam cisza i spokój oraz ogromna izolacja od reszty świata. Nie ma tam ruchu ulicznego, wielu sklepów ani szybkiego tempa życia. Ludzie żyją bliżej natury, są bardziej samowystarczalni i mocno zależni od pogody oraz pór roku. Zaskakująca jest też silna więź między mieszkańcami oraz to, że proste, codzienne sprawy, jak np. zakupy czy podróże, wymagają większego planowania i organizacji.

    Zadziwiający jest język Inuitów, który znacznie różni się od języków europejskich. Język grenlandzki, kalaallisut, jest takim językiem zlepkowym, co oznacza, że do jednego rdzenia można dołączać wiele końcówek i przedrostków, tworząc bardzo długie słowa o znaczeniu całego zdania. To sprawia, że język ten jest niezwykle precyzyjny, ale też trudny do nauki, a dla ucha brzmi jak śpiewna opowieść.

    Potem dostałaś propozycję pracy w turystyce. Opowiedz o tym.

    Na stałe na Grenlandii nie zdecydowałam się osiąść. Z czasem zaczęłam dostawać dalsze oferty pracy związane z turystyką na statkach ekspedycyjnych. Jako pilotka, instruktorka i wykładowczyni odbyłam wiele podróży po Grenlandii, Spitsbergenie, Antarktydzie, Georgii Południowej i Falklandach. Jednak z czasem zaczęłam się zastanawiać nad wyzwaniami i etycznymi dylematami, które wiążą się ze sposobem zwiedzania, że nie wspomnę już o kwestii bezpieczeństwa i wpływu turystyki na środowisko. Temat kontrowersyjny i delikatny i w tej kwestii rząd Grenlandii wyraża już coraz głośniej swoje opinie na ten temat. W każdym razie ja preferuję inne sposoby zwiedzania takich miejsc niż rejsy ekspedycyjne. Jest duża i różnorodna oferta takich wycieczek rejsowych.

    Opuściłaś Grenlandię i co dalej?

    Opuściłam w sensie, że aktualnie nie pracuję już w szkole na Grenlandii, ale kontakt z Grenlandią mam i Grenlandia stale jest obecna w moim sercu. Prawdę mówiąc, nie wykluczam, że jeszcze wrócę tam na dłużej, właśnie w tej roli, ponieważ wiele miejscowości boryka się z brakiem kadry w szkołach, szczególnie w małych odosobnionych osadach. Nie jest łatwo znaleźć chętną osobę do pracy w warunkach takich, jakie panują w tych małych miejscach, i to z pewnością nie jest dla każdego. Nadal się uczę i doskonalę język grenlandzki. Sądzę, że mogę się tak wyrazić – że moja relacja z Grenlandią staje się bardziej osobista, a nawet, powiedziałabym, twórcza i inspirująca, ponieważ parę lat temu zaczęłam parać się malarstwem o tematyce polarnej i oczywiście Grenlandia jest tu moją inspiracją. W zeszłym roku odbyła się już druga wystawa mojego malarstwa na Grenlandii, która miała miejsce w Upernavik.

    Masz kontakt z Grenlandczykami. Jak oni postrzegają zapowiedź przejęcia Grenlandii przez prezydenta USA Donalda Trumpa?

    Jestem w kontakcie ze znajomymi i przyjaciółmi na Grenlandii. Wymieniamy się wiadomościami i poglądami. Grenlandczycy są dumni ze swojego pochodzenia, kultury i języka. I myślę, że takie wypowiedzi Trumpa raczej działają na przekór i wzmacniają solidarność Grenlandczyków z Danią. Historycznie relacje z Danią nie zawsze były łatwe i bezkonfliktowe, jednak Grenlandia zachowała sporą autonomię i to się liczy, a poza tym jest to bardzo pokojowy naród. Grenlandia nie ma wojska i nie jest w Unii Europejskiej – tak sami zadecydowali w referendum w 1982 r.

    Niemniej korzysta z systemów socjalnych takich, jakie funkcjonują w Danii. Nie chcą zakłócania ich spokoju. Sądzę, że jest zrozumienie sytuacji – że przyszłość Grenlandii powinna być kształtowana w dialogu z Danią. Myślę, że mieszkańcy Grenlandii nigdy by nie uznali jakiejś ingerencji z zewnątrz. Stany Zjednoczone mają na Grenlandii swoje bazy militarne, oczywiście, są umowy wojskowe, które to regulują od czasów zakończenia II wojny światowej. Obecna sytuacja jest bardzo drażliwa. Śledzę ją z niepokojem.

    W razie spotkania z niedźwiedziami polarnymi chodzi głównie o unikanie konfrontacji i dbanie o bezpieczeństwo obu stron | Fot. Adobe Stock

    Obecnie przebywasz w Szwecji. Czy myślisz może o powrocie do Polski na stałe?

    Muszę przyznać, że czasami takie myśli o powrocie mnie nachodzą. Za każdym razem, jak bywam w Polsce, to jestem pod wrażeniem tego, jak bardzo wszystko się u nas zmieniło. I jak mocno ja od tego tłoku i pędu się odzwyczaiłam. Aktualnie, z perspektywy północy Szwecji, powrót do Polski to byłaby jakby następna emigracja. Nie jestem pewna, czy jestem na to gotowa, ale też nigdy nie mówię „nigdy”.

    Czytaj więcej: Szwecja świętuje, Ukraina czeka z nadzieją


    Grenlandia liczy niecałe 56 tys. mieszkańców, jest siedmiokrotnie większa od Polski, w 80 proc. pokryta lodem. Życie na Grenlandii to białe piękno surowej natury, ale i trudy arktycznych warunków, gdzie brakuje wielu rzeczy, choćby nie ma tyle światła słonecznego, ograniczony jest dostęp do opieki lekarskiej, do czego my, Europejczycy, jesteśmy przyzwyczajeni. Grenlandczycy są silnie uzależnieni od natury. Mają wpojoną samodzielność i niezależność, choć wciąż są pod duńskimi wpływami. Dziś mocno dotyka ich globalna polityka. Prezydent USA Donald Trump deklaruje przejęcie kontroli nad tą największą wyspą świata, co pozwoliłoby mu potwierdzić amerykański status hegemona na półkuli zachodniej.

    Czytaj więcej: Grenlandia nie do kupienia


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 03 (09) 24-30/01/2026

    Afisze

    Więcej od autora

    Miłość – uczucie łączące dwa różne światy

    To czas na drobne upominki, romantyczne gesty, ale przede wszystkim na przypomnienie, że miłość jest jedną z najważniejszych wartości. Walentynki odradzają naszą miłość, lecz z reguły na krótko. W...