8 lutego mija 75. rocznica stracenia w więzieniu na warszawskim Mokotowie majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Jego postać i jego sprawa jest do dziś ciążącym na Polakach wyrzutem sumienia.
Zygmunt Szendzielarz urodził się w 1910 r. na ziemi lwowskiej, był zawodowym oficerem kawalerii Wojska Polskiego, którego losy związały z Wileńszczyzną. To w Wilnie 28 stycznia 1939 r. w kościele pw. św. Ignacego Loyoli ożenił się z Anną Swolkień herbu Pomian, późniejszą kurierką Armii Krajowej, która nie przeżyła niemieckiej okupacji. W Wilnie urodziła się ich córka Barbara.
Ostatecznie na zawsze z Wilnem został związany jako dowódca 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Pseudonim „Łupaszka” niejako odziedziczył po bohaterze wojny polsko-rosyjskiej z lat 1918–1921, Jerzym Dąbrowskim, legendarnym wileńskim dowódcy, zamordowanym przez rosyjskich okupantów w Mińsku w 1940 r. po straszliwych torturach. Dowodzoną przez siebie 5. Brygadę – zdziesiątkowaną – przejął zaś po Antonim Burzyńskim „Kmicicu”, zamordowanym przez rosyjskich okupantów podczas „rozmów pokojowych” nad jeziorem Narocz (o tej akcji mówiło się później: „mały Katyń nad Naroczą”).
Nic zatem dziwnego, że był człowiekiem w pełni świadomym, że ze strony rosyjskiej nie można oczekiwać niczego dobrego, a wszelkie z nimi rozmowy są nie tylko stratą czasu, lecz także narażaniem swoich ludzi na śmiertelne niebezpieczeństwo. To go różniło od niektórych swoich przełożonych, którzy w 1944 r. podczas i po operacji „Ostra Brama” w swojej naiwności lekkomyślnie wydali wielu żołnierzy wileńskiej Armii Krajowej na pastwę rosyjskich okupantów.
Również po wojnie, po przeniesieniu swoich oddziałów na tereny pojałtańskiej Polski, „Łupaszka” konsekwentnie nie wdawał się w żadne rozmowy ze stroną rosyjską; nie wierzył ani w amnestie, ani w obietnice pokoju. Był po prostu fizjologicznie odporny na rosyjską słodycz, obietnice i kuszenia – w śledztwie również nikogo nie wydał. I dlatego właśnie za szczególny cel obrała go jadowita rosyjska propaganda, próbująca na wszelkie sposoby zohydzić jego postać. Robiono z niego, jasna rzecz, „faszystę” i „nazistę”, przypisywano zbrodnie wojenne, zaś ciało ukryto w bezimiennym grobie – zostało odnalezione dopiero w roku 2013.
Pogrzebu ojca nie doczekała córka Barbara, Turgiele nie doczekały jeszcze tablicy upamiętniającej Rzeczpospolitą Turgielską, a Polacy nadal są nieodporni na rosyjskie kłamstwa…
Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 05 (15) 07-13/02/2026

