— Dorastałam w domu, w którym dobro było czymś zwyczajnym. Nie na pokaz, nie od święta. Pomaganie innym było naturalne, jak podanie chleba przy stole — bez oczekiwania wdzięczności — opowiada Asta. — Mój tata zawsze był blisko ludzi, którzy się pogubili. Współtworzył w Kiejdanach ośrodek dla osób uzależnionych, pracował z tymi, którzy zmagali się z narkomanią i innymi nałogami. W naszym domu uczyłam się tego, że człowieka nie zostawia się w jego słabości czy potrzebie.
Rodzice Asty są ludźmi wierzącymi. Najmocniej zapamiętała babcię — jej cichą dobroć i wiarę. To ona nauczyła wnuczkę, że czasem największą pomocą jest obecność. I że nie każdy ból można wyleczyć — niektóre trzeba po prostu z kimś unieść, razem.
W poszukiwaniu własnej drogi
— Na początku wybrałam drogę, którą wówczas wybierało wielu z powodów pragmatycznych — uśmiecha się Asta. — Skończyłam zarządzanie transportem i logistykę. Potem jeszcze administrację hotelową i zarządzanie turystyką.
Pierwsza część jej życia zawodowego upłynęła więc — jak sama mówi — przy biurku. Marketing, ceny, tabelki, sprzedaż, świat liczb i wyników. Taki zawód, zdaniem Asty, może być równie ciekawy co kreatywny, można się w nim odnaleźć. A jednak miała wrażenie, że czegoś tam brak… Jakby było za chłodno…. Za mało w tym było człowieka. Nic zatem dziwnego, że to, czego brakowało w codzienności, próbowała odnaleźć gdzie indziej.
— Wyjeżdżałam na wolontariat — do Gruzji, do Afryki — wspomina. — W Gruzji, po wojnie, razem z jedną ze wspólnot kościelnych organizowałyśmy obóz dla dzieci. W Afryce pracowałam z dziećmi i z kobietami.

Te wyjazdy były jak oddech. Jak przypomnienie, że świat nie kończy się na raportach i planach sprzedaży. Dawały jej poczucie bliskości, sensu, bycia potrzebną. Ale po każdym powrocie czekało na nią biurko — i praca, z której żyła. I znów trzeba było wejść w rytm, który nie był do końca jej. Zwrot w stronę psychologii nie nastąpił przypadkowo.
— Przeszłam w życiu przez własne kryzysy, które przybliżyły mnie do psychologii. Tak naprawdę chciałam studiować ją już po maturze, ale wtedy wszystko potoczyło się inaczej i wybrałam inny kierunek — mówi.
Z trudnym okresem młoda kobieta mierzyła się przy wsparciu psychologów. To doświadczenie pozwoliło jej poznać różne formy terapii — uczestniczyła w terapii grupowej, brała udział w seminariach i warsztatach psychologicznych. Z czasem coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to obszar, który jest jej bliski.
— Od różnych osób słyszałam: może powinnaś iść na psychologię? Mówili, że potrafię uważnie słuchać, trafnie coś nazwać, być przy kimś w trudnym momencie. To był dla mnie ważny sygnał. W końcu zdecydowałam się spróbować — wspomina.
Jak ryba w wodzie
Studia psychologiczne okazały się dla Asty tym, czego tak długo szukała.
— Podczas studiów byłam wolontariuszką w Telefonie Zaufania dla Dzieci — wspomina. — To było dla mnie ważne doświadczenie. Uczyłam się prowadzić rozmowy, towarzyszyć w trudnych chwilach. Trzeba jednak pamiętać, że anonimowe linie wsparcia są przede wszystkim po to, by pomóc człowiekowi przetrwać moment kryzysu — być z nim tu i teraz.
Po ukończeniu studiów nie zaczęła od razu pracować w zawodzie. Zmotywowana rozmową z jedną z doświadczonych psycholożek, postanowiła bliżej przyjrzeć się tematowi śmierci.
— Bardzo bałam się śmierci. To był realny, silny lęk. Pomyślałam, że zamiast od niego uciekać, spróbuję się z nim zmierzyć — mówi otwarcie.

Jakby coś wreszcie trafiło na swoje miejsce
W tamtym czasie Asta przypadkiem natknęła się na ogłoszenie o pracę w hospicjum. Szukano psychologa. Nie planowała wtedy konkretnego kroku zawodowego, raczej zastanawiała się, w którą stronę dalej pójść.
— To był jeden z tych momentów, kiedy ma się poczucie, że to nie ja znalazłam pracę, tylko że ona znalazła mnie — mówi. — Poszłam na rozmowę bez oczekiwań. Nie miałam gotowego planu ani wyobrażenia, jak to się skończy. Przyszłam po prostu z otwartym sercem i dłońmi, a wyszłam z decyzją o podjęciu pracy. Wraz z nią pojawiło się głębokie poczucie sensu — jakby coś wreszcie trafiło na swoje miejsce.
Hospicjum — podkreśla Asta — bardzo różni się od innych placówek medycznych, które wcześniej znała. To przestrzeń, w której człowiek nie jest tylko pacjentem ani przypadkiem klinicznym. Jest osobą — ze swoją historią, lękiem, nadzieją. Jest czas na rozmowę, na milczenie, na obecność. I właśnie ta obecność ma tu największe znaczenie.
— Przez osiem miesięcy odbywałam praktykę w szpitalu psychiatrycznym. Funkcjonuje on w podobny sposób jak inne placówki medyczne na Litwie — ma podobną strukturę i relacje. To zupełnie inny świat niż hospicjum — nie kryje zdumienia Asta. — Nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego, ale w hospicjum odczuwa się coś zupełnie innego — jest tu ciepło ludzi, jest przytulnie, jak w domu. Mówią o tym także pacjenci i ich bliscy.
Sama przestrzeń sprzyja temu poczuciu — na ścianach wiszą obrazy, prace dzieci, wizerunki świętych. Panuje tu zupełnie inna atmosfera.
— To miejsce bardzo mnie poruszyło — mówi Asta. — Wiele osób mówi: „Znowu poniedziałek…”, jakby przed nimi był kolejny tydzień do przetrwania. A ja czekam na poniedziałek, na nowy tydzień. Idę do hospicjum z poczuciem, że chcę tam być. Czekam na moment, kiedy przekroczę próg i spotkam się z podopiecznymi.
Codziennie widzieć kruchość życia
Podkreśla, że w hospicjum każdy dzień niesie w sobie niepewność. Kiedy przychodzi do pracy, nie ma pewności, czy zobaczy osoby, z którymi żegnała się tydzień wcześniej. Ta świadomość zmienia sposób bycia.
— Tutaj nauczyłam się żegnać — mówi spokojnie. — Nie w sposób dramatyczny, nie z wielkimi słowami. Raczej z uważnością i szacunkiem. Z takim cichym towarzyszeniem do końca. Z wdzięcznością za to, że mogliśmy przez chwilę być razem i że ktoś pozwolił mi wejść w swój świat.
Psycholog z hospicjum mówi wprost, że ta praca pozwala jej codziennie widzieć kruchość życia. Podkreśla, że żadne z miejsc, w których wcześniej pracowała, nie dało jej takiego doświadczenia — możliwości bycia świadkiem życia w tak intensywnym, prawdziwym wymiarze.
— W hospicjum naprawdę jesteśmy świadkami życia — mówi Asta. — Uczymy się doceniać sam fakt, że oddychamy, że jesteśmy. Bliskość śmierci pokazuje, jak kruche jest życie. Jak bardzo nie mamy nad nim pełnej kontroli. Chorują ludzie młodzi i starsi. Obecność przy każdym z nich to wielki dar.
Zwraca uwagę, że pacjenci hospicjum potrzebują czegoś więcej niż medycznych procedur. W porównaniu z innymi placówkami szczególnie ważne jest tu wsparcie emocjonalne — obecność, uważność, bycie naprawdę z drugim człowiekiem tu i teraz.

Asta pracuje nie tylko z pacjentami, ale także z ich bliskimi.
— W Litwie wciąż bardzo boimy się rozmawiać o śmierci. Ale towarzyszyć w bólu tym, których bliski odchodzi, to także część mojej pracy. Czasem nie trzeba nic mówić. Wystarczy usiąść obok, wziąć za rękę, być w ciszy…
Zdarza się, że wsparcia potrzebuje także sam pacjent — by zdążyć coś uporządkować w sobie, wypowiedzieć niewypowiedziane słowa, przebaczyć, pogodzić się z chorobą, z bliskimi, z własnym losem — mówi spokojnie psycholożka.
Moment zatrzymania
— Pamiętam moje pierwsze dni pracy w hospicjum, jak przywieziono nową pacjentkę — kobietę chorującą onkologicznie. Była bardzo żywa, nie leżała w łóżku. Potrafiła sama przejść kilka kroków, czasem z balkonikiem, ale jednak. W porównaniu z innymi pacjentami miała w sobie dużo energii — opowiada Asta.
Pierwszego dnia Asta zazwyczaj nie rozpoczyna dłuższych rozmów. Daje czas, by oswoić się z miejscem, z ciszą, z nową sytuacją. Z tą kobietą zamieniła jednak kilka zdań. Umówiły się, że porozmawiają spokojnie następnego dnia. Pacjentka przyjęła to z radością. Powiedziała, że bardzo chce się spotkać.
— Drugiego dnia kilka razy zaglądałam do jej sali — wspomina Asta. — Wciąż byli przy niej bliscy. To jedni, to drudzy. I tak odkładałyśmy tę rozmowę aż nastał wieczór.
Wieczorem Asta zajrzała jeszcze do sali.
— Powiedziała mi wtedy: „Wiesz, Asta, dziś bardzo się zmęczyłam. Tyle było odwiedzin… Przyjdź proszę jutro.” Odpowiedziałam, że dobrze. Umówiłyśmy się na następny dzień.
Asta przyszła, tak jak obiecała.
— Pielęgniarka spojrzała na mnie i zapytała: „Co ty tu robisz? Dziś masz wolne” — wspomina. — Powiedziałam, że byłam umówiona z jedną z pacjentek na rozmowę. A ona odpowiedziała: „Jaką rozmowę? Ona w nocy zmarła”.
To był dla niej moment zatrzymania.
— Jeszcze wczoraj rozmawiałyśmy. Była zmęczona, ale obecna. A następnego dnia już jej nie było. Wtedy naprawdę dotarło do mnie, jak kruche jest życie — przyznaje.

Świadomość, która zmienia
Lekko zamyślona kobieta wyznaje, że świadomość własnej śmiertelności potrafi głęboko zmienić człowieka.
— Wielu z nas nosi w sobie pewien scenariusz. Rodzimy się, chodzimy do szkoły, kończymy studia, zakładamy rodzinę. Starzejemy się. Umierają nasi rodzice. Zostajemy dziadkami. I dopiero wtedy przychodzi nasza kolej. To daje nam poczucie porządku, bezpieczeństwa — wyjaśnia Asta.
Praca w hospicjum pokazuje jednak, że to tylko wyobrażenie. Nikt nie ma obiecanej kolejności zdarzeń. Śmierć nie wpisuje się w nasze plany. Może przyjść wcześniej, niż się spodziewamy. Nie wybiera wieku, nie patrzy na pozycję, nie czeka na „właściwy moment”. Właśnie ta świadomość zmienia sposób patrzenia na życie.
— Kiedy naprawdę to pojmiesz, zaczynasz inaczej przeżywać każdy dzień. Inaczej patrzysz na spotkania. Wychodząc, obejmujesz drugiego człowieka, bo nie masz pewności, czy jeszcze go zobaczysz. Każda chwila przestaje być oczywista — mówi Asta.
Przyznaje jednak, że w tej pracy są momenty szczególnie trudne.
— Najtrudniejsze jest poczucie bezradności — kontynuuje po chwili milczenia. — Kiedy widzisz, że ktoś cierpi, a wszystkie możliwe środki zostały już wykorzystane. Podano leki, zrobiono wszystko, co można było zrobić, a ból wciąż przeszywa ciało. Wtedy nie da się nic naprawić. Można tylko być. Wziąć za rękę. Usiąść obok. Hospicjum nauczyło mnie czegoś bardzo prostego, a zarazem najważniejszego — współczucia przeżywanego tu i teraz. To wielka lekcja i wielki dar.
Pomoc hospicjum w najtrudniejszych chwilach życia
Poważna choroba może dotknąć każdego z nas, w każdej chwili, druzgocąco uderzyć w nasze życie, plany i marzenia.
Ponad 260 fachowców i wolontariuszy z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie w każdej chwili towarzyszy tym, którzy walczą z nieuleczalną chorobą, doświadczają ogromnego bólu, lęku i niewiadomej.
Pomoc i opieka hospicyjna dla dorosłych i dzieci, w domu i na oddziale stacjonarnym, jest bezpłatna i dostępna 24 godziny na dobę.
Pomóż ciężko chorym! Przekaż 1,2 proc. podatku na rzecz Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie!
Zrób to teraz!
Kto wie, może kiedyś też będziesz potrzebował pomocy?
Więcej informacji: https://bit.ly/KaipPadeti

