Śp. Henryk Kołodziej był do 1982 r. inspektorem okręgowym w Dyrekcji Okręgu Poczty i Telekomunikacji w Szczecinie. W stanie wojennym zwolniony z pracy w sektorze publicznym. Od 1983 roku działał zawodowo w sektorze prywatnym. Od 1993 r. był właścicielem firmy budowlanej BUDOM w Szczecinie. Konsulem Honorowym Ukrainy w Szczecinie został w 2006 r. Aktywny, zabierający głos publicznie w sprawach polsko-ukraińskich i mocno zaangażowany w pomoc Ukrainie po wybuchu wojny w 2022 r.
„Społecznik z krwi i kości”
Tak śp. Henryka Kołodzieja (1952-2026) wspominają ludzie, którzy z nim współpracowali i znali go dobrze:
„Śp. Henryk Kołodziej był człowiekiem otwartym, z krwi i kości społecznikiem. Widać to było w każdym jego działaniu. Gdy podejmował się jakiejś sprawy, zawsze dążył do jej pozytywnego zakończenia. Niejednokrotnie trudno było za nim nadążyć — działał z rozmachem, energią i konsekwencją. Wyrósł i wychował się na styku kultur. Urodził się na Pomorzu Zachodnim, w okolicach Kołobrzegu; jego rodzice trafili tam w wyniku Akcji „Wisła”. Od początku funkcjonował więc zarówno w środowisku ukraińskim, jak i polskim. Przez całe życie szukał nici porozumienia między naszymi narodami — w sprawach, które dziś określamy mianem pojednania i współpracy polsko-ukraińskiej. Był tej idei oddany całym sercem, także w trudnych, mrocznych czasach głębokiej komuny, aż do przełomu roku 1989. Zawsze, gdy przychodził do naszej cerkwi, w rozmowie ze mną starał się tłumaczyć swoją nieobecność na ostatnim nabożeństwie. Często wyjeżdżał w teren, spotykając się z ukraińską społecznością Pomorza Zachodniego. Odwiedzał parafie w Trzebiatowie, Białym Borze, Stargardzie, Kołobrzegu czy Koszalinie. Zaproszeń na lokalne spotkania było bardzo wiele — niemal nieustannie był w drodze. Z czasem przyszła choroba, która na pewien okres wykluczyła go z tej intensywnej działalności i obecności w cerkwi. Wszyscy cieszyliśmy się jednak z jego powrotu do zdrowia i mieliśmy nadzieję, że odtąd będzie już tylko lepiej. Takie były nasze plany i oczekiwania. Niestety, los napisał inny scenariusz. Jego pogrzeb stał się dla naszej ukraińskiej społeczności wydarzeniem o szczególnym znaczeniu. Na ostatnie pożegnanie przybyło bardzo wielu ludzi z całego kraju, wśród nich zarówno obecni, jak i dawni działacze Związku Ukraińców w Polsce (ZUwP)” — powiedział ks. Robert Rosa, proboszcz parafii greckokatolickiej pw. Opieki Matki Bożej w Szczecinie.
„Granice niemożliwości dla niego praktycznie nie istniały”
„Zastanawiałem się, od kiedy pamiętam śp. Henryka Kołodzieja — honorowego konsula Ukrainy w Szczecinie. Moja pamięć sięga około 45 lat wstecz. Do Szczecina przyjechałem w 1981 r. z Legnicy, gdzie ukończyłem szkołę. Słabo kojarzę moment mojego pierwszego spotkania z Henrykiem, natomiast doskonale pamiętam swój ślub w 1986 r., na którym Henryk był jednym z moich gości. Tak więc nasza znajomość trwała blisko 40 lat. Henryk Kołodziej był wówczas młodym biznesmenem. Już wtedy angażował się w działalność Ukraińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego. Miał ogromną charyzmę i z wielkim zaangażowaniem działał na rzecz naszej organizacji oraz społeczności ukraińskiej — zresztą z wyraźnymi sukcesami. Przykładem mogą być jego starania o pozyskanie Ukraińskiego Domu czy budynku na cerkiew. Dla niego nie było rzeczy niemożliwych. Potrafił skupić wokół siebie ludzi aktywnych i pełnych zapału, takich, którzy chcieli jeszcze coś zmienić i osiągnąć. Miał w sobie naturalną zdolność jednoczenia ludzi wokół wspólnych celów i idei” — wspomina Jan Syrnyk, wieloletni przewodniczący szczecińskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce.
Z czasem śp. Henryk Kołodziej został wiceprezesem Związku Ukraińców w Polsce w Warszawie, a wcześniej przez wiele lat pełnił funkcję przewodniczącego szczecińskiego oddziału ZUwP. W roku 2006 objął stanowisko honorowego konsula Ukrainy w Szczecinie. Nie zdawał sobie wówczas w pełni sprawy z ogromu dodatkowych obowiązków, jakie na siebie bierze. Próbował łączyć funkcję prezesa oddziału ZUwP z rolą konsula honorowego. Jak zawsze uważał, że nie ma rzeczy niemożliwych, jednak było to zadanie niezwykle trudne do udźwignięcia.
„Jak go wspominam? Był człowiekiem naprawdę oddanym ideom, które sobie wyznaczył. Dla Henryka granice niemożliwości praktycznie nie istniały. Pracował na rzecz pojednania i nigdy nie ukrywał swojej ukraińskiej tożsamości — wręcz przeciwnie, był z niej dumny. Ogromną satysfakcję sprawiało mu to, że mógł komuś pomóc, uratować kolejną osobę. Nie skupiał się na własnym życiu prywatnym — działał na zewnątrz, dla dobra społeczeństwa. Nie była to praca biurowa w określonych godzinach, ale służba trwająca całą dobę, 24 godziny na dobę, z telefonem włączonym także w nocy. Henryk nikomu nie odmawiał pomocy. Tak też działał, kiedy rozpoczęła się wojna — zarówno w 2022 r., jak i wcześniej, w 2014 r., a nawet na początku lat 90. a także w czasie wielkiej powodzi w Ukrainie. Henryk organizował konwoje z pomocą żywnościową dla poszkodowanych, m.in. na Zakarpacie, do Użhorodu. To on zaproponował mi udział w jednym z takich konwojów. Był to mój pierwszy wyjazd na Ukrainę, w 1998 r. Wtedy wszystko się zaczęło” — kontynuuje Jan Syrnyk.
„Później, w czasie epidemii grypy w Ukrainie, wysyłaliśmy transporty medyczne, w których organizacji Henryk bardzo nam pomagał. Przyszedł rok 2013 — Majdan, pierwsze ofiary i słynna „Niebiańska Sotnia”, a także wycofanie się Ukrainy z deklaracji przystąpienia do Unii Europejskiej. W Szczecinie ludzie zaczęli wychodzić na ulice, odbywały się manifestacje i protesty. Henryk był w nich obecny. W 2014 r. rozpoczęła się już systematyczna pomoc Ukrainie. Dziś trudno zliczyć wszystkie akcje, w których brał udział — był właściwie wszędzie. Rok 2022 był dla nas czasem apogeum. Henryk przeniósł siedzibę konsulatu na ul. Marii Skłodowskiej-Curie, ponieważ w Domu Ukraińskim brakowało już miejsca. Dzięki temu każdy mógł robić swoje — my i Henryk — choć nasze drogi często się krzyżowały, a liczba ludzi potrzebujących pomocy była ogromna. Wspierał nas m.in. przy organizacji transportów i przekraczaniu granicy, współpracując jednocześnie z organami rządowymi i samorządowymi.
Jego śmierć jest dla nas ogromną stratą. Drugiego takiego człowieka nie będzie łatwo znaleźć. Podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. Henryk nie był konsulem w sensie administracyjnym. Nie był urzędnikiem czekającym za biurkiem na interesantów. Był człowiekiem otwartym, gotowym do działania i niesienia pomocy potrzebującym. I właśnie za to był tak bardzo ceniony” — wspomina swego przyjaciela Jan Syrnyk.
Rozmawiał Leszek Wątróbski

