
Przed pięciu laty, kiedy na jednej z najbardziej prestiżowych scen stolicy — Litewskiego Teatru Opery i Baletu — polski reprezentacyjny zespół pieśni i tańca „Wileńszczyzna” świętował swoje 25-lecie, w jednej z lóż rozlokowała się cała rodzina Leonowiczów wraz z dziadkami Jasińskimi, by nie tylko oklaskiwać ten przepiękny występ, ale też wypatrywać wśród innych członków mamy i córki, czyli Wioletty Leonowicz (z domu Jasińska).
W tym roku na 30-leciu ulubionego zespołu na widowni będzie o kilka członków rodziny mniej — z tej najprostszej racji, że na scenie wśród weteranów będzie mama, a wśród aktualnych członków jej dzieci — Joanna i Łukasz.
Ta muzycznie uzdolniona i śpiewająca w „Wileńszczyźnie” rodzina nie jest zapewne wyjątkiem na przeciągu lat działalności tego zespołu. Ale kiedy myślę o pani Wioletcie — to mało znam tak czynnych, tak oddanych pracy, rodzinie kobiet, umiejących wszystko tak ładnie połączyć i udzielić się maksymalnie wychowaniu swojej własnej piątki.
O Wioletcie Leonowicz pisałam przed dziesięciu laty, nie mogąc się nadziwić, że ta miejska dziewczyna po wyjściu za mąż przeniosła się na wieś do Korwia, gdzie po dzień dzisiejszy jest jej dom oraz potrafiła zaszczepić swoim dzieciom zamiłowanie do muzyki, która dla niej samej zawsze była i jest bardzo ważna.
Ukończyła Wileński Uniwersytet Pedagogiczny oraz ówczesną szkołę muzyczną im. Tallat-Kelpszy (klasa akordeonu), a po latach sama opanowała organy i od lat prawie osiemnastu jest organistką w mejszagolskim kościele.
Natomiast bohaterką dzisiejszej publikacji jest jej córka Joanna Leonowicz, a właściwie Joasia, tegoroczna absolwentka Szkoły Średniej im. ks. Józefa Obrembskiego w Mejszagole.
W dniu, w którym umawiam się na spotkanie, Joasia ma egzamin z historii, więc odkładamy rozmowę na jutro.
— Masz, Joasiu, już luz?
— No, niezupełnie, bo przecież chcę się dostać na wyższe studia, a latem bardzo pragnęłabym trochę popracować, więc się rozglądam za sezonową pracą w Wilnie. W szkole należałam do harcerstwa, jestem nadal drużynową, więc okres letni zawsze miałam bardzo zajęty. Teraz ten czas poświęcę pracy oraz przygotowaniu się do koncertu jubileuszowego „Wileńszczyzny”, bo dla mnie to będzie taki pierwszy występ na takiej scenie, jaką jest wileńska opera — mówi młoda dziewczyna.

Joasia ma ukończoną szkołę muzyczną — klasa fortepianu, a jak za chwilę się dowiem, w tej rodzinie wszystkie dzieci, oprócz najmłodszego Michała, chodzą do szkoły muzycznej.
Przypominam sobie, jak to ich mama musiała się dwoić i troić, by dwa razy tygodniowo wieźć je z Korwia do Wilna na zajęcia do szkoły muzycznej w Karolinkach.
Dziewczynki — Joasia, Ewa, Justyna — wybrały fortepian, a Łukasz, obecnie student Uniwersytetu Warszawskiego (polonistyka) — skrzypce. Co wybierze Michał, ani Joasia, ani jej mama nie wiedzą, ale obie są przeświadczone, że Michał też będzie grać.
Bo i jakby nie grał, rosnąc w tak muzycznie uzdolnionej rodzinie, która przecież jakże często muzykuje w domu, a co tam mówić o koncertach domowych dla dziadków — Teresy i Stanisława Jasińskich, kiedy to u nich goszczą. Najlepszych prezentem dla seniorów jest występ wnuków.
Joasia w „Wileńszczyźnie” jest od roku 2008, ale zespół ten w jej życiu jest od najmniejszych dni. Pamięta, jak będąc dzieckiem, wraz ze starszym od niej o dwa lata Łukaszem oczekiwała w wileńskiej szkole im. Lelewela, kiedy mama kończy próbę. A w domu sami próbowali zanucić nowo usłyszaną melodię. Mama z powodu zwiększającej się rodziny, obowiązków pedagogicznych (wykłada język angielski w mejszagolskiej szkole), no i płynących lat — musiała z zespołu odejść, ale sercem i duszą z nim nie zerwała. A kiedy zbliżały się kolejne jubileusze i kierownik zespołu Jan Mincewicz proponował, by uczestniczyła w tych koncertach, wykrajała od nowa czas na próby. Weźmie też udział w koncercie jubileuszowym 30-lecia zespołu.
Jeżeli jest wolna chwila, to ona, jak też jej dzieci „wędrują” poprzez zdjęcia do sal, gdzie zespół występował, do lat, które z nim były związane. Teraz do tego albumu dołączają już zdjęcia zespołowe — Łukasz i Joanna, aktualni chórzyści „Wileńszczyzny”. Jesienią, po jubileuszu, kiedy będzie ogłoszona nowa rekrutacja do zespołu —zapewne i Ewa tu przyjdzie.
„Ja to doskonale pamiętam, kiedy po koncercie wielkanocnym, który „Wileńszczyzna” miała w Niemenczynie, kierownik zespołu pan Jan Mincewicz zaproponował, bym tu śpiewała. Była to dla mnie bardzo radosna i pamiętna chwila. Pamiętam swój pierwszy wyjazd zagraniczny z tym zespołem. Na „kaziuki” do Szczecina. Daleka była droga przez całą Polskę, zmęczyliśmy się fizycznie, ale za to jaką duchową kompensatę każdy z nas zyskał. Tych oklasków, tych łez wzruszenia, jakimi obdarzyli nas widzowie — tego się nigdy nie zapomni. I właśnie tam w Szczecinie chyba najlepiej odczułam, co znaczy tęsknota ludzi za swoimi stronami, które nie z własnej woli musieli porzucić” — z rozrzewnieniem mówi Joasia.

A jak za chwilę się dowiem, za tą pierwszą podróżą koncertową była inna. Też niezapomniana z racji na odwiedzenie tak różnych krajów — Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch. I te właśnie kraje były jakby bodźcem do ostatecznej decyzji w sprawie wyboru kierunku studiów. Młoda dziewczyna postanowiła: będzie studiować turystykę, by poznać zabytki, historię, kulturę, obyczaje różnych krajów.
Na chwilę się cofamy do okresu, od kiedy zaczęła śpiewać. W tym miejscu Joasia mówi: „Sama dobrze nie wiem, bo jeżeli chodzi o domowe śpiewanie, to jak żartuję — od kolebki, a jeżeli o zespół — to zaczęłam od szkolnej „Legendy”, którą prowadzi Jasia Mackiewicz. Tu też śpiewał mój brat Łukasz, starszy od mnie o dwa lata, on i do „Wileńszczyzny” przyszedł wcześniej. Studiuje w Warszawie, ale z „Wileńszczyzną” nie zerwał i na koncercie jubileuszowym wystąpi. Sam opanowuje repertuar, a jak tylko w najbliższych dniach wróci na wakacje, to na pewno będzie na każdej próbie”.
A jak już o repertuarze, to Joasia, zanim przyszła do zespołu, znała prawie absolutnie każdą piosenkę, jakie wykonuje „Wileńszczyzna”.
„Bo jakże mogło być inaczej, jeżeli w domu od mamy, potem od Łukasza słyszałam, a na domiar zawsze staramy się być na koncertach, gdzie tylko „Wileńszczyzna” występuje” — mówi moja rozmówczyni.
Chociaż np. w Birżach, gdzie to ostatnio wystąpił polski zespół, rodziny Leonowiczów nie było. Bo wiadomo, odległość. A tam właśnie w Birżach „Wileńszczyzna” po raz pierwszy zaprezentowała rąbek nowego programu, jaki przygotowuje na 30-lecie.
Joanna, jak za chwilę się dowiem, śpiewa nie tylko w „Wileńszczyźnie” — od lat uczęszcza do chóru parafialnego, który w mejszagolskim kościele pw. Wniebowzięcia NMP prowadzi jej mama.
Pani Wioletta, między innymi, przed sześciu laty założyła tu także scholę dziecięcą, którą też sukcesywnie prowadzi. Chór parafialny z Mejszagoły wiele razy pomyślnie uczestniczył w przeglądach analogicznych kolektywów zarówno na terenie rodzimym, jak też w Polsce, uzyskując wysoką ocenę.

Ale ten temat zostawmy na przyszłość, tym bardziej, że dzień pracy pani Wioletty jest nadal mocno napięty. Próbuję ją dopaść telefonicznie w związku z kilkoma pytaniami związanymi z okresem, jaki dzieli nas od naszego spotkania, czyli równo dziesięciu lat.
— Przed dziesięciu laty powiedziała Pani, że jest taki napięty okres, bo dzieci małe. Że jak tylko podrosną, wybierze się Pani w góry i skoczy z paralotni. Czy udało się to marzenie zrealizować?
— Jeszcze nie, bo przecież za to ostatnie dziesięciolecie Michaś nam się urodził. Teraz trzeba mu będzie też drogę do muzyki pokazać.
A marzenie? Czy nie jest ziszczeniem najważniejszego, że moja najstarsza dwójka jest już w „Wileńszczyźnie” — zespole, z którym moja, jak też mojej siostry Alicji młodość była związana. Bo ten polski zespół pieśni i tańca dla tych, co tam był, co jest i będzie — to nie tylko śpiew i taniec — to wiara, to modlitwa, to pacierz mowy i tradycji ojczystych” — kończy Wioletta Leonowicz.