Z „Wilią” w sercu, z „Wilią” w życiu 

Rodzina Litwinowiczów – nazwisko, które od dziesięcioleci nierozerwalnie wiąże się z zespołem „Wilia”. W rozmowie z Tadeuszem, Czesławem i Walentyną Litwinowiczami wracamy do lat 60. i 70., kiedy taniec, muzyka i wspólne próby tworzyły świat pełen entuzjazmu, przyjaźni i młodzieńczej pasji. Śp. Ryszard, najstarszy z trzech braci, był jednym z najbardziej zaangażowanych członków „Wilii” – jego energia i oddanie do dziś pozostają w pamięci wileńskiej sceny.

Czytaj również...

Agnieszka Skinder: Proszę opowiedzieć o Waszym udziale w zespole – kiedy tańczyliście, kiedy śpiewaliście?

Tadeusz Litwinowicz: Do zespołu przyszliśmy w 1968 r. razem z bratem Ryszardem. Kolega powiedział, że jest nabór – to pomyśleliśmy: „Idziemy!”. Przyszliśmy, popatrzyli na nas, my na nich – i tak się zaczęło. Przyjęto nas bardzo serdecznie, wesoła, życzliwa kompania. Powiedziano, jak mamy wyglądać, jaki ma być strój, jakie obuwie. Byliśmy młodzi, wysportowani, więc wszystko przychodziło z łatwością. Ale to, co najbardziej nas pociągnęło, to muzyka i piosenki – one były bliskie naszej duszy. Zakochaliśmy się w zespole od pierwszych dni. I tak już zostało.

Pan zakochał się w zespole, ale – jak się później okazało – również w pani Walentynie?

Tadeusz (z uśmiechem): Tak, tak… to przyszło trochę później.

Pani Walentyno, jak to było w Pani przypadku? Jak trafiła Pani do „Wilii”?

Walentyna Litwinowicz: Byliśmy kiedyś z rodzicami w Połądze i zobaczyliśmy tam zespół – myśleliśmy, że są z Polski, a okazało się, że to właśnie „Wilia”, która odpoczywała na kempingu w Połądze. Kiedy wróciliśmy do Wilna, moja koleżanka z klasy, Antonina Szafranowicz, powiedziała: „Słuchaj, jest taki zespół »Wilia«, słyszałam o nim. Chodźmy!”. No to poszłyśmy. To był rok 1970. Pan Turowski przesłuchał nas – mnie przyjął do altów, a Antoninę do sopranów. I tak to się zaczęło.

A Pana historia związana z „Wilią” jak się rozpoczęła, Panie Czesławie?

Czesław Litwinowicz: Moi bracia przyszli do zespołu pierwsi. Ja nie opuściłem żadnego ich koncertu – zawsze byłem na widowni. Patrzyłem na występy, na dziewczyny, na zabawę, na atmosferę. Wszystko mnie tam pociągało – praca, śpiew, taniec, przyjaźnie. I tak się wciągnąłem, że w 1971 r. sam dołączyłem do zespołu.

Jakie macie wspomnienia z tamtego czasu? Jaka wówczas była „Wilia”?

Tadeusz: To były niesamowite lata. Pamiętam dokładnie, że w 1969 r. zostaliśmy zaproszeni do Polski na Światowe Święto Polonii. Przygotowywaliśmy się do tego wydarzenia bardzo poważnie – codziennie, z ogromnym zaangażowaniem. Każdy dawał z siebie wszystko. Potem odbył się koncert galowy. Przyjechała komisja z Moskwy, obejrzała nasz występ – naprawdę piękny, dopracowany, pełen energii. Czekaliśmy na decyzję. I przyszła – odmowna. Powiedziano, że nasz wyjazd nie dojdzie do skutku. Dla wszystkich był to ogromny zawód. W ramach rekompensaty klub zorganizował nam wyjazd do Połągi – autokarem, całą grupą. I właśnie tam była też Walentyna.

Pojechało nas około siedemdziesiąt osób. Zamieszkaliśmy na kempingu. Każdego wieczoru odbywały się koncerty, tańce, śpiewy – ludzie zbierali się, słuchali, bawili razem. Dla mnie to był pierwszy wyjazd nad morze, pierwszy raz, gdy zobaczyłem morze na własne oczy. To było coś niezwykłego – towarzystwo, piosenka, morze, przyjaźnie. Człowiek czuł się częścią czegoś większego. „Wilia” stała się dla mnie wtedy jak rodzina – może nawet bliższa niż ta własna, bo w rodzinie różnie bywa, a w zespole zawsze była wspólnota, szczerość, wsparcie.

Nigdy nie pytaliśmy, „co z tego będę miał?”. Niektórzy koledzy z klasy dziwili się: „Po co tam chodzisz? Co z tego masz?”. A ja zawsze odpowiadałem: „To jest uczta duchowa”. Tam było wszystko – radość, pasja, ludzie. Nie potrzeba było żadnych innych klubów, spotkań czy rozrywek – mieliśmy swoje próby, koncerty, wyjazdy. Byliśmy w Daugavpils, w Tartu, w Tallinnie, w Mejszagołe, w Solecznikach – wszędzie, gdzie tylko można było występować. I nigdzie nie było smutno.

Pokolenie „Wilii” lat 70. i 80.
| Fot. archiwum prywatne

Podobno w Daugavpils narodziła się miłość między Panem a Panią Walentyną?

Walentyna: Nie, wtedy on tylko „oko położył”! To było w autokarze. Jechaliśmy razem, a ja przysnęłam, oparta o szybę. Hanka Ranszysówna mówi: „Usiądź obok niej, bo dziewczyna głową o szybę bije!”. No i usiadł. I tak już został.

Panie Czesławie, a Pana wspomnienia te najbardziej jaskrawe z „Wilii”? Pan był najmłodszy z braci…

Czesław: Ja podziwiam tamten czas. To był złoty okres. My, chłopcy z Porubanku, z rodziny robotniczej, trafiliśmy do świata ludzi wykształconych, kulturalnych, oddanych polskości – takich jak Marian Wojtkiewicz, Zdzisław Tuliszewski, Jan Skrobot i inni. Oni przyjęli nas, młodych chłopaków, jak swoich.

W „Wilii” nauczyliśmy się nie tylko tańca, ale i życia – etykiety, szacunku do kobiet, odpowiedzialności. Partnerka była świętością – trzeba było jej pomóc, zaopiekować się, zanieść walizkę, przynieść strój. Dziewczyny z kolei dbały o koszule, prasowały, szykowały. To była prawdziwa wspólnota. Tak jak brat powiedział – rodzina, a może nawet coś więcej.

Do zespołu przychodziło się z radością. Po próbach nie uciekało się do domu – zostawaliśmy razem, rozmawialiśmy, odpoczywaliśmy. Pracowaliśmy naprawdę ciężko, szczególnie przed wyjazdami czy konkursami. Zawsze chcieliśmy być najlepsi – rywalizowaliśmy ze „Šviesą”, z „Vaivą”, z litewskimi zespołami, żeby dorównać im poziomem. A że chłopców zawsze brakowało, to jeszcze więcej zależało od nas.

Tańczyliśmy z pasją, z sercem. Może nie byliśmy technicznie tak doskonali jak „Mazowsze”, ale dawaliśmy publiczności wszystko, co mieliśmy – naszą szczerość, naszą duszę. I widzowie to czuli – oklaskiwali nas gorąco, z wdzięcznością.

Pani Walentyno, jakie Pani ma wspomnienia z tamtego okresu?

Walentyna: Bardzo ciepłe. Byłam w zespole około pięciu lat. Zrezygnowałam dopiero wtedy, gdy po ślubie zaszłam w ciążę. Ale nawet wtedy – z małym synkiem – jeszcze przychodziliśmy na próby.

Dla mnie „Wilia” też była jak rodzina. Moja mama nie była artystką, pochodziła z prostej rodziny, ale miała dobry głos i zawsze lubiła śpiewać. Zespół dał mi coś innego – świat muzyki, spotkań, przyjaźni. Wszyscy odnosili się do siebie z szacunkiem. Ja miałam wtedy tylko piętnaście lat, a przyjęto mnie jak równą dorosłym – nikt nie patrzył na mnie jak na dziecko. To było coś pięknego.

Czy mieli Państwo swój ulubiony taniec?

Tadeusz: Teraz, z perspektywy czasu, najbardziej wzrusza mnie polonez. Kiedy widziałem, jak nasi wnukowie tańczyli poloneza na placu Katedralnym po ukończeniu szkoły – to było coś niezwykłego. Bo to nie tylko taniec, ale też ciągłość tradycji – naszej polskości, naszego wychowania. Trudno być obojętnym do tego tańca.

Ryszard i Tadeusz Litwinowiczowie
| Fot. archiwum prywatne

Powiedzcie proszę, jak „Wilia” wpisywała się w społeczność polską tamtego czasu?

Tadeusz: Wcześniej wypowiadali się nasi seniorzy – pan Jan Kuncewicz, Fred Szturmowicz. Oni wspominali, jak wszystko się zaczynało: jak zbierała się pierwsza grupa, a potem część członków wyjechała do Polski w ramach repatriacji. To byli ludzie najbardziej zasłużeni, którym zawdzięczamy początek.

My z kolei dorastaliśmy na Nowym Świecie. Ojciec w każdą niedzielę wystawiał nas trzech, jak żołnierzy i prowadził do kościoła. Niektórzy patrzyli na to z ironią – „Po co tam idziecie, Boga niet…” – ale ojciec się tym nie przejmował. Z czasem to wszystko zaczęło się zmieniać. Kiedy trafiliśmy do „Wilii” i zaczęliśmy uczestniczyć w Świętach Pieśni – poczuliśmy, że kultura naprawdę łączy ludzi. W wojsku służyliśmy razem z bratem Ryszardem, a z nami byli m.in. Vytautas Kernagis, Vytautas Rumšas, Sigitas Račkys, Romualdas Ramanauskas – świetne towarzystwo, inteligentne, życzliwe. Z Litwinami i Rosjanami mieliśmy bardzo dobre relacje – czasem, paradoksalnie, z Polakami bywało trudniej.

Czesław: Dużym plusem było to, że „Wilia” mieściła się w Pałacu Związków Zawodowych – razem z zespołami litewskimi, żydowskimi i in. Wszyscy się znaliśmy, odwiedzaliśmy się na próbach, wspieraliśmy się. Nie było napięć narodowościowych – przeciwnie, panowała bardzo dobra atmosfera. Poza tym „Wilia” była wówczas jedynym dużym polskim zespołem. Dopiero później powstała „Wilenka”. Człowiek nie miał zresztą wielkiego wyboru – jeśli chciał robić coś po polsku, rozwijać się artystycznie, to była właśnie „Wilia” albo teatry.

Zespół stał się źródłem, z którego wypłynęło wiele innych „strumyków” – małych zespołów w różnych miejscowościach Wileńszczyzny. Dziś niemal każde miasteczko ma swój własny zespół, swoje stroje, swoje pieśni. To wszystko wyrosło z „Wilii”.

Tadeusz: I z tego możemy być dumni. To „Wilia” jest matką tych wszystkich strumieni – naszych kontynuatorów. Nie bez powodu hymn zespołu mówi o tym.

Czesław: Do dziś, kiedy słyszę, jak chór śpiewa tę pieśń „Wilija, naszych strumieni rodzica” – mam łzy w oczach. To jest prawdziwa piosenka wileńska, pełna ducha i historii.

A Wasze pokolenie – przyjaciele, koledzy, wspólne chwile?

Tadeusz: Niestety, wielu już z nami nie ma. Ale wtedy, po próbach, zawsze coś się działo. W piątki, jeśli nie było żadnej imprezy, zbieraliśmy się u Mietka Kiesliakowa – ja, brat, Janek Kozłowski – i graliśmy w karty. Trochę winka, trochę śmiechu i do rana…

Czesław: Albo kopaliśmy piłkę – dziewczyny z chłopcami. Towarzystwo było fantastyczne – wszyscy blisko siebie, bez zawiści, bez podziałów.

Tadeusz: A jak przyjeżdżało „Mazowsze” albo „Śląsk”, to potrafiliśmy się bawić przez całą noc! Zawsze było coś – występ, wyjazd, spotkanie.

Czesław: Nas pociągała nie tylko praca taneczna, ale właśnie te nasze wieczorki. Nie było ważne, ile kto ma – wystarczyły dwie butelki wina i trzydzieści osób. Potrafiliśmy bawić się, śpiewać, tańczyć i żartować przez dziesięć godzin bez przerwy. Chodziliśmy do siebie w odwiedziny – od jednego do drugiego, zawsze razem. To było coś wyjątkowego, czego dziś już nie ma.

Jeśli między nami rodziły się jakieś sympatie, to zawsze były czyste, szczere, platoniczne. Jak brat z Walą – to już była prawdziwa miłość, a nie przelotna przygoda. Żadnych podchodów, żadnego uwodzenia.

Czym jest dla Was „Wilia” dziś, z perspektywy tylu lat?

Czesław: Jak w tej piosence: „Tych lat nie odda nikt”. To był czas cudowny, magiczny. Nic bym w nim nie zmienił. To była bajka – nasza młodość, nasza pasja.

Tadeusz: Podpisuję się pod każdym słowem. Najpiękniejsza była szczerość. W zespole nie było nikogo, kto przychodziłby z interesem. Każdy dawał coś z siebie – z radości, z potrzeby serca.

Czesław: W Połądze była otwarta sala taneczna – grała ludowa muzyka. Na początku kazali nam płacić za wejście. Ale potem, kiedy zobaczyli, co robimy na parkiecie – jak tańczy „stara gwardia Wilii” – zaczęli wpuszczać nas za darmo. Bo kiedy my tańczyliśmy polki, oberki, kujawiaki, oni dobrze zarabiali, bo przychodzili widzowie. To była najlepsza reklama dla ich zabaw!

Pani Walentyno, a czym „Wilia” jest dziś dla Pani?

Walentyna: Dla mnie „Wilia” to rodzina. To miłość do piosenki, która została ze mną do dziś. Wciąż pamiętam dawne pieśni i śpiewam je z weteranami. Do weteranów chodzę z wielką przyjemnością. Długo namawiałam męża, ale mówił: „Jeszcze za młody jestem!”. A jak poszedł raz, to już został i bardzo mu się spodobało. Tam nikt nikogo nie skrzywdzi, nie obrazi.

W środku – Walentyna i Tadeusz Litwinowiczowie
| Fot. archiwum prywatne

Co zawdzięczacie „Wilii”?

Czesław: Dała nam coś, co najcenniejsze – duchowy bagaż, świadomość, kim jesteśmy. „Kim ty jesteś? – Polak mały…” – ten wiersz brzmiał w naszych głowach od młodości. To w „Wilii” nauczyliśmy się dumy z polskości, kultury, języka.

Dziś swoje nazwisko piszę po polsku, wszystkie dokumenty przerobiłem, jak była taka możliwość. Bo to dla mnie ważne. Chcę, żeby moje wnuki też to czuły. A zresztą – tańczą już w zespole „Sto Uśmiechów”. I to mnie cieszy najbardziej.

Tadeusz: A mnie „Wilia” dała żonę. Wokół było wiele dziewcząt, uśmiechniętych, pięknych, ale kiedy ona na mnie spojrzała – to prosto w serce. I Pan Bóg pobłogosławił.

Walentyna: Mamy dwoje dzieci – syna i córkę. Syn również zaczynał w „Wilence”, a córka tańczyła tam przez kilka lat. Córka, Aneta Litwinowicz, brała też udział w konkursach piosenki polskiej, śpiewała, zajmowana wysokie miejsca.

Tadeusz: Syn Dariusz uczył się grać na akordeonie, a córka – na pianinie. Ale z chłopakami bywa różnie. Po roku nauki koledzy mu mówili: „Co ty tam grasz, muzyką się zajmujesz? Chodź, w piłkę gramy!”. No i zrezygnował z muzyki, a wybrał futbol. Córka miała talent i chęć, ale wtedy wyjechaliśmy do Polski, więc trudno było to pogodzić. Wróciliśmy – i dziś wspominamy te czasy z sentymentem.

Co dziś pomaga Wam żyć, co daje siłę na co dzień?

Czesław: Że zawsze miałem starszych braci, którzy mnie wspierali. Rodziców miałem złotych. I pamięć o nich mi pomaga. Kiedy jest ciężko – myślę o nich. To daje siłę. A poza tym – wspomnienia młodości, które ciągle są we mnie żywe. Sport też zawsze był ważny – mieliśmy w Ardenie własną drużynę piłkarską i siatkarską, organizowaliśmy zawody. Ruch to zdrowie! A moją największą pasją są ryby – wędkarstwo to moje hobby i spokój ducha.

Tadeusz: A mnie pomaga żyć żona! Jak ugotuje coś smacznego – to od razu dzień lepszy. Jak zrobi dobrą kawę – to też przyjemnie. Zresztą zawsze żartujemy, że jestem od niej starszy o rok, więc mówię: „Nie przepychaj się w kolejce, kto pierwszy umrze!”.

Moją pasją od dziecka jest myślistwo. Zaczęło się w 1959 r., gdy często bywałem u dziadka. Wtedy zabrano mu ziemię i lasy, więc nie mógł już trzymać bydła – miał tylko kozy, które pasł po leśnych łąkach. Chodziłem z nim, a on pokazywał mi ptasie gniazda, ślady saren, tropy łosi. To wtedy zrodziła się we mnie miłość do przyrody. I dziś, kiedy jadę na polowanie, słyszę śpiew ptaków, szelest liści na wietrze – czuję się jak w sali koncertowej. Jakbym wracał na randkę ze swoją młodością.

Walentyna: A mnie siłę dają dzieci i wnuki. Mamy pięcioro wnucząt. To nasza największa radość. I oczywiście „Wilia” – spotkania z weteranami, koncerty, wspólne chwile.

Jak dziś postrzegacie „Wilię”?

Walentyna: Piękna, młoda, pełna energii. Z przyjemnością oglądamy koncerty – śpiewają, tańczą wspaniale, stroje są cudowne, głosy piękne. Za każdym razem, gdy tylko mamy okazję, przychodzimy.

Czesław: Teraźniejsza „Wilia” mnie zachwyca – szczególnie chórem, repertuarem i solistami. To wszystko na bardzo wysokim poziomie.

Tadeusz: A mnie, powiem szczerze, łezka się w oku kręci. Może trochę zazdroszczę sceny, świateł, młodości. Jak patrzę na nich, to widzę siebie sprzed lat. Dziś są profesjonalni, piękni, uśmiechnięci – jak aktorzy na scenie. A my wtedy byliśmy może mniej doskonali technicznie, ale za to żyliśmy na scenie. Tańczyliśmy z całego serca. Pieśń nas niosła.

Dziś, kiedy patrzę na młodzież, widzę kolejki chętnych, którzy chcą dołączyć do zespołu. To piękne – widzieć, że ta tradycja trwa. Piękne stroje, piękne uśmiechy, postawy. Tylko nas już tam nie ma…


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 44 (125) 01-07/11/2025

Afisze

Więcej od autora

Kard. Ryś po wykładzie w Wilnie: „Życzę Polakom na Litwie, aby pozostali sobą”

https://kurierwilenski.lt/2026/06/11/sprawiedliwosc-bez-milosierdzia-jest-okrucienstwem/Eminencjo, jakie przesłanie chciałby Ksiądz Kardynał przekazać naszym Polakom, mieszkającym na Wileńszczyźnie, którzy pielęgnują od pokoleń tutaj swoją wiarę, kulturę i język?Życzę im przede wszystkim, żeby pozostali sobą, żeby byli...

Sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem

Trwa VI Światowy Apostolski Kongres Miłosierdzia pod hasłem „Budujmy Miasto Miłosierdzia”. Do Wilna przybyły tysiące pielgrzymów, duchownych, teologów, wolontariuszy i świeckich z różnych zakątków świata. Stolica Litwy, tak silnie...