Bóg nieustannie podaje nam cebulkę…

0
89
Fot. Marian Paluszkiewicz

Wywiad z reżyserem Piotrem Klingerem i aktorem Tymonem Kokoszką reprezentującymi Teatr Wolandejski. Widzowie mieli okazję podziwiać ich spektakl, „Krew Karamazowska”, podczas tegorocznych „Wileńskich Spotkaniach Sceny Polskiej”.


Witold Janczys: Pana spektakl można nazwać adaptacją prozy Dostojewskiego?

Piotr Klinger: Nie chciałem robić adaptacji, bo byłoby to zadanie karkołomne, a jedynie inspirować się tekstem Dostojewskiego, znaleźć w nim to, co mnie porusza i wykorzystać postacie, które stworzył do opowiedzenia własnej historii. Pierwotna wersja scenariusza powstała ledwie w tydzień i miał wymowę zdecydowanie nihilistyczną. Kiedy wróciłem do niego po kilku latach, byłem już innym człowiekiem, więc i tekst przybrał zupełnie inny charakter. Bardziej osobisty, religijny i pełen nadziei. Postanowiłem ratować bohaterów, których stworzył Dostojewski. Uznałem, że bohaterowie zasługują na szansę…, chyba oprócz Fiodora, który w naszym ujęciu nie jest człowiekiem, ale raczej diabłem dręczącym każdego z braci, krwią Karamazowską buzującą w ich żyłach, siłą namiętności, skłonnością do grzechu. Dostojewski twierdził, że w jego dziele Alosza jest główną postacią, ale moim zdaniem niknął w cieniu swoich braci. Postanowiłem go wydobyć z cienia. Jako mnich i uczeń starca Zosimy był najmniej skażony wpływem Fiodora Karamazowa, więc też najlepiej nadawał się do tego, by stawić czoła własnym słabościom i pomóc swym braciom. To on w spektaklu daje nadzieję i ratuje rodzinę od zagłady.

Jak się Pan czuje z tym, że zagrał w spektaklu Fiodora, który działa jak siła żywiołu i prawdopodobnie jest szatanem?

Tymon Kokoszka: To jest ekstremalnie trudne zadanie. Przede wszystkim w takim ujęciu szatan jest wszystko wiedzący – mam na myśli to, że potrafi znaleźć nasze największe słabości, które są różne w zależności od każdego człowieka. Potrafi znaleźć ten odcisk, na który jest w stanie nastąpić. Dla mnie jako aktora ogromnym wyzwaniem było znaleźć u każdego z moich kolegów i koleżanek, w ich postaciach, to, co ich boli, na czym mogę zagrać, gdzie jest ich pięta Achillesowa. Będąc właśnie takim złym duchem, złym błaznem, muszę robić to mądrze. Każdego z nich muszę podejść w zupełnie inny sposób. Inaczej zagram na emocjach Dymitra, inaczej na emocjach Aloszy. Trudne jest to, że co chwilę muszę zmieniać twarz, w ciągu dziesięciu sekund muszę przejść z bardzo krzykliwego, mocnego i potężnego przeciwnika dla Dymitra czy Iwana do czułego ojca dla Aloszy, bo ten potrzebuje tej czułości i mimo że znajduje ją u Zosi, ja nadal pozostaję jego ojcem. Ta natychmiastowa zmiana, którą muszę przeprowadzić i dostosowanie się do własnych działań, była jednym z największych wyzwań. Myślę, że to się udało.

Jaki Pan ma stosunek do swego bohatera?

TK: Ten bohater mi się podoba, nie tylko z powodu dwoistości, ale też z powodu dziesiątek twarzy, które posiada. Jest on oczywiście na wskroś zły, jest człowiekiem pozbawionym czci i wiary i jest uosobieniem hedonizmu naszych czasów. Ta jego rozpusta i zgnilizna, którą uwielbia jest zgodą na ten hedonizm. Niestety, w naszych czasach też spotykamy takich ludzi…, więc kiedy widzę takie osoby na co dzień, jest mi ich trochę żal. Żal mi Fiodora, bo pogubił się w tym wszystkim, ale czy człowiekowi może być żal szatana… Z drugiej strony, jak mówi tekst sztuki, bez dobra nie byłoby zła, a zła bez dobra. Jeżeli mamy dobro w ludziach, to gdzieś w świecie musi się to zło czaić. I taki ktoś, jak Fiodor, musi istnieć.

Czy w Pana interpretacji „Braci Karamazow” wystąpiła ta cebulka, trzymając się której, bohaterowie mogliby się uratować z piekła?

PK: To jeden z głównych motywów mojej sztuki. O ile bowiem w prawdziwym Piekle nie ma nadziei, o tyle w tym naszym ziemskim piekle jak najbardziej jest. Bóg nieustannie podaje nam cebulkę. To właśnie sprawiło, że postanowiłem podać ją również bohaterom Dostojewskiego. Mam nadzieję, że złapią się za nią również nasi widzowie. Zresztą, opowiadanie porywających historii, które budzą nadzieję i chęć przezwyciężenia naszych ułomności to – moim zdaniem – jeden z głównych, choć zapomnianych nieco celów teatru i sztuki w ogóle. Nawet jeśli wielu współczesnych artystów woli raczej skandalizować niż uszlachetniać.

Więc nadzieja dla bohaterów spektaklu jest czy jej nie ma?

PK: „Póki życie, póty nadzieja”, jak mówi Zosima. Zostawiam bohaterów Dostojewskiego w chwili ich moralnego przebudzenia, a to, czy wytrwają w dobrym, czy też może puszczą się cebulki i utopią w krwi Karamazowskiej – to już pozostawiam ich wolnej woli oraz wyobraźni każdego z nas.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.