Dzielić się polskością

35
Historie potomków polskich zesłańców w filmie „Złączyć się z narodem” przedstawił reżyser Jerzy Szkamruk Fot. Joanna Bożerodska

Polskość może trwać nawet z dala od ojczyzny, bez dostępu do oświaty i ojczystego języka. Wbrew zakazom i represjom. Pamięć, przekazywana z pokolenia na pokolenie, może wreszcie doprowadzić do powrotu z długiego, bo trwającego aż 80 lat wygnania. Historie potomków polskich zesłańców w filmie „Złączyć się z narodem” przedstawił reżyser Jerzy Szkamruk. W ciągu trzech lat pracy nad filmem nie realizował jednak swojego scenariusza. Od początku pisało go życie.

Stworzył Pan wyjątkowy film dokumentalny, który opowiada o Polakach mieszkających w Kazachstanie, deportacjach i repatriacji nie z perspektywy historii, ale przez towarzyszenie bohaterom w przełomowych momentach ich życia. Jak wyglądała praca nad filmem?

Tego typu filmy robi się ze zwykłymi ludźmi, nie ze specjalistami w jakiejś dziedzinie. Często wcale nie mają oni ochoty opowiadać o sobie szczerze, przed kamerą, co jest zrozumiałe, bo nie tak łatwo jest dzielić się swoimi przeżyciami. Film zaczął się przypadkiem. Przyjechaliśmy do Kazachstanu rozbić inny film, ale o. Paweł Blok zaprosił nas na pielgrzymkę do Kamyszynki, do kościoła Matki Bożej Częstochowskiej, który tamtejsi Polacy wybudowali w latach 90. Chciał, żebyśmy zobaczyli, jak mieszkają, czym żyją. Pojechaliśmy więc na pielgrzymkę. Na horyzoncie zobaczyliśmy grupę ludzi, którzy szli przez step, śpiewali po polsku… I od razu nas urzekli. Potem były kolejne spotkania, w których poznawaliśmy ich lepiej, coraz bardziej też rozumieliśmy, jak wiele znaczy dla nich polskość, ojczysta kultura, język, którego często zaczynają się uczyć już jako dorośli, i oczywiście wiara przodków.

Ten scenariusz, który pisało życie, jest bardzo boleśnie prawdziwy. Jedna z głównych bohaterek, babcia Lusia, która całe życie marzyła o Polsce. Nie doczekała repatriacji…

Tak. Dla nas wszystkich był to szok. Ostatni wywiad nagraliśmy na tydzień przed jej śmiercią, przez Skype’a. Miała przyjechać do Warszawy, ale zmarła. Zachorowała na grypę, gdy otrzymała pomoc lekarską, było już za późno. Poznaliśmy babcię Lusię w Kamyszynce. Potem, już w Warszawie, poznaliśmy także jej wnuczkę. Proszę sobie wyobrazić, że ta dziewczyna przyjechała do Polski jako 16-latka. Do kraju, gdzie nie ma rodziny ani wsparcia przyjaciół. I babcia nie wysłała jej do Anglii czy Niemiec, gdzie teraz wiele polskich rodzin wysyła swoje dzieci, ale właśnie do kraju przodków, za którym sama całe życie tęskniła. Mieliśmy za to okazję powitać na lotnisku rodzinę Kulikowskich. Wcześniej, na studia, przyjechały ich córki. Kiedy rozmawialiśmy z nimi w Zielonym Gaju, polskiej wsi w Kazachstanie, nie wiedzieli jeszcze, że wyjadą. Zaryzykowali, sprzedali wszystko, spakowali się w kilka walizek i zaczęli nowe życie, w Polsce.

CZYTAJ WIĘCEJ: Reżyserka z Syberii: Poprzez teatr zachowujemy język polski

Nie wszyscy bohaterowie Pana filmu mówią po polsku, czasem zaczynają się uczyć języka, a jednak czują się Polakami. Co sprawiło, że nie zatracili swojej tożsamości narodowej?

Polska tożsamość narodowa w Kazachstanie jest bardzo mocno połączona z wiarą. Zresztą nie tylko polska, bo tam nie ma ludzi niewierzących. To obszar w większości muzułmański, ale żyją tam również prawosławni, Żydzi, wszyscy razem, ale każdy utożsamiony ze swoją społecznością. Ta społeczność pod wieloma względami podobna jest do dawnych Kresów Rzeczypospolitej, gdzie żyli obok siebie ludzie różnych narodowości i religii. Ale przecież to właśnie z tych Kresów przybywali zesłańcy, przywożąc ze sobą swoją kulturę. Deportowani ze swoich domów, wsi, zaczynali je tworzyć tutaj. Takie właśnie są Zielony Gaj czy Kamiszynka. Kilkadziesiąt lat temu naszych rodaków wysadzano na stepie, a po latach w tych miejscach rosły drzewa, toczyło się życie. To oni przemieniali tę ziemię i lokalną kulturę, zostawiając w niej ślad.

W Kazachstanie bohaterowie Pana filmów mówią o Polsce z ogromnymi nadziejami. Czy rzeczywistość po przyjeździe nie rozczarowała repatriantów? Czy przyjęto ich jako powracających Polaków, czy też, że względu na język, postrzegano ich jako „ruskich”?

W tej dziedzinie niestety mamy bardzo wiele do zrobienia. Można powiedzieć, że nasze społeczeństwo dramatycznie potrzebuje edukacji. Dlatego zresztą jeździmy z tym filmem po szkołach, domach kultury. Bardzo wiele osób, zwłaszcza młodych, nie ma praktycznie wiedzy o Polakach mieszkających na terenach byłego Związku Sowieckiego. Nie znają historii ani Kresów Rzeczypospolitej, ani wywózek i deportacji. Co z tego, że Polacy z Kazachstanu czy nawet z Wileńszczyzny mówią z nieco innym akcentem? Przecież również w Polsce mówimy różnie. Inaczej na Kaszubach, na Śląsku, inaczej na Mazowszu. To jest nasze bogactwo. Zawsze przy okazji projekcji w Polsce mówię, że do ludzi, którzy mówią ze wschodnim akcentem, a są Polakami, powinniśmy się odnosić ze szczególnym szacunkiem, bo oni o to zachowanie tożsamości narodowej musieli się postarać. Wracając do bohaterów naszego filmu – repatrianci, których znamy, odnaleźli się w Polsce bardzo dobrze. Mają pracę, dobrze układa się też ich dzieciom. Ale to nie wszystko, czują się u siebie. Bardzo często wspominam słowa jednego w pierwszych repatriantów, jakich poznałem, który powiedział, że jest szczęśliwy, bo Polska to jego rodzina. Teraz ma nie tylko tę małą, najbliższą, ale wrócił do tej wielkiej.

Co Polska może dać repatriantom? Na jaką konkretną pomoc mogą liczyć, gdy zdecydują się na zostawienie wszystkiego i powrót do ojczyny, z której wywieziono ich przodków?

W tej chwili to bardzo znacząca pomoc, pod tym względem państwo polskie w ostatnich latach naprawdę zrobiło wiele. Repatrianci mogą liczyć na pomoc w nauce języka, poszukiwaniu pracy zagospodarowaniu się. Dostają także bardzo konkretne wsparcie finansowe. Może to być wsparcie na zagospodarowanie się – 6 tys. zł na osobę. Repatrianci mogą też liczyć na dofinansowanie kosztów wynajmu lub kupna mieszkania. Jest to suma do 25 tys. zł na osobę i dodatkowo 25 tys. zł na rodzinę. Czteroosobowa rodzina może więc otrzymać 125 tys. zł. Taka suma to już duża pomoc, zwłaszcza jeśli chodzi o kupno mieszkania w mniejszym mieście. Dla kogoś może się wydawać, że to dużo, ale to nie są bezsensownie wydane pieniądze. Ci ludzie bardzo szybko je zwracają. Pracują przecież w Polsce, płacą podatki. Część z nich rzeczywiście przyjeżdża, żeby poprawić sobie warunki życia, ale oni sami na te lepsze życie muszą potem zarobić.

„Złączyć się z narodem” mogli obejrzeć również widzowie na Wileńszczyźnie…

Dla mnie były to wyjątkowe spotkania. Nie przyjechaliśmy tutaj uczyć kogokolwiek, ale po prostu dzielić się polskością. Tym, jak przeżywamy ją my i jak przeżywają ją nasi rodacy w Kazachstanie. Bardzo wzruszały mnie nie tylko spotkania, lecz także np. polskie napisy, które widzieliśmy w Solecznikach. Nie ukrywam, że brakuje mi ich w Wilnie. Przecież łączy nas kilkaset lat wspólnej historii, ludzie mówiący po polsku budowali to miasto i tworzyli jego kulturę… Na pewno chcemy wrócić na Litwę z innymi filmami. Wspólnie z Piotrem Budnikiem, producentem naszego filmu, chcielibyśmy regularnie przyjeżdżać na Wileńszczyznę, może także dalej, do Polaków, którzy mieszkają w głębi Litwy, z objazdowym kinem, z najnowszymi polskimi filmami. To taki projekt, który narodził się podczas naszego pobytu w lutym. Mamy nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy będziemy mogli go zrealizować.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 18(50) 30/04-08/05-2020