Litwa, Białoruś, sankcje i… kłamstwa

„Pokażemy im, co to są sankcje” – grzmi pod adresem Litwy i Polski Aleksander Łukaszenka. Władcy Białorusi wyraźnie nie podoba się stanowisko naszych państw w stosunku do ostatnich wydarzeń w jego kraju. Były dyrektor sowchozu wrósł w fotel prezydenta i uważa, że będzie siedział w nim tyle, ile mu się będzie podobało.

Czyli „wiecznie”. Wątpiącym w nieomylność Łukaszenki pozostają więc jedynie uliczne dyskusje z OMON-em. A dla sąsiednich państw, również wątpiących w 80 proc. wygranej Łukaszenki, ma on inne argumenty – sankcje gospodarcze. Polecił swojemu rządowi, by przekierował ładunki wysyłane drogą morską z litewskich portów do innych krajów, a raczej kraju – Rosji. „Zobaczymy, jak będą żyć. 30 proc. litewskiego budżetu to przepływy białoruskich ładunków” – z butą straszy, a raczej jak zwykle kłamie, były dyrektor sowchozu. Tak, kłamie. Tak samo jak kłamie, że zdobył w wyborach prezydenckich ponad 80 proc. głosów. Jako głowa państwa powinien wiedzieć, że budżet sąsiedniego kraju, Litwy, w 2020 r. to ponad 12 mld euro. Zatem dochód z przeładunku białoruskich towarów żadną siłą nie stanowi 30 proc., czyli 4 mld euro. Jeśliby jutro, jak straszy Łukaszenka, Białoruś przekierowała swoje ładunki do Rosji, to na przykład litewskie koleje, oczywiście, poniosłyby straty. W skali rocznej to ok. 100 mln euro straconego zysku, z którego do budżetu Litwy kolej nie odprowadziłaby podatku dochodowego wynoszącego 15 proc.

Budżet Litwy straciłby więc 15 mln euro. Z kolei przeładunek białoruskich towarów w kłajpedzkim porcie przynosi budżetowi Litwy już znacznie więcej – ok. 250 mln euro, czyli możliwe, że łączne straty litewskiego budżetu to w przybliżeniu 265 mln euro. I jak nietrudno policzyć, stanowi to ok. 2,2 proc. naszego budżetu. Ale jak wiadomo, Łukaszenka ma osobliwe wyobrażenia o procentach oraz o tym, jak powinna funkcjonować gospodarka. Sankcje byłyby więc przede wszystkim odczuwalne przez białoruską gospodarkę. I w pierwszej kolejności – dla Biełaruśkalij, jednego z największych dostawców dewiz do białoruskiego budżetu. Łukaszenka musiałby od rosyjskiego rządu wyżebrać dla swego koncernu olbrzymie zniżki za przewóz i przeładunek nawozów potasowych w porcie w okolicach Petersburga. I nietrudno sobie wyobrazić, jaka będzie reakcja na ewentualne ulgi głównego konkurenta Biełaruśkalij – rosyjskiego koncernu Uralkalij. Znacznie tańszym sposobem na uregulowanie politycznego kryzysu na Białorusi stałyby się więc powtórne, tym razem uczciwe, prezydenckie wybory.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 37(106) 12-18/09/2020