Niesłodkie życie kurierowskich elfów

Waga zamówienia najczęściej nie jest normowana – taka paczka to prawdziwy luksus dla kuriera
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Praca kurierów. Dostarczają pizzę, patelnie, pralki i jeszcze to, co jeden Pan Bóg wie – a raczej co zamówią przez internet przestraszeni koronawirusem klienci.

Zaśnieżoną drogą – przez pola, lasy, wreszcie domy – wesoło pędzą czerwone, białe, pomarańczowe ciężarowe samochodziki. Zupełnie jak w świątecznych reklamach telewizyjnych. Brakuje im tylko girland i melodyjek dzwoneczków: „Din-din-don, din-din-don, din-din-diiindi-dooon!”. Cała reszta jak w bajce o przybyciu Świętego Mikołaja – na ich paczki z utęsknieniem czekają wypatrujące w oknach dzieci, a dorośli też już nerwowo drepcą pod płotem.

– No, ładną bajkę ty wymyślił! Tylko płakać. Ja, Mikołaj?! No, może kiedy były święta, to ludzie byli trochę cieplejsi… A tak, to ja jak ten robotnik elf: przywieźć w czas co ludzie zamówili i koniec! – z sarkazmem spluwa, nazwijmy go z wileńska, Stasiuk, pogodny chłopak z Wilna, który spalił się razem z bratem na nieruchomościowej bańce mydlanej i od pięciu lat kręci kółkiem swego podstarzałego busika.

Jak mówi, miał nawet sobie wybrany dom z tych zbudowanych nad Wilenką. Czasy były, jakie były… – No i te hieny podatkowe wszystko mi zabrały. Dobrze, że zdążyłem odnowić kapitalnie chatkę moich rodziców, gdzie teraz z bezrobotną żoną, synem studentem (Bogu dzięki, że przed wirusem zdążył nie pojechać uczyć się do Anglii!) i chorą mamą mieszkam – mówi z godnym podziwu spokojem.

Dostawy sprzętu RTV i AGD, książek, płyt CD i  małych przedmiotów często są dokonywane poprzez paczkomaty
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Wybuch popytu na dostarczycieli

Na Litwie elektroniczny handel kwitnie, ba, pęka w pasie na całego! Największe sieci handlowe – spożywcze i gospodarcze, e-sklepy – zatrudniają coraz więcej pracowników. Zapotrzebowanie jest olbrzymie, ale ich wynagrodzenie jednak się nie zwiększa.

Teraz, w czasach zaostrzonej kwarantanny, ulicami miast, miasteczek, drogach wsi, a nawet dróżek chutorów, najczęściej jeżdżą specjalistyczne samochody dostawcze. Wiozą to, czego ludzie potrzebują, a nie mogą (a najczęściej i nie chcą) odebrać osobiście w ich firmowych sklepach.

– Zaczekaj, zaraz postój, kontrola z miasta. Może się zdarzyć jakiś wojaczek z głuchej wioski, który jeszcze nie widział samochodu kurierowskiego, wtedy będą idiotyczne pytania! – Staszek przerywa naszą rozmowę. Telefoniczną, bo na osobiste spotkanie i zrobienie zdjęć nie ma czasu ani chęci.

Raz, że pracuje niemal każdego dnia, od rana do wieczora, i jest zmęczony „jak dziki osioł”, a dwa, że za swoją prawdę o pracy kuriera może być po prostu wyrzucony z pracy – za szarganie wizerunku firmy, dużej sieci handlu spożywczego.

– Muszę jeszcze trochę popracować. Może będą lepsze czasy na biznes, a wtedy być może wszystko rzucę w jasną cholerę! – śmieje się nerwowo.

W siarczysty mróz – w gumowych rękawiczkach

Mrozy, które nieoczekiwanie zaatakowały w kraju, doskwierają w pracy kurierów. Praca przy załadunku, we względnie ciepłym magazynie centralnym, jazda wysłużonym samochodem – ok. 300 km dziennie po labiryntowej trasie – to jeszcze nic.

– Nie mamy prawa podejść do klienta bez maseczki – to jasne. Ale nie możemy też zjawić się w czymś cieplejszym na rękach niż jednorazowe, gumowe rękawiczki. Wyobrażasz to sobie? W takie mrozy! – wścieka się Stanisław, ale twierdzi, że to nie jest najgorsze.

Podczas pierwszej fali pandemii był szał zakupów jak przed wojną. – Makarony, gryka, konserwy, papier toaletowy, żarcie dla psów i kotów – to szło tonami! – śmieje się. A jednocześnie przyznaje, że teraz, kiedy wszystko się względnie uspokoiło, to najbardziej go denerwują akcje wyprzedażowe poszczególnych produktów. – Kiedy tylko widzę, że jest zniżka na wodę mineralną, to myślę: „Teraz będzie d…”. Tak, jest ograniczenie – ludzie mogą zamówić do dwóch opakowań po 6–8 butelek, ale cwaniacy biorą naraz kilka marek i niby wszystko jest w porządku.

Czytaj więcej: Litewski sklep internetowy Barbora – przez Warszawę na polski rynek

„Te cholerne kody…”

Kurier wszystko powinien dostarczyć pod drzwi klienta. Regulamin firmy surowo zabrania jakichkolwiek osobistych ustaleń z zamawiającym, np. by ten towar odebrał przy furtce, za którą wściekle ujada jego ulubiona psina.

– Trzeba dzwonić, czekać, aż jaśnie pan wyjdzie ze swego zamku… – opowiada Stanisław i przyznaje, że jednak bardziej lubi trasy podwileńskie, gdzie nie ma bloków ani wieżowców z niekiedy zepsutymi windami.

I te kody wejściowe. Nauczony problemami ma wpisane do telefonu kody do drzwi stałych klientów, żeby mniej czasu zajmowała „korespondencja”. Ale raz była niespodzianka.

– Klient powiedział, że jak podjadę, to sam otworzy drzwi. Myślę: „O, choć raz ruszy swoim zadem i sam zabierze swoje minerałki”. Podjeżdżam, a ten… automatycznie otwiera drzwi i czeka na swoim trzecim piętrze! – mówi Stanisław, który towar powinien obowiązkowo dostarczyć pod same drzwi lokalu.

Praca kuriera to ciężki trud fizyczny. Od 7.30 rano do 20 wieczorem. Dziennie Staszek rozwozi ok. 60 zamówień, targa do 1,5 tony towarów. – Kto niewysportowany, ten w kilka lat może zostać Schwarzeneggerem! – śmieje się „elf”. Ale – jak mówi – wielu młodych „elfów” po 6–8 miesiącach pracy ucieka do innego „Mikołaja”, który, być może, będzie hojniejszy na prezenty dla swoich sług.

– Włazisz z torbami na piąte piętro, a tu jeszcze ledwo uchylą drzwi, proszą, żeby zostawić towar na schodach. Boją się nas jak zarazy! Myślą, że jak rozwozimy wszystko, to i wirusa… Tymczasem z moich znajomych to jeszcze żaden (tfu, tfu!) nie zachorował – smutno się uśmiecha dobrze zbudowany Staszek, który w ciągu pięciu lat nie miał ani dnia chorobowego.

Jeszcze tylko wybrać adres klienta i w drogę z gorącą pizzą. „Słodkiego, miłego życia, bez chłodu, głodu i bicia!”
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Alkohol nie dla cwaniaków

Na Litwie są ustanowione surowe godziny handlu alkoholem. W dni powszednie – od godz. 10 do 20. W niedzielę do 15. Czy przy zamówieniach przez internet można to ominąć?

– Co to, to nie. Zamówienia w magazynie są przyjmowane od godz. 10, czyli dozwolonej, i do 19 – czasu, kiedy jeszcze kurier pracuje – opowiada Stanisław i zaznacza, że i mimo to są z tym problemy: – Przyjeżdżam z zamówieniem na alkohol. Muszę obowiązkowo otrzymać potwierdzenie, że to nie dziecko wciągnie towar do chaty, ale dorosły! A ten mówi: „Zostaw pod drzwiami”!

– Czy ze wszystkim w tej pracy jest tak źle? – pytam.

– No, może trochę zostało z tego „Mikołaja”… Po tylu latach pracy poczułem się nieco potrzebny ludziom. Niby ważna praca. Kiedy częstsze były rozliczenia gotówką czy kartą, to o mało nie zapłakałem, kiedy babcie zapraszały na herbatę z ciastkami, mówiąc: „Mój ty mikołajku!”. A kiedy odmawiałem, rzucają, że śpieszę, to na siłę wciskały do kieszeni 50 centów czy euro…

Z przyjemnych niespodzianek zdarzył się kot. – Kiedyś wiosną, jak zawsze, rozwoziłem zamówienia. Był wieczór, jak zwykle się śpieszyłem, bo już zaraz koniec pracy. Zostawiłem otwarte drzwi do samochodu i biegiem z torbami! Szybko wracam, ruszam. Po 15 minutach jadę i czuję, że jakby ktoś na mnie patrzy… Zerkam w prawo, a tu na czarnym chodniczku z prawej stronu siedzi duży czarny kot i zielonymi oczyskami łypie na mnie! – chwilę dyskomfortu, a potem śmiechu przypomina sobie Stanisław.

Odwiózł wówczas feralnego pasażera na miejsce początku jego podróży. – Czmychnął od razu w krzaki! Chyba nie za bardzo spodobała mu się ta karuzela w moim samochodzie – mówi, choć trochę żałuje, że nie ma teraz takiej żywej maskotki.

Tym bardziej że w samochodzie nie może mieć nic postronnego. Nawet kupiona butelka coli powinna być specjalnie oznakowana. Prawie co tydzień musi się spodziewać wyrywkowych kontroli w firmie.

W czasach kwarantanny młodzi za wszelką cenę chwytają się jakiejkolwiek pracy, by dorobić trochę grosza
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Premia – 10 euro!

– Kiedy nastała pierwsza fala koronawirusa i nie było ludzi do pracy, to dla zmotywowania tych, którzy pracowali jak dziki osioł – prawie bez wolnych dni (np. przez 40 dni miałem dwa dni wolne!) – zaoferowali do ręki nawet 2000 euro. Ale potem, kiedy młodych naprzychodziło, to kierownictwo ścięło wypłaty do maksymalnie 1000 euro. A liczba wyjazdów i waga towarów zwiększyła się dwukrotnie… Trasa to minimum 300 km i nie autostradą przecież – żali się gorzko Staszek.

– A jakieś premie? – pytam.

– Są takie konkursy: menedżer miesiąca. I ja taki „tytuł” zdobyłem! Wiesz, ile dali? 10 euro! A potem… odliczyli z wypłaty, i to jeszcze z podatkiem. Powiedziałem: dziękuję, więcej nie chcę takich „prezentów” – zżyma się Staszek.

Teraz, podczas drugiej fali wirusa, kiedy jest szczyt zapotrzebowania na kolejnych kurierów, młodych i chętnych do pracy jest sporo.

– Nie wiem, jak dalej będzie, ale już teraz chłopaczki, którzy dostają do ręki tysiąc euro, po dwóch, trzech miesiącach rezygnują – przyznaje Stach.

Tak chciałoby się zaśpiewać wszystkim kurierom, którzy swoją ofiarną pracą – potrzebną, ale też niebezpieczną w dobie pandemii – rowerami, samochodami osobowymi i dostawczymi rozwożą zamówiony towar klientom. A ci niekiedy zapominają o elementarnym słowie „dziękuję”…

A jednak: „Słodkiego, miłego życia, bez chłodu, głodu i bicia!”.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 5(13) 30/01-05/02/2021