Pawilon stworzony przez Polaka będzie reprezentował Litwę w Dubaju

| Fot. Projekty Andrzeja Grygojcia

Z jednej strony spadł na mnie ogromny zaszczyt. Z drugiej jednak – to duża odpowiedzialność, bo to ma być największa wystawa wszech czasów – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Andrzej Grygojć, designer, który zaprojektował pawilon Litwy na Wystawę Światową Expo 2020. Impreza, przesunięta przez pandemię o rok, rozpocznie się 1 października w Dubaju i potrwa do 31 marca 2022 r.

Zaprojektowany przez ciebie pawilon będzie reprezentował Litwę na Wystawie Światowej Expo 2020 w Dubaju. Co to dla ciebie oznacza?

Reklama

To uznanie, do którego doszedłem wieloletnią pracą. W branży projektowania pracuję od 15 lat. Poziom światowy nie jest mi obcy. Mam sporo osiągnięć. Jestem laureatem wielu konkursów w zakresie designu. Moje projekty były prezentowane na różnych międzynarodowych imprezach, m.in. stworzyłem system identyfikacji wizualnej ekspozycji, która reprezentowała Litwę na różnych targach biznesowych – we Francji, w Niemczech, Holandii czy Chinach. To był projekt koordynowany przez „Versli Lietuva”, agencję powołaną m.in. do promocji litewskich przedsiębiorców na arenie międzynarodowej. Stworzona przeze mnie identyfikacja wizualna funkcjonowała przez trzy lata.

Łącznie na swoim koncie mam ok. 2,5 tys. zrealizowanych projektów. To nie są tylko ekspozycje, lecz także projekty wnętrz mieszkań, domów, miejsc publicznych. Obecnie np. pracuję przy projekcie Muzeum Policji. Takiego muzeum nie było dotychczas na Litwie.

Wracając do Expo, z jednej strony spadł na mnie ogromny zaszczyt, z drugiej jednak – to duża odpowiedzialność, bo to ma być największa wystawa wszech czasów. Zjednoczone Emiraty Arabskie naprawdę dużo w to zainwestowały. Na powierzchni ponad 40 ha pustyni powstało tak naprawdę nowe miasto. Poza tym Litwa znalazła się w ekskluzywnym gronie państw, które zbudują własny pawilon. Uczestników jest prawie 200, a pawilony będzie miało tylko 80 krajów.

Czy odczuwasz tremę w stosunku do tego, jak twój pawilon zostanie odebrany za granicą?

W mojej pracy zawsze pozostaje element tremy. Sądzę, że bez niej nie da się stworzyć czegoś ciekawego. Trema wytwarza taką wewnętrzną motywację czy mobilizację. Pojawia się na etapie akceptowania projektu przez zleceniodawcę, a także później, kiedy projekt jest oceniany przez innych ludzi. Zazwyczaj wszystkie większe moje prace były oceniane przez media i ekspertów. Miałem z tym ciekawe doświadczenia.

Od dłuższego czasu współpracuję z dużą spółką „Yukon” z branży optycznej. Pewnego razu szukałem w internecie informacji o lornetkach. Przypadkowo trafiłem na materiał prasowy po węgiersku, w którym zobaczyłem własną ekspozycję. To było bardzo dziwne, ale przyjemne uczucie.

Czytaj więcej: Wyroszczeni w wolności — wywiad z Gretą Bartosewicz, młodą nauczycielką

Czym Litwa zaskoczy świat w Dubaju? Jaki będzie główny motyw litewskiego pawilonu?

Chcieliśmy pokazać swoją kompozycją to, z czego Litwa może być dumna. To są takie wartości, jak: rozwój technologiczny, otwartość na innowacje, kultura, historia. Podstawą tego wszystkiego jest przyroda, która nas otacza. To wszystko przedstawiłem w formie stylizowanego drzewa z elementami kinetycznymi. W drzewie został odwzorowany litewski wzór ludowy. Nazwa litewskiej ekspozycji brzmi Kinetyczne Drzewo Innowacji, a hasło przewodnie to: ,,Łącząc umysły, tworzymy przyszłość”. Litewski pawilon stanie w sektorze „zrównoważony rozwój”.

Skończyłeś wileńską Akademię Sztuk Pięknych, studiowałeś sztukę witrażu. Dlaczego wybrałeś właśnie ten kierunek?

W czasach szkolnych byłem bliżej rysunku. Od piątej klasy uczęszczałem na różne kółka tematyczne. Później ukończyłem Szkołę Plastyczną im. Justinasa Vienožinskisa. Wówczas już wiedziałem, że przyszłość chcę związać ze sztuką. Po maturze – wtedy był trochę inny system rekrutacji na studia wyższe – jednocześnie dostałem się na trzy uczelnie: na wydział inżynieryjny na Wileńskim Uniwersytecie Technicznym im. Giedymina, na geodezję w Kolegium Wileńskim oraz na Akademię Sztuk Pięknych. Gdybym trzymał się stereotypu, powinienem był wybrać inżynierię, bo wiadomo, inżynier to dobry zawód, każdy to powie. Nie pasował mi jednak ten schemat. Jestem wdzięczny rodzicom, że nie naciskali w sprawie studiów. Wypowiedzieli swoje zdanie, ale zaakceptowali mój wybór. Co do witrażu, to była decyzja spontaniczna. Szczerze mówiąc, moja wiedza o sztuce wówczas była bardzo ograniczona. Wiedziałem, że na Akademii uczą malarstwa. Coś wiedziałem o freskach czy o scenografii. Spotkałem jednak profesora, który zapytał, na jakim kierunku zamierzam studiować. Odpowiedziałem niezdecydowany, że chyba malarstwo. Wówczas zapytał, czy nie chciałbym studiować witraż. Zaczął opowiadać, że jest to praca z kompozycją, ze szkłem. Tak samo dużo malujesz jak na malarstwie, ale poza tym otrzymujesz informację dotyczącą złączeń, farb do szkła. Zainteresowało mnie to i postanowiłem trzymać się studiów witrażu.

| Fot. Projekty Andrzeja Grygojcia

A w jaki sposób zostałeś designerem?

Po studiach, jak wielu innych, zacząłem się rozglądać za pracą. Zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną. Dyrektor spółki poprosił o teczkę z moimi szkicami i po dwóch minutach powiedział, że mogę wybrać miejsce, gdzie będę pracował. Początkowo nie zrozumiałem, o co mu chodzi. W końcu zakomunikował mi wprost, że zostałem zatrudniony.

Wydaje mi się, że witraż i projektowanie wnętrz mają cechy wspólne, bo przecież chodzi o pracę z przestrzenią…

Dokładnie. Na studiach dużo nam opowiadano o przestrzeni. Tłumaczono, po co jest potrzebna. Skąd bierze się światło. Zazwyczaj ludzie projektujący przestrzeń nie wiedzą, gdzie słońce wschodzi, gdzie zachodzi i jak się porusza. Które światło jest zimne, a które ciepłe. To okazały się bardzo przydatne informacje w moim zawodzie.

Czy klienci zamawiający u ciebie projekt wnętrz wiedzą, czego dokładnie chcą?

To jeden z największych problemów naszego społeczeństwa. Ludziom wydaje się, że wiedzą, czego chcą. Część mojej pracy polega na tłumaczeniu pewnych podstawowych spraw. Na przykład że pewne rzeczy muszą być inne, niż sobie wyobraża klient. Generalnie funkcja praktyczna pomieszczenia – nieważne, czy to mieszkanie, dom, czy biuro – dla wszystkich jest jasna. Ze stroną estetyczną jest gorzej. Dlatego zaczynając projekt, analizujemy wszystko: od liczby osób, które będą przebywały w pomieszczeniu, do tego, jaką rolę będą w nim odgrywały. Przy projektowaniu trzeba brać pod uwagę mnóstwo elementów technicznych, jak np. zasady bezpieczeństwa czy stan budynku. Przy tym najważniejszym kryterium oceny jest szeroko pojęta estetyka. Generalizując – z jednej strony zaprojektowane pomieszczenie ma zachwycać, z drugiej – spełniać warunki komfortowego funkcjonowania.

Czy estetyka pomieszczenia wpływa na samopoczucie mieszkańców lub pracowników?

Jak najbardziej! W stu procentach, a nawet w dwustu. Brzydko wyglądająca przestrzeń demotywuje. Wywołuje w człowieku negatywne emocje. Naukowcy udowodnili, że człowiek lepiej funkcjonuje w przestrzeni, w której formy są lakoniczne i jest dobre oświetlenie. To jest podstawa dobrego samopoczucia psychologicznego.

Moja drużyna to dla mnie moja inspiracja – na zdjęciu Andrzej Grygojć z rodziną
| Fot. archiwum rodzinne

Mówiłeś, że w szkole marzyłeś o zawodzie artystycznym. Czy pracując w branży designu, czujesz się spełniony?

Tak. Nazywam siebie osobą dwubiegunową. Jeden biegun jest artystyczny, drugi – techniczny. Tak się złożyło, że nie kolidują ze sobą, tylko się dopełniają. W pracy wykorzystuję zarówno elementy artystyczne, jak i techniczne. Czuję się spełniony, aczkolwiek to nie przyszło od razu. Na początku nie mogłem zrozumieć pewnej rzeczy. W przypadku targów biznesowych lub większych wystaw międzynarodowych ekspozycja trwa zaledwie kilka dni. Czyli mamy kilka dni, do których przygotowujemy się przez kilka miesięcy. Budżety wystaw zaczynają się od 30 tys. euro, a kończą się na 300 tys. euro. Po zakończeniu efekty naszej pracy idą do utylizacji. Nie tworzymy nic monumentalnego, co moglibyśmy zostawić przyszłym pokoleniom. Na początku to było frustrujące. Później zrozumiałem, że właśnie w tej tymczasowości jest sens. W ciągu 15 lat mojej pracy mogłem wypróbować siebie w absolutnie różnych technikach i trendach. Jestem w ciągłym procesie tworzenia.

Podczas pewnego spotkania ze znajomymi ktoś zapytał mnie o wystawę w Dubaju: po co państwo ma inwestować miliony w tworzenie wizerunku, który będzie prezentowany kilka dni czy tygodni? Wówczas użyłem takiego porównania: duże wystawy, jak Expo, są podobne do corocznych świąt rodzinnych. Chociaż przez cały rok mieszkamy i funkcjonujemy oddzielnie, to na Wielkanoc lub Wigilię spotykamy się przy jednym stole. Być może z punktu widzenia ekonomicznego nie jest to korzystne, ale wszystko kompensuje klimat świąt. Tak samo jest z Expo. Cały kraj żyje tą wystawą. Pojawiają się nowe inspiracje. Rozwija się strona technologiczna. Rozwija się logistyka. Powstaje nowa infrastruktura, której używa się także po zakończeniu wystawy.

Skąd czerpiesz inspirację?

Inspiracja jest bardzo szerokim pojęciem. Jest inspiracja emocjonalna, czyli t, kto cię wspiera i nadaje sens życia; z całą pewnością daje mi go moja rodzina. Dzięki niej mam tę wewnętrzną siłę. Natomiast inspirację estetyczną stanowią trzy rzeczy: stare zdjęcia, architektura oraz światowy design. W przypadku designu najbardziej inspirujący dla mnie jest design skandynawski i japoński. Przede wszystkim lubię kompozycje bryłowe i lakoniczne formy.

Czytaj więcej: Bez Polaków Kościół na Wschodzie by nie przetrwał


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 6(16) 06-12/02/2021