Bez Polaków Kościół na Wschodzie by nie przetrwał

W czasach sowieckich polsko-litewskie relacje, także te wewnątrz Kościoła, były obciążone historią, wzajemnymi uprzedzeniami i stereotypami, z którymi trzeba było walczyć. To także motywowało mnie to do poszukiwania wyjaśnień i poznawania historii Kościoła na Wschodzie – mówi Adam Hlebowicz, dziennikarz i historyk, dyrektor Biura Edukacji Narodowej polskiego Instytutu Pamięci Narodowej.

Naszą rozmowę chciałabym zacząć od pytania, które nurtowało mnie, gdy czytałam Pana książki w czasie studiów. „Kościół w niewoli”, pierwsza Pana publikacja podejmująca losy Kościoła katolickiego w Związku Sowieckim, ukazał się już 1991 r. Kolejna książka, „Kościół odrodzony. Katolicyzm w państwie sowieckim 1944–1992” – dwa lata później. Jak było możliwe napisanie tych książek tak szybko, niemal równocześnie z otwarciem dostępu do źródeł?

Pracę nad nimi rozpocząłem oczywiście wcześniej, w latach 80., gdy w Polsce trwał komunizm, a za wschodnią granicą istniał Związek Sowiecki. Moje zainteresowanie Kościołem na Wschodzie rozpoczęło się od postaci ks. Henryka Hlebowicza, późniejszego błogosławionego, o którym napisałem pracę magisterską na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim u prof. Adama Strzembosza.

Za tymi wileńskimi tropami poszło głębsze zainteresowanie Wschodem, tym, co spotkało tam Kościół Katolicki. Zacząłem szukać informacji, oczywiście nie było ich w oficjalnej prasie, ale powoli zaczęły się już ukazywać w prasie podziemnej. W lubelskich „Spotkaniach”, w pismach „ABC” czy „Obóz” można było przeczytać przede wszystkim informacje odnoszące się do aktualnej sytuacji. Powoli zaczynałem docierać do świadków wydarzeń, np. do o. Kazimierza Lendziona, redemptorysty pracującego po wojnie w Mościskach i Samborze, więźnia łagrów sowieckich. Z czasem udało mi się pozyskać również wydawnictwa emigracyjne, ukazujące się na Zachodzie, jak wspomnienia o. Władysława Bukowińskiego, które były dla mnie lekturą przełomową. Zrozumiałem dzięki tej książce, jak bardzo polscy księża byli zaangażowani w ten Kościół, że bez Polaków by on nie przetrwał, jak szeroko rozciągało się ich oddziaływanie. Ostatnim etapem były lata 1988–1990, gdy dwukrotnie byłem w Londynie i miałem okazję dokładnie zapoznać się z prasą emigracyjną.

Wtedy stały się też możliwe moje wyjazdy do Związku Sowieckiego. Byłem dwukrotnie na Litwie już 1989 r., potem bardzo regularnie jeździłem na Wschód, by robić wywiady, rozmawiać ze świadkami wydarzeń. Poznałem wówczas ks. Jana Obrębskiego z Mejszagoły. W ten sposób powstały moje dwie publikacje, które ukazały się rzeczywiście, zanim wybitni badacze tego tematu, jak ks. prof. Roman Dzwonkowski, zaczęli publikować więcej.

W czasie wyjazdów, zbierając materiały do swoich książek, był Pan historykiem czy bardziej dziennikarzem?

Łączyłem wtedy te dwa warsztaty. Z wykształcenia byłem historykiem, ale to były czasy, gdy nie można było się ograniczać do archiwum czy literatury, bo archiwa w czasach sowieckich były zamknięte, nikt nawet nie marzył, że kiedyś do nich wejdziemy. Prof. Strzembosz uczył nas na seminarium sztuki robienia relacji. Mówił: „Musicie tworzyć źródła, rozmawiać ze świadkami, zbierać to, co jest jeszcze do uratowania. Pamiętajcie, że źródła szybko wymierają”. Rzeczywiście, na naszym seminarium magisterskim było kilka prac, które dotyczyły historii najnowszej, także terenów wschodnich, które opierały się na relacjach. Można więc śmiało powiedzieć, że pisząc swoją pracę, uczyłem się również dziennikarstwa, zadawania pytań, nawiązywania kontaktu z rozmówcą.

To nie było wcale takie proste, bo nieufność była wówczas bardzo duża. Najczęściej w nawiązaniu kontaktów pomagała rekomendacja. W Wilnie byłem u ks. Aleksandra Kaszkiewicza, wówczas proboszcza kościoła Ducha Świętego w Wilnie, miałem ze sobą list polecający; potem ks. Kaszkiewicz polecił mnie jako rozmówcę innym osobom. To był taki łańcuszek dobrej woli.

Czytaj więcej: Wyroszczeni w wolności — wywiad z Gretą Bartosewicz, młodą nauczycielką

Rozmawiamy przede wszystkich o polskim Kościele. Czy w czasie swoich wyjazdów na Litwę miał Pan okazję poznać również litewskich katolików?

Tak, te spotkania nie zaczęły się jednak na Litwie, ale w Szwajcarii. Pierwszym Litwinem, którego poznałem, był dziennikarz Konstantas Lukėnas, przez długie lata związany z wydawnictwem „Katalikų pasaulis”. To on opowiedział mi historię prześladowań litewskich katolików, której sam zresztą doświadczył – jako człowiek wierzący był nawet zamknięty w „psychuszce”. Stało się to dla mnie asumptem, by poznawać także litewską historię.

Zacząłem od „Kroniki Kościoła Katolickiego na Litwie”, którą czytałem w anglojęzycznej wersji, wydanej na emigracji. Dziwiło mnie, że tak mało jest tam o Polakach. Gdzie są polscy katolicy? Nazwiska polskich księży pojawiały się, ale nie zawsze w pozytywnym kontekście. Np. jako osoby, które nie podpisały apelu w obronie któregoś z litewskich księży. Nieraz trafiałem też na informacje nieprawdziwe, że np. polscy księża uciekli z Wileńszczyzny, bo nie chcieli tam pracować. To wszystko oczywiście motywowało mnie do poszukiwania wyjaśnień. Zrozumiałem, że także w czasach sowieckich polsko-litewskie relacje, także te wewnątrz Kościoła, były obciążone historią, wzajemnymi uprzedzeniami i stereotypami, z którymi trzeba było walczyć.

Pana związki z państwami bałtyckimi sięgają dalej niż zainteresowanie polskimi katolikami. Świadczy o tym choćby odznaczenie, jakie otrzymał Pan od władz Estonii.

W moich pracach nt. historii Kościoła zajmowałem się też niewielką wspólnotą estońskich katolików, ich wkładem w odzyskanie niepodległości kraju. Estonię miałem okazję poznać w czasie pielgrzymki Jana Pawła II do państw bałtyckich. Przebyłem całą trasę papieża, były to dla mnie niesamowite spotkania z Kościołem w niepodległych już Litwie, Łotwie i Estonii.

Odznaczenie odnosi się bezpośrednio do mojej pracy w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku, gdzie bardzo intensywnie rozwijaliśmy nasze relacje z estońskimi partnerami. Organizowaliśmy koncerty estońskich muzyków, wystawy plastyczne. Był to kilkuletni projekt, który został doceniony przez władze estońskie, czego wyrazem było również moje odznaczenie Orderem Krzyża Ziemi Maryjnej. Była to bardzo miła niespodzianka, również dlatego, że w nazwie tego odznaczenia wyraża się szacunek Estończyków do maryjnej, katolickiej tradycji swojego kraju, choć jest to obecnie kraj w przeważającej części protestancki.

Wracając do ks. Hlebowicza, od którego zaczęło się Pana zainteresowanie Kościołem na Wschodzie – czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa?

Przypadkowa i nieprzypadkowa. Nie jestem w stanie określić pokrewieństwa, ale z całą pewnością wspólne korzenie mamy. Jest to na pewno osoba bardzo mi bliska. Kiedyś natknąłem się na jego tekst na temat krzyża w miesięczniku „Więź” i bardzo mnie zaciekawił. Szukałem informacji o nim, poznałem krąg jego uczniów, którzy zbierali o nim materiały, zwłaszcza pani Janina Zagałowa z Warszawy, która była zbieraczką wspomnień na jego temat. Pewne informacje o jego działalności w okresie wojny zdobyłem również w Studium Polski Podziemnej. W ten sposób stał się osobą bardzo mi bliską już w latach 80., na długo, zanim Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Czytaj więcej: Historia Rakowskich, Polaków ratujących Żydów – cisi bohaterowie spod Wilna

Skąd w takim razie pochodzą Hlebowiczowie? Nazwisko nie pozostawia wątpliwości co do tego, że korzeni rodziny należy szukać na Wschodzie.

Jeśli mówimy o początkach, należy ich szukać gdzieś między Witebskiem a Smoleńskiem. Wbrew temu, co może przychodzić do głowy Polakowi, nazwisko nie na nic wspólnego z chlebem. Pochodzi od świętego patrona – Gleba. Glebowicze, ze względu na wymowę, stali się Hlebowiczami. Potem losy naszej rodziny były głęboko związane z Grodzieńszczyzną czy Wileńszczyzną, ale były to losy burzliwe. Pewną ciekawostką może być fakt, że mój syn jest pierwszym od sześciu pokoleń Hlebowiczem, który urodził się w tym samym mieście, co jego ojciec. Mój dziadek urodził się w Toruniu, pradziadek w Baszkirii, prapradziadek w Warszawie, a dopiero jego ociec i dziadek w Grodnie. To bardzo dobry obraz losów Polaków, rzucanych przez historię w różne miejsca.

Od 2017 r. jest Pan dyrektorem Biura Edukacji Narodowej IPN i również na tym stanowisku podejmuje Pan inicjatywy związane z Litwą, jak choćby ostatnia wystawa „Upadek Imperium”, która z okazji 30. Rocznicy wydarzeń 13. stycznia została zaprezentowana w Warszawie. Czy przewiduje Pan również nowe inicjatywy, które będą kierowane do Polaków na Litwie?

Nie zapominamy o tym na pewno. Podstawowym obszarem działań IPN jest oczywiście „Przystanek historia”, który ma w Wilnie długą tradycję. W tej chwili podobne spotkania odbywają się m.in. na Zaolziu, w Grodnie, we Lwowie i w Żytomierzu. Byłoby ich znacznie więcej, gdyby nie pandemia. Oczywiście, tę współprace z Wilnem organizuje Oddział w Białymstoku, ale korzysta on z sił tak personalnych, jak i wydawnictw czy wystaw całego IPN. To bardzo ważne, że możemy być tam, gdzie są Polacy, nie tylko nauczać o najnowszej historii, ale także dawać narzędzia, by ta nauka mogła być atrakcyjna. Właśnie dlatego staramy się sięgać po nowoczesne formy: filmy, gry planszowe, aplikacje na komórkę. Myślę, że gdy tylko pandemia ustąpi, ruszymy z nowymi propozycjami.

W tej chwili trwają przygotowania do wydania publikacji „Zostali na Wschodzie. Słownik inteligencji polskiej w ZSRS 1945–1991”. Czy nazwiska związane z Wileńszczyzną również będą w niej zamieszczone?

W tej chwili oddaliśmy do druku tom I tego słownika, powinien się on ukazać w I kwartale 2021 r., bardzo zaawansowane są prace nad tomem II. Oczywiście, Polacy, nie tylko z Wileńszczyzny, ale z całego terenu dzisiejszej Litwy, zajmują ważne miejsce w tej publikacji. Chcemy przez ten słownik pokazać, jak to życie Polaków w Związku Sowieckim, mimo prześladowań, nadal trwało. Litwa była pod tym względem w uprzywilejowanej sytuacji. Zauważmy, że mogły tu istnieć polskie szkolnictwo, polski teatr, polska prasa. Oczywiście nie można było uniknąć wpływów sowieckich, a przynajmniej istniał obszar języka polskiego w życiu kulturalno-oświatowym. Takiej możliwości nie było zupełnie na Białorusi, na Ukrainie była bardzo ograniczona – tylko dwie szkoły i teatr we Lwowie. W naszej publikacji chcemy pokazać przede wszystkim postacie fundamentalne, jak dr Jerzy Orda, przedwojenny naukowiec, wielki patriota i człowiek twardo stojący na gruncie swoich przekonań. Staramy się także docierać do osób działających na Litwie Kowieńskiej, jak pani Renata Gauczowa, pokazać Polaków, którzy byli prześladowani, ale przetrwali i zachowali swoją tożsamość. Poszerzyliśmy naszą wiedzę o dwóch księżach działających na Żmudzi. Co ciekawe, ks. Polikarp Maciejowski, prefekt Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Kownie, dzisiaj w historiografii litewskiej przestawiany jest jako Litwin, a w okresie międzywojennym był prześladowany jako Polak. W czasie wojny udzielał pomocy Żydom i jako Sprawiedliwy wśród Narodów Świata umieszczony jest na liście litewskiej. Ks. Władysław Wołowicz, który zmarł w 1988 r., ma również nagrobek w języku litewskim, choć nigdy nie stracił związków z polskością. Zależy mi na tym, by o takich osobach pamięć wśród Polaków przetrwała. Nie zawsze jest to oczywiste, bo niektórzy nie mają nawet własnych nagrobków. Pokazują nam, że o polskość można zawsze, w każdych warunkach się troszczyć, nawet gdy okoliczności są bardzo niesprzyjające.

Czytaj więcej: Świat oczywisty i wydęty. Baczyński jubileuszowo


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 4(10) 23-29/01/2021