Czego może nas nauczyć historia polskich Kresów

Fragment tymczasowej ekspozycji w Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku. Oficjalne otwarcie nowego gmachu placówki planowane jest na 17 września tego roku
| Fot. mat. pras.

Wilno to było miasto wielonarodowościowe, do którego prawo mają różne nacje, nie tylko Litwini czy Polacy. Wielkim nieporozumieniem jest używanie dzisiejszych kalek pojęciowych dla wyjaśniania rzeczywistości historycznej – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” prof. Wojciech Śleszyński, dyrektor Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku.

Książka „Życie na Kresach. Województwa wschodnie II Rzeczypospolitej (1919–1939)” jest kolejnym tomem serii wydanej przez Muzeum Pamięci Sybiru Muzeum Sybiru. Dlaczego muzeum Sybiru opowiada historię Kresów?

Reklama

Nasze muzeum to ogromna inwestycja, największe muzeum powstające obecnie nie tylko w Polsce, lecz także w tej części Europy. To ponad 2,5 tys. mkw. samej przestrzeni ekspozycji, a także multimedia. Chcemy, by było to muzeum narracyjne, by opowiadało historię zesłań od XVII w. aż do XX w., a ponadto o dawnych ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej, ponieważ to właśnie z tych obszarów wywożono ludzi na Syberię. Tak naprawdę w obecnych granicach Polski tylko Białostocczyzna doświadczyła sowieckich wywózek, pozostałe ziemie są za wschodnią granicą. Nieprzypadkowo więc ta książka wpisana jest w serię pięciu tomów. Wszystkie będą miały na grzbiecie po jednej literze ze słowa Sybir. Pierwszy tom opowiada o zesłaniach w XVIII i XIX w., drugi mówi o Kresach, trzeci o okupacji sowieckiej, czwarty będzie dotyczył deportacji i życia na Syberii, a piąty – deportacji powojennych. Te pięć tomów wspólnie zamyka temat tego wielkiego muzeum, które nadal budowane jest w Białymstoku, a zostanie otwarte 17 września 2021 r.

We wstępie stwierdza Pan, że określenie „Kresy” jest odbierane negatywnie przez część środowisk ukraińskich czy litewskich. Dlaczego postanowił Pan nie rezygnować z tego terminu, a nawet znalazł się on w tytule książki?

To określenie związane jest z polską tradycją i w języku polskim nie ma ono negatywnego znaczenia. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że z perspektywy Litwy, Białorusi czy Ukrainy może wywoływać ono niechęć, stąd sygnalizujemy, że zdajemy sobie sprawę z tych emocji. W naszej tradycji ten termin odnoszony jest przede wszystkim do terenów położonych na wschód od tego centrum, choć czasem mówimy też o kresach zachodnich. Samo słowo „kres” znaczy tyle, co pewien koniec, coś odległego od centrum, którym dla Polaków może być Kraków czy Warszawa. Oznacza ono także pogranicze.

Swoją opowieść o dziejach Kresów w międzywojniu rozpoczyna Pan od wojny polsko-bolszewickiej. Jakie znaczenie miał ten konflikt dla ziem, o których Pan pisze, i dla późniejszych relacji Polski z Litwą czy Ukrainą?

Na pewno tym, co zadecydowało o późniejszym kształcie tych ziem, była nie I wojna światowa, ale właśnie wojna polsko-bolszewicka. Podzieliła ona dawne, historyczne ziemie wschodnie na pół, dodatkowo w jej trakcie toczyły się konflikty lokalne, jak choćby konflikt polsko-litewski o kształt granicy i o przynależność Wilna, który trwał przez całe dwudziestolecie międzywojenne. W tym czasie bardzo silnie budziła się świadomość narodowa ukraińska, nieco może mniej widocznie – również białoruska. Na tych samych ziemiach swoje postulaty dotyczące autonomii kulturalnej zgłaszała również społeczność żydowska. Widać więc wyraźnie, że tych konfliktów było dużo i z nich dopiero wyłonił się powojenny podział świata.

W tym czasie toczyły się nie tylko konflikty pomiędzy narodami, lecz także wewnątrz Polski – spór o koncepcję odradzającego się państwa pomiędzy Józefem Piłsudskim a Romanem Dmowskim. Mimo że władzę w II RP udało się przejąć stronnictwu Piłsudskiego, jego koncepcja federacyjna w odniesieniu do ziem wschodnich ustąpiła idei inkorporacyjnej Dmowskiego. Dlaczego tak się stało?

Przede wszystkim polskie wojsko zajęło ogromne tereny na wschodzie, ale i tak był to zbyt mały obszar, by koncepcja federacyjna mogła zostać zrealizowana. Brakowało też przychylności dla tej koncepcji naszych sąsiadów, nie tylko po stronie litewskiej, lecz także białoruskiej czy ukraińskiej. Po stronie litewskiej zupełnie nie widziano wówczas takiej potrzeby, co więcej – cała świadomość narodowa Litwinów była w dużej części oparta na kontrze wobec polskiej tożsamości. To zupełnie naturalne, my, Polacy, swoją tożsamość narodową budowaliśmy wcześniej w opozycji do Niemców i Rosjan. Po prostu nie było więc gdzie i z kim tej federacji budować.

Prof. Wojciech Śleszyński jest dyrektorem Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku, a także kierownikiem Katedry Studiów Wschodnich na Wydziale Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu w Białymstoku
| Fot. mat. pras.

A jak to jest z polskością Kresów? Większość turystów z Polski, którzy odwiedzają Wilno, jest przekonana, że zawsze było to polskie miasto, a dopiero II wojna światowa zmieniła sytuację…

Oczywiście, historycznie Wilno było przede wszystkim stolicą Wielkiego Księstwa Litewskiego. Pewnego rodzaju trudności mogą wynikać z tego, że w okresie istnienia tego państwa słowa, takie jak „Polak” czy „Litwin”, miały dla jego mieszkańców inne znaczenie niż dzisiaj. Na pewno jednak zawsze było to miasto wielonarodowościowe, do którego prawo mają różne nacje, nie tylko Litwini czy Polacy. Zauważmy, że w spisach ludności z okresu międzywojennego w Wilnie mieliśmy więcej Białorusinów niż Litwinów; ogromne znaczenie dla miasta miała ludność żydowska, która tu tworzyła swoją kulturę. Wielkim nieporozumieniem jest używanie dzisiejszych kalek pojęciowych dla wyjaśniania rzeczywistości historycznej. Wilno jest doskonałym przykładem miasta wielu kultur, miastem pogranicza.

W swojej książce sporo uwagi poświęcił Pan m.in. spisom ludności. Jak w ciągu dwudziestolecia międzywojennego zmieniała się samoidentyfikacja narodowa mieszkańców Wileńszczyzny?

Koncepcja inkorporacyjna zakładała, że wraz z upływem czasu kultura polska, która wygrała spór na drodze militarnej, będzie marginalizowała kulturę białoruską i litewską. Nieco inaczej postrzegano Żydów, u których dostrzegano znacznie silniejsze poczucie tożsamości narodowej. Dwudziestolecie międzywojenne pokazało jednak coś zupełnie innego, zwłaszcza w relacjach polsko-litewskich. Długoletni konflikt, bo przecież aż do 1938 r. nie nawiązaliśmy stosunków dyplomatycznych, nie tylko nie osłabił, ale wręcz wzmocnił poczucie tożsamości narodowej wśród mniejszości, zarówno polskiej na Litwie, jak i litewskiej w Polsce.

Czytaj więcej: „ Kresy to temat rzeka” – polscy filmowcy kręcą kolejny film w Wilnie

W tym kształtowaniu się tożsamości narodowej wśród mniejszości znaczącą rolę odgrywała oświata, którą wówczas, podobnie zresztą jak obecnie, Polacy i Litwini próbowali kształtować na zasadzie wzajemności.

Można mówić o tym, że ten czynnik międzynarodowych relacji miał znaczący wpływ na kształtowanie wewnętrznej polityki względem mniejszości. Oznaczało to, że odpowiedzią na zamknięcie szkoły polskiej na Litwie było zamknięcie szkoły litewskiej w Polsce. Wiek XX bardzo dobrze pokazał, że oświata ma ogromne znaczenie w utrzymaniu tożsamości narodowej. Nic tak nie buduje tożsamości narodowej, jak posiadanie własnych szkół. Są oczywiście dwa inne, bardzo ważne filary, jak rodzina i Kościół, ale posiadanie własnej szkoły wydaje się najważniejsze. To instytucja, w której młody człowiek spędza 10 czy 15 lat, i po prostu musi ona wywrzeć na niego znaczący wpływ.

Jak wyglądała sytuacja gospodarcza w tym okresie? Czy mieszkańcy tych ziem czuli poprawę swojej sytuacji ekonomicznej jako obywatele II RP, czy też przeciwnie?

Na to pytanie bardzo trudno jest odpowiedzieć, bo sytuacja nie bardzo się zmieniła. Jeżeli porównujemy życie po wojnie polsko-bolszewickiej z życiem sprzed I wojny światowej, to zmianie uległo wiele czynników. Ogólnie można powiedzieć, że poziom życia się poprawił. Jeżeli chodzi jednak o potencjał gospodarczy, trzeba przyznać, że carska Rosja, jako wielkie imperium, miała ogromne możliwości ekspansji, których oczywiście brakowało w II RP. Do tego dochodził Wielki Kryzys, który odczuwany był na całym świecie i dodatkowo blokował możliwości. Władze polskie zdawały sobie sprawę, że trzeba zainwestować ogromne pieniądze w ziemie kresowe, ale po prostu tych pieniędzy nie było. Rozpoczęto od wielkiej inwestycji, jaką była Gdynia, następnie był Centralny Okręg Przemysłowy, a pod koniec lat 30. nikt nie miał już wątpliwości, że konieczne są też wielkie inwestycje na wschodzie. Znalazłem zresztą dokument mówiący o planach gospodarczych na lata 40., w którym jako cel stawiano zrównanie poziomu gospodarczego części zachodniej i centralnej kraju ze wschodnią i nawet wymyślono hasło propagandowe: „Frontem do Kresów”. Oczywiście te plany nie zostały zrealizowane przez wojnę.

Pana książka kończy się dosyć smutnym wnioskiem, że w polityce kresowej Polska popełniła wiele błędów…

Weryfikacją polityki polskiej stał się wrzesień 1939 r. W okresie konfliktu widać było, że jedyną nacją, która z żalem żegnała się z państwem polskim, byli sami Polacy. Mniejszości narodowe w najlepszym razie były wobec tego państwa obojętne. Popełniono sporo błędów, ale moim zdaniem wynikały one nie z niewiedzy, ale z braku możliwości. Brakowało oczywiście środków finansowych, co miało ogromne znaczenie w przypadku społeczności wiejskiej. Gdyby udało się znacząco podnieść poziom życia tych ludzi, na pewno odzwierciedliłoby się to we wzmocnieniu polskiej tożsamości narodowej. Jest też drugi czynnik, na który państwo polskie również nie miało wpływu. Lata 20. i 30. to po prostu czas narastania nacjonalizmów. To był proces, który było trudno zatrzymać. Trzeba jednak zauważyć, że ziemie kresowe Polska przegrała nie w wyniku błędów, które niewątpliwie popełniono, ale w wyniku procesów militarnych i politycznych, które zaszły na tych terenach. Nawet gdyby więc udało nam się żadnych błędów nie popełnić, i tak byśmy Kresy stracili ze względu na decyzje wielkich mocarstw.

Czego może nas nauczyć dzisiaj historia polskich Kresów?

Przede wszystkim tego, że jest to obszar wielokulturowy, w którym rzeczywistość buduje się wspólnie i wiele narodowości ma prawo do tego dziedzictwa. Mickiewicz był na pewno Polakiem, ale też Białorusinem i Litwinem jednocześnie. Najpierw dwudziestolecie, a potem znacznie boleśniej lata II wojny światowej pokazały, że nie ma innego dobrego wyjścia niż zachowanie szacunku do innej kultury. Budowanie wspólnej przestrzeni na obszarach wielokulturowych jest koniecznością, każda inna droga musi się skończyć konfliktem.

Czytaj więcej: Świat oczywisty i wydęty. Baczyński jubileuszowo


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 7(19) 13-19/02/2021