To większość ma władzę i narzędzia do rozwiązywania problemów w kraju

Justinas Žilinskas (ur. w 1974 r. w Wilnie) – litewski prawnik specjalizujący się w prawie międzynarodowym, profesor Instytutu Prawa Międzynarodowego i Unii Europejskiej Uniwersytetu Michała Römera, publicysta, pisarz, autor literatury dziecięcej
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Oczekiwanie, że ktoś zrezygnuje z własnej tożsamości, jest czymś naiwnym. Uważam, że Litwę na Wileńszczyznę trzeba wnieść nie w formie meldunku miejsca zamieszkania, ale w formie wartości, której można zaufać – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Justinas Žilinskas, prawnik i publicysta.


W swoim artykule, pod ironicznym tytułem „Co mamy robić z tymi Polakami?” (Kurgi reiks tuos lenkus dėt?), napisał Pan, że przez 30 lat Wileńszczyzna była pozostawiona sama sobie. Dlaczego tak się stało?

Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że po prostu wyraziłem swoją opinię. Nie jestem politologiem. Dla mnie to jednak jest sprawa oczywista. Teraz, kiedy rozgorzały na nowo dyskusje, np. dotyczące statusu mniejszości narodowych, widzę, że jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy przed 10 lub 15 laty, kiedy jeszcze pracowałem w Kancelarii Sejmu. W ogóle nie dostrzegam prowadzenia żadnej realnej polityki względem tego regionu [Wileńszczyzny – przyp. red.], a przecież ten region jest dosyć problematyczny. On jest problematyczny nie dlatego, że tam mieszkają mniejszości narodowe – chociaż z perspektywy Litwina takie stwierdzenie mogłoby wydawać się czymś normalnym – tylko z przyczyn ekonomicznych i socjalnych. Dlaczego tak się stało? Sądzę, że po prostu czekano, aż się samo jakoś ułoży. Warto pamiętać, że w tak homogenicznym państwie, jakim jest Litwa, odsetek mniejszości narodowych nie jest wcale duży.

Mniejszości stanowią ok. 15 proc. społeczeństwa.

Tak, mniej więcej w tych granicach. W takiej sytuacji większość bardziej koncentruje się na własnych problemach. Większości wydaje się, że tylko jej problemy mają znaczenie, wówczas mniejszości jakby są wyrzucone za burtę. I dziś, aby przekonać do siebie mniejszości, trzeba włożyć dużo wysiłku. Trzeba mówić w ten sposób, aby ciebie zrozumiano, uwzględniając wiele okoliczności i aspektów. Właśnie tego wysiłku zabrakło u decydentów. W marzeniach zakładano, że przyjdzie nowe pokolenie i wszystko samo się uporządkuje. Wygląda na to, że tak się nie stało.

Tymczasem wśród mniejszości najbardziej mnie niepokoi skłonność do słuchania rosyjskiej propagandy. To widać na przykładzie obecnego problemu ze szczepieniami. Ci ludzie żyją w zupełnie innej przestrzeni medialnej. Raczej wątpliwe, żeby dzięki funkcjonowaniu w tej przestrzeni mniejszość coś zyskała. Natomiast w przypadku Litwy, jako państwa, to bardzo źle rokuje.

Być może sytuacja jest taka, ponieważ strona litewska odczuwa strach wobec polskiej mniejszości. Ten strach można nawet jakoś uzasadnić. Bo jednak na przełomie lat 80. i 90. XX w. pojawił się pomysł polskiej autonomii na Wileńszczyźnie.

Obawy były. Pamiętam tamten okres. Byłem już dostatecznie dorosły, aby zrozumieć sytuację. Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczy. Jedna sprawa to sam strach, druga – co my z tym strachem robimy. Jeśli jest strach, to go trzeba zwalczać. Trzeba coś robić, aby strach znikł. Wybrano jednak najłatwiejszą opcję, czyli – boimy się. Boimy się z powodu różnych wydarzeń historycznych. Konflikt z XX w. nadal wywiera wpływ na społeczeństwo. Od czasu do czasu po obu stronach ktoś próbuje te sprawy wyciągnąć na światło dzienne. To jest też naturalne w relacjach sąsiedzkich. Dobrze jest, że nie przeradza się to w poważniejsze konflikty. Jednak strach nie usprawiedliwia braku działania. Strach można zminimalizować, można jakoś to przegadać, w ostateczności można… zastraszyć. Oczywiście, nie sądzę, że zastraszanie jest dobrym rozwiązaniem. Główne pytanie w tej całej historii brzmi następująco: gdzie były nasze partie? Nie jestem w stanie tego zrozumieć, dlaczego na Wileńszczyźnie aktywność wszystkich litewskich ugrupowań była tak słaba. Dlaczego nie próbowano przekonać do siebie mieszkańców?

Czytaj więcej: Były szef MSZ Linkevičius otrzymał amerykańską nagrodę Palmera

O ile się orientuję, w latach 90. i na początku XXI w. litewskie partie próbowały zawalczyć o polski elektorat. Później jednak zorientowano się, że im to zwyczajnie się nie opłaca. AWPL i tak zgarnia większość, a poza tym polskie są tak naprawdę tylko dwa samorządy w skali kraju.

Tak, to może być prawda. Właśnie takie podejście spowodowało, że sytuacja obraca się przeciwko nam. Wśród ludzi szerzy się brak zaufania względem własnego państwa. I problem ze szczepionkami to pokazuje.

To kto ma zainicjować ten dialog między większością a mniejszościami?

Sądzę, że powinna to zrobić większość. To większość ma władzę i wszelkie narzędzia do rozwiązywania problemów. Nie podobają mi się tzw. wojny tożsamościowe, choć generalnie je rozumiem. Moim zdaniem oczekiwanie, że ktoś zrezygnuje z własnej tożsamości, jest czymś naiwnym. Pamiętam, jak przed którymiś wyborami zakładano, że Litwini przejmą władzę w rejonie wileńskim i zaczną go lituanizować…

To był rok 2007 i słynny apel Vytautasa Landsbergisa, aby Litwini meldowali się w rejonie wileńskim.

To było bardzo naiwne podejście. To świadczy o krótkowzroczności. Uważam, że Litwę na Wileńszczyznę trzeba wnieść nie w formie meldunku miejsca zamieszkania, ale w formie wartości, której można zaufać.

Czytaj więcej: Čmilytė-Nielsen o paszporcie odporności: „kryteria muszą być odpowiedzialnie ocenione”

Czy jednak podejście do tej kwestii po 30 latach wśród litewskich polityków się nie zmieniło? Teraźniejsza koalicja zapowiedziała, że przedłoży pod obrady Sejmu projekt nowej ustawy o mniejszościach narodowych. Jest też w planach rozwiązanie problemu zapisu imion i nazwisk w oficjalnych dokumentach.

Z tego, co teraz obserwuję, to niestety, elity nie dojrzały do rozwiązania tych kwestii. Wpływ na to ma kilka okoliczności. Przede wszystkim kwarantanna, która wymęczyła całe społeczeństwo. Poza tam zaktywizowała się radykalna flanka narodowa. A druga flanka nie chce stracić wahającego się elektoratu, dlatego nie pokładałbym dużych nadziei w tym, że te kwestie zostaną rozwiązane. Najwyżej bardzo się pomylę, co też może się zdarzyć. Oczywiście, cieszy mnie fakt, że młodzi Polacy idą do polityki. Nie rezygnują ze swojej tożsamości, ale uważają Litwę za swoją ojczyznę. Mam namyśli Jarosława Niewierowicza, który jest doradcą prezydenta, minister sprawiedliwości Ewelinę Dobrowolską czy młodego działacza socjaldemokratycznego z rejonu wileńskiego Roberta Duchniewicza. Chciałbym, aby partie wyróżniały te osoby, aby były widoczne tak, aby większość zrozumiała, że obok są ludzie innych narodowości. Ci ludzie są tacy sami jak my i mają swoje własne, usprawiedliwione interesy. Czy nadchodzi moment, że partie zmienią swoje nastawienie? Nie jestem pewien. Sądzę, że będzie duży sprzeciw. Ten sprzeciw będzie napędzany tym samym strachem, który był w ciągu tych 30 lat, na zasadzie, że „są nielojalni”, że „są zagrożeniem”.
Na pewno jeszcze nieraz ktoś powie, że Polacy znów chcą przywłaszczyć sobie Wilno. Tych stereotypów jest mnóstwo i radykalne elementy po obu stronach chętnie je wykorzystują. Taka zawieszona sytuacja jest korzystna dla partii Waldemara Tomaszewskiego, ponieważ teraz odgrywa on rolę obrońcy nie tylko praw Polaków, ale wszystkich mniejszości narodowych. Właśnie po to do partii dodano kolejny człon w nazwie, Związek Chrześcijańskich Rodzin, czy tworzono sojusze z Aliansem Rosjan. Być może właśnie z tego powodu Litwa traci swych obywateli, ponieważ boi się okazać dobrą wolę.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 15(42) 10-16/04/2021