Dzieje dwóch rodów – Mackiewiczów i Orłosiów

Kazimierz Orłoś (ur. 26 grudnia 1935 r. w Warszawie) – wybitny prozaik i nowelista pokolenia ’56, scenarzysta i publicysta, dramaturg, autor słuchowisk radiowych. Jeden z pierwszych pisarzy, którzy pozostając w kraju, w PRL, nie godzili się na ograniczenia cenzury politycznej. Współpracownik Instytutu Literackiego w Paryżu i „Kultury” paryskiej Jerzego Giedroycia
| Fot Mariusz Kubik/wikipedia

Gdy byłam kiedyś na targach książki w Warszawie, w oczy rzuciła mi się okładka jednej z książek, w której tle dostrzegłam ukochane Wilno z Bramą Ostrobramską – „Dzieje dwóch rodzin Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy” autorstwa Kazimierza Orłosia. Nie ukrywam, że uwielbiam sagi rodzinne, a już ta kombinacja rodowa wzbudziła u mnie ogromne zaciekawienie. Poprosiłam więc autora o rozmowę.


Nie jest to pierwsza książka napisana przez Pana i można by rzec, że talent literacki odziedziczył Pan nie tylko po rodzicach, Sewerynie i Henryku, ale i po słynnych wujach. Jak to było?

Byłem w tak dobrej sytuacji, że rodzice mający świetne pióro zostawili wspomnienia. Mama pisała je w latach 60., konsultując z bratem Stanisławem Catem-Mackiewiczem. Opisała tam całe dzieciństwo, poczynając od Petersburga przez Wilno, okres I wojny światowej, odzyskanie niepodległości, okres międzywojenny, potem – Warszawa i II wojna światowa, okupacja, Powstanie Warszawskie, działalność AK-owska ojca. To bardzo ważna dla mnie książka, ponieważ przywraca pewien obraz świata, którego już nie ma, ale dzięki ludzkiej pamięci ocalał od zupełnej zagłady, którą zgotowały mu dwa totalitaryzmy – komunistyczny i faszystowski.

Oboje rodzice należeli do pokolenia ciężko doświadczonego. Obydwoje przeżyli dwie wojny światowe, byli świadkami rewolucji bolszewickiej, potem po krótkim oddechu – okupacji hitlerowskiej. Mama ma korzenie na Wileńszczyźnie, ojciec jest z Podola – czyli Ukrainy. Tam rodzina mojego ojca była od początku, mniej więcej od XIX w., dziadek pracował jako zarządca majątków ziemskich, ojciec ukończył gimnazjum w Humaniu i studiował w Kijowie. Został pracownikiem naukowym w dziedzinie leśnictwa.

Rody z dwóch krańców Kresów. Obydwoje rodzice byli znakomitymi opowiadaczami i świadkami historii, nie tylko rodzinnej, ale także historii Polski. Między innymi ciekawy jest wątek pradziadka mamy, Bolesława Mackiewicza, zesłanego w głąb Rosji. To trudne i pogmatwane losy zesłańca, który tam został, założył rodzinę, poślubiając Rosjankę, z którą miał dzieci. Część nieznanej rodziny jest więc w Rosji…

Nie znamy ich, ale pewnie gdzieś tam egzystują. Losy mojej rodziny były, jak losy wielu Polaków, naznaczone różnymi wypadkami historycznymi, skutkiem czego tracili nie tylko dobra materialne, ale i tracili rodziny. Rodzice w swych wspomnieniach pisali nie tylko obszernie o swoim życiu, ale także o życiu swych bliższych i dalszych krewnych, odwołując się do licznych źródeł: listów, broszur, pamiątek.

Na przykład matka powołuje się na zachowaną, wydaną w Krakowie w 1888 r. broszurę swego dziadka Ksawerego Pietrasiewicza. Dzięki temu unikatowi poznajemy dokładniejsze losy dziada, ale też np. system kształcenia pod zaborami, działalność spiskową i związane z nią represje. Kiedy szczęśliwie wrócił do domu z wygnania, skończył studia, ożenił się i przeniósł do Krakowa, gdzie z żoną Teofilą i jej siostrą założył pensję dla panien.

Inną bardzo ciekawą osobowością w rodzinie była moja babka (matka mamy), Maria z Pietrasiewiczów Mackiewiczowa, która też wyjechała do Rosji, opuszczając Kraków. Była wielką filantropką, miała niespożyte zasoby energii i odwagę w podejmowaniu ryzykownych decyzji. Poznawszy mojego dziadka, Antoniego Mackiewicza, wyszła za niego za mąż i trafiła w zupełnie inne środowisko, tzn. kupców rosyjskich, w którym (jak okazuje się później) świetnie się odnalazła. Dziadek tak trochę ugrzązł w tym kupiectwie, a ona pełna życia i nostalgii do minionych czasów stworzyła prawdziwy polski dom, tam w Petersburgu. I dalej, kiedy już przenieśli się do Wilna, wciąż to był taki dom otwarty, bardzo patriotyczny, o którym dużo i z wielkim sentymentem wspominała moja matka.

Czytaj więcej: Grunwald, czyli tatarskie początki na Litwie

I w tym miejscu trzeba wspomnieć o dwóch słynnych braciach mamy, Stanisławie i Józefie Mackiewiczach.

Tak, oni dwaj związani byli ściśle z Litwą. Stanisław Cat-Mackiewicz to wieloletni redaktor „Słowa” wileńskiego, gazety, która w okresie międzywojennym była cenionym, opiniotwórczym dziennikiem. Wuj Stanisław od samego początku jego powstania w 1922 r. aż do napaści ZSRS na Polskę był jego redaktorem naczelnym. Na łamach gazety prezentowano bardzo konkretne poglądy odnoszące się do ówcześnie prowadzonej polityki międzynarodowej, m.in. koncepcję sojuszu z Niemcami i odzyskanie utraconych ziem na Wschodzie. Ten mój wuj Stanisław to niezwykła i barwna postać w rodzinie, który przed 1939 r. naraził się władzom sanacyjnym, krytykując rządy i stale ostrzegając, że Polska nie jest przygotowana do wojny. Trafił za to do Berezy Kartuskiej (na krótko, ale jednak) za krytyczne artykuły w „Słowie”.

Natomiast wuj Józef to wybitny prozaik. Nie zawsze doceniany w Polsce, był w ciągłym konflikcie ze zmieniającymi się władzami. W wyniku wielu niesprzyjających okoliczności, niesprawiedliwych sądów i osądów wyemigrował w 1944 r. przez Warszawę, Kraków, Rzym do Monachium, gdzie przez wszystkie lata publikował, aż do śmierci w 1985 r. Zmarł w Monachium. Pozostawił po sobie dorobek kilku bardzo ważnych powieści, poczynając od „Drogi donikąd”, „Nie trzeba głośno mówić”, „Lewa wolna”, „Kontry” – powieści o Kozakach, którzy walczyli po stronie niemieckiej w czasie II wojny światowej. To była wspaniała proza realistyczna, ale on sam był w stałym konflikcie z różnymi środowiskami na emigracji i w kraju, ze środowiskiem AK-owskim, z katolikami, no, a później doszły sprawy spadkowe. Jego książki (w kraju nie były drukowane) wydawane były przez taką oficynę „Kontra” w Londynie. Własność przeszła nie na niego ani jego spadkobierców, lecz na jego agentkę. Prowadzony był proces, niestety, przegrany. Tak bywa…

Wróćmy jeszcze na Ukrainę, do Pana ojca.

Ojciec Henryk miał zupełnie inne dzieciństwo i młodość, które spędził na Podolu. Inaczej też przebiegała jego edukacja. Opisuje np. opresyjny system nauczania, rusyfikację, której rdzenna ludność nie chciała się poddać. Wspomina pierwszy film z 1908 r., pierwszy samochód, który wprowadzał w zachwyt i zdumienie. W jego pamięci pozostało też niezwykłe wydarzenie, którego był świadkiem podczas pewnych wakacji w majątku rodziców.

Otóż dotyczyło ono odwiedzin domokrążcy – lutnika, ostatniego chyba na Ukrainie dziada, ociemniałego wędrowca z przewieszoną przez ramię lirą. Ugoszczony jak przystało, czyli „gość w dom, Bóg w dom”, nagle wstał i przemówił zmienionym głosem, przepowiadając krwawą wojnę i pogrom ludności. Przepowiedział także wielki głód na Ukrainie. Potem zakręcił korbą swej liry i zaśpiewał już czystym i silnym głosem pieśń Kozaków zaporoskich, której tekst przytacza już znacznie później, jak wiemy, inny autor, ale już w kontekście powojennej Polski.

W swojej książce wykorzystuje Pan całą masę rodzinnych dokumentów – ze ślubów, z pogrzebów, nawet z końca 1880 r., fotografii, zachowanych pocztówek. To cenne pamiątki. Kto to gromadził i kto jest takim pamiętnikarzem rodziny?

Te dokumenty i pamiątki ocalały cudem. Rodzicom nie udało się nic ocalić, gdyż wszystko spłonęło podczas Powstania Warszawskiego, ale po wojnie różni krewni, np. brat matki ojca, wuj Zygmunt Zwoliński, przekazał ojcu masę zdjęć i dokumentów rodziny Orłosiów. Natomiast fotografie, listy, dokumenty ze strony Mackiewiczów dostarczyły córki Mackiewiczów: Halina, córka Józefa, i Aleksandra z Barbarą, córki Stanisława, a także jego żona, Wanda Mackiewiczowa, bo one na szczęście ocalały w Wilnie.

Czytaj więcej: Podróż w czasie na wileńskie plaże. Jak wyglądały 100 lat temu?

Kazimierz Orłoś z synem Maciejem. Maciej Orłoś (ur. 16 lipca 1960 r. w Warszawie) to znany polski dziennikarz i konferansjer, a także aktor
| Fot Mariusz Kubik/wikipedia

Pisząc książkę, odbył Pan podróż sentymentalną, odwiedzał Pan Litwę, Ukrainę, aby dotknąć fizycznie śladów przodków. Wiem, że był Pan na Litwie dwa razy, raz w 2005 r. z synem Maciejem, a drugi raz w Kiejdanach, śladami Miłosza.

W Wilnie byłem właściwie trzykrotnie. Odwiedziłem groby moich dziadków na Rossie, Marii i Antoniego Mackiewiczów, byłem na ul. Witebskiej, gdzie jeszcze do dzisiaj stoi dom Mackiewiczów. Trzeci raz byłem na zaproszenie organizatorów imprezy Maj nad Wilią, to było ładnych parę lat temu. W tym spotkaniu literackim uczestniczyła również córka Stanisława, Oleńka z domu Mackiewiczówna. Byliśmy pod redakcją „Słowa”, w Czarnym Borze, gdzie był i jest nadal dom Barbary Toporskiej i Józefa Mackiewicza, w którym mieszkali do czasów emigracji.

Na Ukrainie byłem również z synem Maciejem w 2010 r. Chciałem poszukać jakichś śladów, lecz tam po Orłosiach niewiele zostało. Jedynie w Filipowiczach, w których urodziła się prababka, Franciszka z Krasińskich Orłosiowa, stoi zrujnowany dwór z resztkami parku, po którym może biegała kiedyś mała Franciszka. Natomiast w Udyczu pod Humaniem, gdzie urodził się mój ojciec, nie ma nic, jakieś resztki murów, drzewa. Ślady historii rodowej na Ukrainie są więc bardzo nikłe.

Skoro już jesteśmy na Ukrainie, to z książki wynika, że pańska rodzina ma koligacje z Iwaszkiewiczami.

Rzeczywiście. Ciotka mojej babci była żoną Ferdynanda Iwaszkiewicza. Ich majątek był w Oratowie na Podolu, stosunkowo niedaleko Humania. I tam moja babcia ze swoimi synami udawała się w odwiedziny do tej swojej ciotki z domu Sławińskiej. Jej mąż Ferdynand był z kolei stryjem Jarosława Iwaszkiewicza. Dodam jeszcze, że kiedy zaniosłem po raz pierwszy moje pierwsze opowiadania do redakcji „Twórczości”, do Jarosława Iwaszkiewicza, to pierwsze pytanie było o moją babkę Bogumiłę Orłoś. On doskonale pamiętał ją z dzieciństwa z Oratowa.

Stanisław Mackiewicz herbu Bożawola, pseudonim „Cat” (1896–1966) – wydawca i pisarz, konserwatywny publicysta polityczny, związany z nieformalnym ugrupowaniem ziemiańskim tzw. żubrów kresowych, monarchista. W latach 1922–1939 redaktor dziennika „Słowo” w Wilnie. W 1939 r. opuścił kraj i przez Litwę udał się do Francji. W latach 1954–1955 premier rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie. W 1956 r. powrócił do Polski.
Fot. NAC

Akcja książki i zarazem dzieje rodzin kończą się w styczniu 1945 r. Czy myśli Pan o napisaniu ciągu dalszego historii rodzin?

Tak, jestem w trakcie pisania. Ta pierwsza część kończy się datą 25 stycznia 1945 r., to była ofensywa Armii Sowieckiej. Myśmy to przeżyli w Rawie Mazowieckiej, bo tam znaleźliśmy się po Powstaniu Warszawskim. Ja to wydarzenie już pamiętam, jak i dalsze losy, które chcę opisać w drugiej części.

Zacytuję fragment z Pana książki: „Urodziłem się w Warszawie 26 grudnia 1935 r. – w chwili, o której wuj Stanisław Mackiewicz powiedział, że raczej należało umierać. Ja jednak tę datę oceniam pozytywnie – pozwoliła mi zobaczyć z bliska II wojnę światową, co było doświadczeniem ryzykownym, ale i wyjątkowym”.

One będą już w dużej części moimi opowieściami zapamiętanymi w młodości i doświadczeniami, jakie nabywałem w latach dorosłych i obecnych.


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 30(85) 24-30/07/2021