Bożena Czenko: Szkoła nie może wszystkiego, trzeba współpracy rodziców

Z Bożeną Czenko, nauczycielką z Gimnazjum im. Ludwika Narbutta w Koleśnikach rozmawia Witold Janczys.

Zdaniem rozmówczyni pojęcia „rodzic”, „dziecko” i „nauczyciel” uległy obecnie rozmyciu. Rodzice często uważają, że lepiej się znają na nauczaniu niż nauczyciele i próbują narzucić szkole czy pedagogom swoją narrację, swoją wizję tego, jak musi być uczone ich dziecko.

Tymczasem szkoła wychowuje i uczy, ale nie może zrobić wszystkiego. Potrzeba również współpracy i pomocy rodziców.

Bożena Czenko
| Fot. archiwum rodzinne Bożeny Czenko

Witold Janczys: Czego Pani naucza?

Bożena Czenko: Jestem nauczycielką muzyki, mam też stopień nauczyciela metodyka, robię studia podyplomowe z dziedziny plastyki, nauczam również technologii.

Jak jest w szkole w Koleśnikach?

Całkiem dobrze, jestem w tej szkole już prawie 12 lat. Zespół jest zgrany. Nie kłócimy się, jeżeli panu o to chodzi.

Początki Pani kariery jako nauczycielki – dlaczego wiele lat temu postanowiła Pani wybrać karierę pedagoga?

Nie jest tak, że marzyłam o karierze nauczycielki od samego początku, od czasów szkoły. Wręcz przeciwnie – w szkole zainteresowałam się śpiewaniem, zresztą byłam „śpiewającym” dzieckiem jeszcze od czasów przedszkola. Następnie dostałam się do szkoły muzycznej w Ejszyszkach. Pojawiło się marzenie zostania artystką, wielkiej sceny. Po szkole zrobiłam następny krok – studia w szkole muzycznej w Rakiszkach (Rokiškis – red.), wtedy można było tam zdobyć jednocześnie trzy zawody: organisty, nauczyciela muzyki i nauczycielki religii. Gdy rozpoczęłam studia, wyszło na jaw, że nauczycielką religii nie zostanę, bo akurat zabrakło wykładowców, którzy chcieliby dojeżdżać do Rakiszek i nauczać studentów. Tak więc zostałam tylko nauczycielką muzyki i organistką. Rodzice powiedzieli mi: „Córko, jesteś już dorosła, sama wiesz, po co i dokąd się pchasz i co ciebie czeka“. I tak się też stało. Osobiście jestem dumna z tego, że kiedyś na dobre i na złe związałam się ze szkolnictwem.

Co by Pani poradziła młodym ludziom, którzy chcą związać swoją przyszłość ze szkolnictwem?

Powtórzę słowa moich rodziców – jeżeli wiedzą, gdzie idą, jeżeli wiedzą, co ich czeka, jak będzie wyglądała ich praca – to tak.

Po jakie środki można byłoby sięgnąć, aby wzrósł prestiż zawodu pedagoga?

Moim zdaniem droga do tego, aby praca nauczyciela była doceniana, musi rozpoczynać się w domu rodzinnym dziecka. Dominuje pogląd, że nauczyciela i to, co mówi, można ignorować, nie słuchać, czasami można nawet nauczyciela poniżyć. Tymczasem pedagodzy dają z siebie wszystko podczas pracy z dziećmi. Zgadzam się, że są rodzice, którzy chętnie słuchają porad nauczyciela. Znam też przypadki, gdy nauczyciel niczego nie może powiedzieć, musi stać i tylko posłusznie przytakiwać temu, co mówią rodzice i biada mu, jeżeli tego nie zrobi. Właśnie to moim zdaniem jest jedną z podstawowych przyczyn, dla których młodzież nie interesuje się zawodem pedagoga. Po prostu, młodzi ludzie widzą, że nauczyciel ma mocno ograniczone prawa, że coraz częściej przypada mu rola statysty.
W czasach, gdy rozpoczynałam karierę pedagogiczną, dzieci jeszcze rozumiały, że w szkole obowiązują zasady, do których trzeba się dostosować. Wydaje mi się, że obecnie pojęcia „rodzic”, „dziecko” i „nauczyciel” uległy rozmyciu, rodzice często uważają, że lepiej się znają na nauczaniu niż nauczyciele i próbują narzucić swoją narrację, swoją wizję tego, jak musi być uczone ich dziecko – szkole, pedagogom. Ba! Czasami wręcz zmusić nauczyciela do działania według ich własnego widzimisię.

Czytaj więcej: Czy nowa reforma szkolnictwa uderzy w polską oświatę?

Uczniowie z klasy wychowawczej Bożeny Czenko
| Fot. archiwum rodzinne Bożeny Czenko

Czy mogłaby Pani sięgnąć pamięcią wstecz i powiedzieć, jak się zmieniła szkoła od tamtej chwili, gdy po raz pierwszy jako nauczyciel dyplomowany przekroczyła Pani próg klasy?

Rozpoczęłam pracę w litewskiej szkole w Butrymańcach, klasy były nieduże, składały się z pięciu, maksymalnie dziesięciu uczniów. Od razu zostałam wychowawczynią. Wydaje mi się, że uczniowie i rodzice jeszcze wtedy czuli większy szacunek do nauczyciela. Teraz rodzice są wobec swoich dzieci nadopiekuńczy, co prowadzi do tego, że pociechy są przez nich rozpuszczane i potrafią wyjątkowo niesfornie się zachowywać w klasach podczas lekcji. Dzieci, którym wszystko wolno w domu, myślą, że tak samo wszystko wolno im w szkole.

Chciałabym również przypomnieć wszystkim rodzicom, że szkoła wychowuje i uczy, ale nie może zrobić wszystkiego. Potrzeba również współpracy i pomocy rodziców.

Zarówno uczniowie, jak i nauczyciele mogą w swojej pracy korzystać z „gadżetów”, a nauczanie jeszcze chyba nigdy nie było takie multimedialne i interaktywne jak teraz.

Chciałabym, aby tak było! Praca nauczyciela stała się z powodu powszechnego wykorzystania technologii jeszcze bardziej skomplikowana. Uczniowie bardzo lubią technologie, gadżety, są wręcz od nich uzależnieni. Oczywiście rozumiem, że bez gadżetów się w naszych czasach już nie da, ale bez przesady! Z tych uzależnień wynikają następnie kłopoty – z pisaniem, wysławianiem się, uczniowie nie lubią czytać, obojętnieją wobec nauki. Szkoła w naszych czasach oferuje tak wiele: konkursy, nagrody, wyjazdy na wycieczki, a uczniowie zobojętnieli. Wolą swoje gadżety! W dzisiejszych czasach, gdy dziecko nie słucha nauczyciela, biega, stuka, puka po klasie czy po szkole, a nauczyciel mówi mu, żeby tak się nie zachowywało, to pedagog czasami może nawet usłyszeć pod swoim adresem również jakieś wyzwisko. Nie generalizuję – są to wyjątki, jednak zdarzają się takie sytuacje.

Czytaj więcej: Polska szkoła w Pakienie będzie miała nową salę sportową. Sponsorem zostanie PKN Orlen

Uczniowie i rodzice się zmienili, więc może i szkoła potrzebuje zmian?

Szkoła też nie może stosować starych metod, ale nie mogą to być zmiany radykalne, aby wyjść poza ramy.

A może to nauczyciele muszą się zmienić? Czy muszą ciągle się dokształcać, czy wystarczy ukończyć uczelnię, zdobyć dyplom i już jest dobrze?

Jestem przekonana, że nauczyciel nie może „się zestarzeć” i być nudnym, trzeba od czasu do czasu czegoś się nauczyć, próbować nowych metod nauczania. Czasami można czegoś nauczyć się również od młodzieży, co się później wykorzysta w pracy. Mnie osobiście brakuje również wymiany dobrych praktyk pomiędzy nauczycielami z różnych szkół. Mogłaby to być wymiana nauczycieli na jakiś czas z inną placówką, nawet pedagodzy emeryci mogliby wpaść do szkoły, podzielić się doświadczeniem, może nawet przeprowadzić lekcję.

Jak po wybuchu pandemii koronawirusa zmieniła się praca nauczyciela? Z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć szkoła?

Coraz więcej gadżetów, wirtualny świat pochłania rzeczywistość, uczniowie i nauczyciele coraz rzadziej się spotykają, śmiech, rozmowy, gwar znikają ze szkoły. Widok dziecka czytającego książkę na szkolnym korytarzu należy już do rzadkości. Nauczyciel zostaje sam na sam i musi sobie radzić z tym, że trzeba przekazać, zaciekawić ucznia swoim przedmiotem na odległość. Oczywiście, jest dużo propozycji kształcenia się i każdy nauczyciel może sobie wybrać coś, co go zaciekawi lub będzie interesujące dla uczniów.

Wolałbym skończyć naszą rozmowę na bardziej optymistycznej nucie, więc spytam Panią – jak to było, że omal nie została Pani „Najfajniejszą nauczycielką 2021 r.”, w konkursie zorganizowanym przez chyba największy dziennik na Litwie „Lietuvos rytas”.

Zgadza się (uśmiech). Zostałam zgłoszona do konkursu przez moich uczniów, zajęłam szóste miejsce. Chytrusy, dotychczas nie przyznali się, kto to z nich zrobił. Postanowili sprawić mi niespodziankę i tego się trzymają. W ubiegłym roku też miałam szansę uczestniczyć w konkursie „Dziękuję za lekcje” („Ačiū už pamokas” – red.), gdzie również zostałam zgłoszona do konkursu przez moich uczniów, i trafiłam do dziesiątki finalistów, otrzymując nagrodę.