Setna rocznica urodzin Heleny Pasierbskiej. „Wypełniła misję”

— Pani Helena była niezwykłą osobą. W więzieniu na Łukiszkach przyrzekła sobie, że jeśli przeżyje, przekaże światu o tym, co tam się działo, o zbrodni, która dokonała się w Ponarach i całkowicie poświęciła się tej misji — mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Maria Wieloch, prezes Stowarzyszenia Rodzina Ponarska.

To właśnie dzięki swoim książkom Helena Pasierbska dotarła do szerszego grona odbiorców.
| Fot. capk.pl

Helena Pasierbska, z domu Stempkowska, urodziła się w Wilnie pod koniec 1921 r. W jej dokumentach figuruje data 15 grudnia, choć według przekazu rodziny naprawdę mogła przyjść na świat nieco wcześniej. Należała do pokolenia, które, dorastając w atmosferze odzyskanej wolności, bardzo wcześnie musiało ponosić konsekwencję walki w jej obronie.

— To była osoba o bardzo silnej osobowości. Wychowała się w bardzo patriotycznej atmosferze, w Wilnie ukończyła Gimnazjum Sióstr Benedyktynek. W czasie wojny była łączniczką ZWZ-AK, ps. „Nawoja”, i sanitariuszką AK w czasie operacji Ostra Brama. Pierwszy raz spotkałyśmy się w Gdańsku, podczas jednego ze spotkań Klubu Inteligencji Katolickiej. Pani Helena mówiła o zbrodni ponarskiej, której ofiarą jest również mój ojciec. Powiedziałam jej, że moja mama ma sporo dokumentów na ten temat i umówiłyśmy się na spotkanie. Moja historia była więc nieco nietypowa, bo najczęściej ludzie to właśnie z książek pani Heleny dowiadywali się, że ich bliscy zginęli właśnie w Ponarach — opowiada Maria Wieloch.

Misją — pamięć

Jak podkreśla prezeska Stowarzyszenia Rodzina Ponarska, dla Heleny Pasierbskiej upamiętnienie ofiar zbrodni ponarskiej miało ogromne znaczenie.

— Traktowała to jako swój obowiązek. Była więziona na Łukiszkach, uważała, że skoro ocalała, powinna przekazywać to, co się tam działo. I tak zrobiła. Bardzo wiele lat poświęciła dokumentacji tych wydarzeń. Tak jak wielu wilnian opuściła po wojnie Wilno, wyjechała przedostatnim transportem. Zamieszkała w Gdańsku, gdzie skończyła studia polonistyczne. Całe życie przepracowała jako bardzo lubiana polonistka, a kiedy pojawiła się możliwość, na emeryturze poświęciła się dokumentowaniu i upamiętnianiu zbrodni ponarskiej. Jeździła do Wilna, odwiedzała archiwa, zbierała dokumentację i zaczęła pisać — opowiada rozmówczyni „Kuriera Wileńskiego”.

Czytaj więcej: Konferencja „Zbrodnia Ponarska — tragiczna konsekwencja okupacji Wileńszczyzny”

Obecnie Stowarzyszeniem Rodzina Ponarska kieruje Maria Wieloch
| Fot. Marian Paluszkiewicz

To właśnie dzięki swoim książkom Helena Pasierbska dotarła do szerszego grona odbiorców. Wydała m.in. książkę „Ponary i inne miejsca męczeństwa Polaków z Wileńszczyzny w latach 1941–1944” czy „Wileńskie Łukiszki”.

Przebić ścianę milczenia

Problematyce ponarskiej poświęciła również wiele artykułów. Na początku nie bardzo gazety chciały drukować takie teksty, jako jeden z pierwszych apel wydrukował „Tygodnik Powszechny”, potem stało się to łatwiejsze — zauważa Wieloch.

Ważna była również działalność społeczna, spotkania z ludźmi, tablice ponarskie.

Na początku działała indywidualnie. Obok niej, również indywidualnie, starania o upamiętnienie ofiar Ponar prowadził Wacław Dziewulski. Oboje publikowali liczne artykuły w prasie polskiej i wileńskiej, a także kierowali apele do władz polskich i litewskich czy też biskupów w sprawie przywrócenia pamięci o Polakach zamordowanych w Ponarach. Jak łatwo się domyśleć, pozostawały one bez odpowiedzi. W końcu pani Helena podjęła decyzję o rozpoczęciu działalności zorganizowanej — mówi obecna prezeska Rodziny Ponarskiej.

Stowarzyszenie powstało we wrześniu 1994 r., najpierw jako oddział środowiskowy Stowarzyszenia Straży Mogił Polskich na Wschodzie z siedzibą we Wrocławiu. Prezesem tego stowarzyszenia był dr Lucjan Winnicki. Dopiero po kilku latach zapadła decyzja usamodzielnienia się i rejestracji Stowarzyszenia Rodzina Ponarska. Od samego początku, do swojej śmierci w marcu 2010, prezesem pozostała Helena Pasierbska.

Czytaj więcej: Stowarzyszenie Rodzina Ponarska oddało hołd poległym w Ponarach

— Nawet kiedy była bardzo słaba, poruszała się na wózku, nigdy nie przestała aktywnie brać udziału w pracach stowarzyszenia. Zawsze służyła radą, miała jakieś uwagi. To właśnie pani Helena wyznaczyła mnie na swoją następczynię i rzeczywiście, podjęłam się kontynuacji jej misji. Oczywiście, prowadzę stowarzyszenie w nieco inny sposób. Pani Helena np. nigdy nie wzięłaby udziału w uroczystościach w Ponarach. To było dla niej miejsce zbyt tragiczne, po prostu bardzo to przeżywała — mówi Wieloch.

Uroczystości ponarskie
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Dziedzictwo Rodziny Ponarskiej

Obecnie do stowarzyszenia należą nie tylko członkowie rodzin osób bestialsko zamordowanych w Ponarach, ale przyjaciele, osoby mieszkające przed wojną w Ponarach oraz wszyscy, którzy chcą utrwalić pamięć o ofiarach czy poznać losy Polaków w czasie II wojny światowej na Kresach II Rzeczypospolitej. W ciągu lat działalności członkowie stowarzyszenia wraz z zaprzyjaźnionymi organizacjami ufundowali ponad czterdzieści tablic, urn, krzyży czy pomników upamiętniających ofiary zbrodni ponarskiej. Cztery z nich znajdują się na Litwie. Najbardziej znanym jest oczywiście pomnik polskich ofiar w Ponarach. W 2010 r. umieszczono tablicę ponarską w Domu Kultury Polskiej w Wilnie, w 2011 poprzez stele i dąb upamiętniono ofiary w Zułowie, a w 2019 r. ustawiono Krzyż Ponarski na Górze Krzyży w Szawlach.

— Wydaje mi się, że w 2010 r. pani Helena umierała ze świadomością, że można zrobić o wiele więcej dla pamięci o ofiarach Ponar, ale również z poczuciem, że swoją misję wypełniła. Tak rzeczywiście było, bo nie mam wątpliwości, że bez pani Heleny Ponary byłyby dziś miejscem mało znanym szerszemu gronu osób. Potrzeba było wielkiego uporu, zdecydowania, by przebić się z tą prawdą do szerszego grona odbiorców. Dziś myślę, że powoli nam się to udaje. Przynajmniej w Gdańsku, gdzie historia Wilna i Wileńszczyzny jest odbierana bardzo dobrze, bo przecież wielu gdańszczan ma na Wileńszczyźnie swoje korzenie. W mieście, jeszcze w czasie, gdy prezydentem był Paweł Adamowicz, który Ponary odwiedzał razem ze swoim ojcem, stanął pomnik ponarski. W tym roku widziałam, jak wiele osób 1 listopada ustawiało tam znicze, zatrzymywało się, by oddać hołd ofiarom. To znak, że dotarliśmy z naszym przekazem do ludzi, choć oczywiście wiele jest do zrobienia — podsumowuje Maria Wieloch.