Gorzej, jak nawóz nie śmierdzi

Lat temu prawie dziesięć jeździłem często do Białegostoku — miasta szczególnie przeze mnie ulubionego, nie tylko ze względu, iż kiedyś było w jednej diecezji z Wilnem. Jeździłem prawie co tydzień, a razem ze mną w tę czy drugą stronę zabierali się współpasażerowie.

Wówczas łatwo było się zorientować, po której stronie granicy jesteśmy — po litewskiej dominowały ugory, po polskiej zaś zasiane pola. Można było też poczuć, że pola były nawożone naturalnym nawozem, na co czasem moi współpodróżnicy narzekali. Dziś, zwłaszcza litewskiej klasie politycznej, może to by się bardziej podobało — takie bowiem nawozy są mniej kłopotliwe, niż nieemitujące zapachu wyroby Biełaruśkalij.

I chociaż od tygodnia uwaga opinii publicznej była skupiona na dwóch ministrach, którzy oddali się do dyspozycji premier (wiadomo, nazwisko Landsbergis nie pozostawia obojętnych), to tak naprawdę patrzeć należałoby gdzie indziej. Mianowicie, w stronę kolei państwowych i tego, co się tam dzieje, kto zasiada w kierownictwie i jakie interesy się kręcą. Podobnie bowiem jak z sektorem infrastruktury, istnieją tutaj układy pradawne i mroczne, mające długie macki i wielkie apetyty. I zaspokajające te apetyty naszym kosztem — bo w czasie, kiedy w Polsce kolej wraca do mniejszych miejscowości, a drogi się rozwijają, u nas mieszkańcy coraz bardziej są skazywani na własne środki transportu. W porównaniu — aż się tęskno robi za zapachem prostego, niewinnego nawozu…