Artyści z Wileńszczyzny z koncertem dla Ukrainy. „Ludziom trzeba pomagać”

4 marca, w ramach solidarności z mieszkańcami Ukrainy, odbył się koncert artystów z Wileńszczyzny zatytułowany „Wileńszczyzna – Ukrainie”.

Jan Maksymowicz.
„Staram się pomagać w miarę moich skromnych możliwości” — mówi jazzman Jan Maksymowicz
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Pomysł zorganizowania wspólnej akcji charytatywnej, zrzeszającej Polaków na Litwie, powstał w środowisku Domu Kultury Polskiej w Wilnie, gdzie swoją siedzibę ma większość polskich organizacji na Litwie. Wystąpili: Black Biceps, Ewelina Saszenko, Folk Vibes, Gabrielė Zdanavičiūtė, Jan Maksymowicz, Kapela Wileńska, Katarzyna Zvonkuvienė, Małgorzata Minkel, Ojcowizna, Polski Teatr Studio, Polski Teatr w Wilnie, Sto Uśmiechów, Wilenka, Zbigniew Sinkiewicz.

Czytaj więcej:W Centrum Kultury w Nowej Wilejce odbył się spektakl „(Nie)Znana”. Podziękowania Lili Kiejzik

Dziś rozmawiamy z uczestnikami koncertu: jazzmanem, saksofonistą, kompozytorem i wykładowcą akademickim Janem Maksymowiczem, kierownikiem zespołu „Kapela Wileńska”, akordeonistą Romualdem Piotrowskim oraz liderem i wokalistą zespołu „Black Biceps” Witalijem Walentynowiczem.

Honorata Adamowicz: Skąd dowiedział się Pan o wojnie w Ukrainie?

Jan Maksymowicz: Od dawna śledziłem sytuację, co się dzieje na Ukrainie. Ta przemoc to tragedia. Tam, gdzie jest przemoc, która rozrasta się, to nic dobrego nie wróży. O wojnie dowiedziałem się z mediów. 

Romuald Piotrowski: O wojnie dowiedziałem się z polskiej telewizji. Pierwszego dnia wojny telewizja już nadawała o tragedii.

Witalij Walentynowicz: O tym, że rozpoczęła się wojna na Ukrainie, wcześnie rano powiedziała mi moja dziewczyna.

Jakie były pierwsze uczucia?

JM: Przeżyłem szok. Dusza rozbolała. Nie mogłem od razu w to uwierzyć. Zawsze wierzyłem, że w każdym człowieku musi być iskra światła, iskra dobroci. To, co się stało, tego słowami nie można wypowiedzieć. To jest przemoc. Wojna to najgorsze, co może być na świecie.

RP: Bardzo źle, smutno. Ta niewiadoma, co dalej będzie. Trudno opowiedzieć słowami.

WW: Na początku nie mogłem w to uwierzyć. Ogarnął mnie smutek.

„Trzeba wspierać przyjaciół w Ukrainie w tak ciężkim czasie” — podkreśla kierownik „Kapeli Wileńskiej”, akordeonista Romuald Piotrowski
| Fot. Marian Paluszkiewicz

W jaki sposób Pan wspiera Ukraińców? Dlaczego postanowił Pan wziąć udział w charytatywnym koncercie „Wileńszczyzna – Ukrainie”?

JM: Staram się podtrzymać duchowo poprzez modlitwę, żeby nastąpiło nawrócenie. Komunikuję z tymi, co teraz uciekli przed wojną do Litwy, pomagam znaleźć mieszkania, uczestniczę w zbiórkach ubrań, wspieram finansowo. Staram się pomagać w miarę moich skromnych możliwości. Cierpią biedni ludzie. Wszystkich ich zastał ten ciężki los. Ludziom trzeba pomagać. Występ na koncercie charytatywnym to minimalne, co można zrobić. To był skromny udział w tym, aby agresorzy zatrzymali się i zrozumieli, że zabijać nie wolno.

RP: Nawet nie pomyślałem, żeby nie brać udziału w koncercie. Trzeba wspierać przyjaciół w Ukrainie w tak ciężkim czasie. Ten występ to żadne cudo z mojej strony. Nie wiadomo, co tu dalej będzie, ale w miarę swoich możliwości będziemy starać się pomagać na różne sposoby. Jeżeli tylko będzie jakaś potrzeba, to postaram się pomóc.

WW: Wspieramy tak, jak uważamy za najlepsze. Mamy społecznościowe strony internetowe, prosimy też swoich słuchaczy o wsparcie dla Ukrainy. Pomagamy twórczością. Pomagam tak, jak może zwykły artysta na Litwie, nic nadzwyczajnego.

Czytaj więcej: „Wileńszczyzna — Ukrainie” — akcja trwa tak długo, jak długo potrzebna będzie pomoc

Jak często Pan czyta, ogląda wieści o wojnie?

JM: Codziennie po kilka razy śledzę, co się dzieje na Ukrainie. Szczególnie oglądam debaty, na przykład na temat stworzenia korytarza humanitarnego. Najważniejsze jest to, żeby to wszystko jak najszybciej się zatrzymało. Ludzie giną.

RP: Chyba tak jak dziś każdy — ciągle śledzę.

WW.: Ostatnio staram się mniej oglądać. Przez pierwsze dni to śledziłem 24 godziny na dobę. Później zrozumiałem, że to negatywnie odbija się na moim zdrowiu, więc zmniejszyłem natłok informacji, które ostatnio są bardziej emocjonalne.

Czy na Ukrainie mieszka ktoś z Pana bliskich czy znajomych?

JM: Osobiście nie mam rodziny na Ukrainie. Parę razy byłem na Ukrainie, spotykałem się z ludźmi muzyki, ale kontaktów nie podtrzymujemy.

RP: Na Ukrainie bliskich nie mam, ale we Lwowie jest kapela, z którą się przyjaźnimy. W miarę możliwości podtrzymujemy kontakt.

WW: Rodziny na Ukrainie nie mam, ale znajomych tak. Na ile wiem, większość moich znajomych teraz jest w Polsce, studiują. Czasami się kontaktujemy.

Lider i wokalista zespołu „Black Biceps” Witalij Walentynowicz
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Jak wojna zmieniła Pana życie?

JM: Chyba tak jak i u wszystkich. Przede wszystkim czuję ogromny smutek. To wszystko tragicznie oddziałuje na życie. Ale wierzę, że zdrowy rozsądek i dobro zwycięży.

RP: Tak bezpośrednio nie wpłynęło, ale na samopoczucie to bardzo. Czuje się ten smutek. Bardzo szkoda ludzi, dzieci, wszystkich tych, którzy giną na wojnie. Tych śmierci można było uniknąć.

WW: Wojna wpłynęła na życie, chyba tak jak i na każdego. W środku czuję niepokój. Wielu szykuje się do najstraszniejszego, że to do nas też dojdzie. Staram się przy mojej dziewczynie nie rozmawiać na temat wojny, bo widzę, jak ona to przeżywa. To jest trudne dla wszystkich. Staramy się, żeby życie toczyło się dalej, bo jak będziemy dalej się stresować, to niczego dobrego z tego nie będzie. Widzę, że jeżeli ciągle się o tym myśli, życie staje w miejscu, boimy się coś planować, a człowiek bez planów i bez ambicji to nie człowiek, gdyż traci sens życia. Staram się żyć dalej, oczywiście pomagając innym, jak mogę.

Czytaj więcej: Koncert „Solidarni z Ukrainą” w Wilnie