Anna Komarczuk: „Nigdy nie byłam uchodźcą, ale wiem, co znaczy zaczynać od nowa w obcym kraju”

W Domu Kultury Polskiej w Wilnie działa grupa HelpUkraineLT złożona z ukraińskich wolontariuszy, którzy wspierają przybyłych na Litwę uchodźców. O działalności wolontariatu i potrzebach, z jakimi się spotyka, w rozmowie z Iloną Lewandowską opowiada koordynatorka inicjatywy Anna Komarczuk.

Wolontariuszki.
Grupa HelpUkraineLT złożona z ukraińskich wolontariuszy wspiera przybyłych na Litwę uchodźców
| Fot. ze zbiorów Anny Komarczuk

Jakie były początki grupy HelpUkraineLT?

Zaczęło się od wielkiego przerażenia wojną. Po początku rosyjskiej agresji na Ukrainę, tak samo chyba jak wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób związani są z tym krajem, byłam w szoku. To było ogromne przerażenie połączone z lękiem o bliskich. Moi rodzice i brat mieszkali w Kijowie, to moje rodzinne miasto, więc szczególnie dramatycznie przyjmowałam wiadomości o tym, co tam się dzieje. Od razu na Litwie zaczęła być organizowana pomoc dla Ukrainy, zaczęli przybywać pierwsi uchodźcy. I wtedy zaczęłam bardzo spontanicznie im pomagać. Kontakt nawiązywaliśmy przede wszystkim przez ukraińskie grupy na FB. Ludzie mówili o trudnościach, z jakimi się spotykają, gdy chcą przyjechać na Litwę. Ja nigdy nie byłam uchodźcą, ale wiem, co to znaczy przyjechać do obcego kraju, gdy nie znasz języka, zaczynać wszystko od nowa. Nie było mi tak ciężko jak tym, którzy teraz uciekają przed wojną, ale mam swoje własne doświadczenie szukania mieszkania, pomocy w wielu sprawach i teraz to doświadczenie wykorzystuję.

Czytaj więcej: Ogromna fala pomocy, ale potrzeby są jeszcze większe

Jakie to były problemy?

Przede wszystkim chodziło o trudności w zdobyciu informacji. Pomoc była od początku, ale w pierwszych dniach wojny nie można się było dodzwonić, brakowało także wolontariuszy, którzy mówią po rosyjsku. A litewski trzeba znać naprawdę nieźle, jeśli chce się uzyskać informację przez telefon. Teraz już to się zmieniło, ale początki były trudne… Niemal cały czas poświęcałam więc na pomaganie ludziom w szukaniu możliwości dojazdu, potem znalezieniu mieszkania, pracy. Bardzo często ktoś potrzebował informacji o dojeździe. Na początku pisałam po prostu prywatne wiadomości na różnych grupach, potem założyłam grupę na FB HelpUkraineLT. Tłumaczyłam na ukraiński znalezione propozycje pomocy, ludzie pisali, czego potrzebują, więc starałam się znaleźć odpowiedzi. To był szalony czas, w nocy zdarzało mi się szukać możliwości, jak dowieźć do Wilna ludzi, którzy gdzieś po drodze wysiedli z autobusu i zupełnie nie wiedzieli, co robić. Uchodźcom bardzo często brakowało także najpotrzebniejszych rzeczy. Ludzie nie mogli zabrać ze sobą wszystkiego. Brakowało ubrań. Na początku przynosiłam swoje, dzielili się też pracownicy Wilnoteki i DKP. Szybko ludzie się o tym dowiedzieli i stworzyliśmy całkiem niemały magazyn. Z jednej strony to zajęcie bardzo mnie męczyło, ale z drugiej był to jakiś sposób na poradzenie sobie z lękiem o najbliższych, o dom, przyjaciół, o młodszego brata, który jest w obronie terytorialnej. Gdybym nie była wtedy non stop zajęta, nie poradziłabym sobie chyba. Bardzo szybko okazało się, że nie jestem jedyną Ukrainką w Wilnie, która chce coś konkretnego robić i tak powstała nasza grupa wolontariuszy.

W dni pracy punkt pomocy w DKP w Wilnie odwiedza zwykle ok. 40 osób
| Fot. ze zbiorów Anny Komarczuk

Miejsce na waszą działalność udostępnił wam Dom Kultury Polskiej w Wilnie…

Tak. Od kilku lat pracuję w Wilnotece, jestem operatorką kamery, więc znam to miejsce bardzo dobrze. Na początku potrzebowaliśmy po prostu pokoju, żeby się spotkać, omówić nasze sprawy z wolontariuszami. Prosiłam o pomoc Jana Wierbiela, z którym bezpośrednio współpracuję i powiedział, że możemy spotykać się w studio… Nasze spotkania były więc przy stole, przy którym zwykle siedzą goście Klubu u Redaktorów. Nie trwało to długo, bo jednak nasze potrzeby były większe. I tu pomógł nam już Dom Polski, który koordynuje akcję „Wileńszczyzna – Ukrainie”. Otrzymaliśmy pokój, w którym możemy mieć nasze rzeczy, mamy gdzie także przechowywać pomoc, którą zbieramy. W końcu zajęliśmy również szatnię… To na pewno nie jest wygodne dla DKP, bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że te pomieszczenia są potrzebne, więc tym bardziej jesteśmy wdzięczni za ich udostępnienie.

Czytaj więcej: Rusza akcja „Wileńszczyzna — Ukrainie!”

Wasz bezpłatny sklep w szatni działa bardzo sprawnie. Byłam tam przez chwilę i odwiedziło go w tym czasie kilka rodzin…

W dni pracy odwiedza nas zwykle ok. 40 osób. Zależy to trochę od tego, kiedy możemy otworzyć nasz punkt. Ja pracuję zawodowo, wielu naszych wolontariuszy również, więc nie zawsze możemy być dostępni przez cały tydzień. Znacznie więcej osób przychodzi w weekendy. Wtedy mamy więcej czasu i ludzie potrzebujący również, bo większość w tygodniu szuka pracy lub już pracuje. Mamy taki darmowy „Second hand” (sklep z odzieżą używaną – przyp. red.). Uchodźcy przychodzą, muszą się najpierw zarejestrować, a potem już mogą szukać potrzebnych rzeczy. Część mamy rozwieszoną na wieszakach (szatnia się świetnie do tego nadaje), część leży na półkach. Mamy też przymierzalnie. Oczywiście jest wiele punktów, gdzie uchodźcy mogą otrzymać odzież, ale najczęściej problem polegał na tym, że nie było tam warunków, by mogli wybrać to, co naprawdę dla nich dobre. Chcieliśmy więc, by ludzie mogli najpierw coś przymierzyć, obejrzeć. Mamy nie tylko ubrania, ale także np. talerze, zabawki czy pieluchy dla niemowląt. Nie wiem, jak długo będzie potrzebna tego rodzaju pomoc, ale na razie chętnych jest bardzo dużo.

„Mamy nie tylko ubrania, ale także np. talerze, zabawki czy pieluchy dla niemowląt” — mówi Anna Komarczuk
| Fot. ze zbiorów Anny Komarczuk

Macie plany na przyszłość?

My nie jesteśmy organizacją, która powstała, żeby robić coś konkretnego. Po prostu powstaliśmy w odpowiedzi na aktualne potrzeby i rzeczywiście tak robimy. Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja, jakiej pomocy będą potrzebować uchodźcy za miesiąc czy dwa. Na razie potrzebny jest nasz „Second hand”. Przydałoby się nam może trochę więcej wieszaków, najbardziej takich porządnych, na kółkach, jak w sklepach, ale radzimy sobie i tak. Będziemy starać się na te potrzeby odpowiadać. Zarejestrowaliśmy naszą grupę oficjalnie, jako organizację, dlatego, że po prostu prawo tego wymagało. Nie myśleliśmy o zbieraniu pieniędzy na naszą działalność, ale ludzie sami pytali, czy można przekazywać nam środki. Okazało się to potrzebne, bo możemy uzupełniać pewne luki, gdy akurat czegoś nie mamy. Dla mnie, jak i dla innych wolontariuszy, to sposób na konkretne włączenie się w pomoc naszemu krajowi, jego mieszkańcom, będąc tutaj. To, jak będziemy działać, zależeć będzie głównie od potrzeb, z jakimi będziemy się spotykać.

W szatni w DKP potrzebujący mogą obejrzeć, przymierzyć odzież i wybrać to, co naprawdę dla nich dobre
| Fot. Ze zbiorów Anny Komarczuk