Więcej

    Odkładana wizyta, czyli historia wielkiej miłości

    Czytaj również...

    Jest w prostej linii potomkinią samego Giedymina. Była rzecznikiem pierwszego niekomunistycznego rządu po przemianach, które zaszły w Polsce w 1989 r. Teraz spełniła swoje dziecięce marzenie, wydając książkę o wielkiej miłości. O tym wszystkim oraz o pragnieniu poznania Wilna i Litwy Czytelnikom „Kuriera Wileńskiego” opowiada Małgorzata Niezabitowska.

    Małgorzata Niezabitowska przy pracy nad książką

    Jeśli dobrze liczę, to trzeba by 22 razy dodać przedrostek „pra-” do słowa „dziadek”, by prawidłowo wskazać, kim jest dla Pani książę Giedymin?

    Mam w domu drzewo genealogiczne rozrysowane na wielu kartkach. Mój dziadek ze strony mamy, Jerzy Koryatowicz-Kurcewicz-Bułyha, był 23. z kolei potomkiem Giedymina, od jego najstarszego syna Narymunta, więc ja jestem 25. Czuję silny związek emocjonalny z Litwą i bardzo dziękuję, że poprosiliście o tę rozmowę. To dla mnie wielka przyjemność. Szczególnie że nie udzielałam nigdy wywiadu żadnemu z ukazujących się na Litwie tytułów.

    Odwiedza Pani Wilno?

    Wielokrotnie chciałam, ale rzecz w tym, że… tylko chciałam. W czasach sowieckich wybrałam się do Lwowa i to było okropne przeżycie, potworny smutek. Od razu stamtąd uciekłam i tym bardziej nie chciałam jechać na sowiecką z przymusu Litwę. A jak już przyszła wolna Polska, to mnie tak na różny, intensywny sposób wciągnęła, że nie znalazłam czasu – paradoksalnie dlatego, że mnie Litwa tak bardzo obchodzi. Nie chciałam przylecieć i po dwóch dniach zniknąć. Toteż tę wyjątkowo ważną podróż odkładałam. Tyle się działo i dzieje, tyle jest zajęć, życie pędzi, lata mijają, ale już przyrzekłam sobie solennie, że w końcu pojadę na Litwę, zostanę tam na dłużej, objadę, przyjrzę się, przeżyję na spokojnie.

    Nie kryje Pani wielkiej estymy dla Matki Boskiej Ostrobramskiej.

    Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej wisi nad wejściem do głównej części domu, strzeże nasz dom i całą rodzinę. Wielokrotnie w ciągu dnia przechodzę tamtędy, spoglądam w tę cudną twarz i niemal za każdym razem zwracam się ku niej słowami Mickiewicza: „I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!”…

    Śledzi Pani sytuację Polaków na Litwie?

    Śledzę i przez wiele lat miałam ogromne pretensje do władz litewskich o traktowanie Polaków. To jest bolesny temat, ale przynajmniej w kwestii nazwisk wreszcie się jakoś rozwiązuje. Tyle że trwało to zdecydowanie za długo, a przecież Litwa jest w Unii Europejskiej i powinna szanować mniejszości. My, w Polsce, szanujemy mniejszość litewską, która ma wszystkie prawa i możliwości rozwoju, więc oczekiwałabym dokładnie zwierciadlanego traktowania naszych rodaków.

    Czytaj więcej: Tygrys pokazał zęby. Rozmowa z Ludwiką Włodek o Azji Środkowej

    Noc w drukarni: redaktor naczelny Tadeusz Mazowiecki, reporterka Małgorzata Niezabitowska oraz najbliżsi współpracownicy, noc z 31 maja na 1 czerwca 1989 r.

    Mija właśnie 33. rocznica pierwszych, częściowo wolnych wyborów w Polsce. Jak Pani wspomina 4 czerwca 1989 r.?

    W ramach ustaleń Okrągłego Stołu został przywrócony „Tygodnik Solidarność”. Był on jedynym oficjalnym pismem związku „Solidarność”, wywalczonym z rządem po strajkach w sierpniu 1980 r. Redaktorem naczelnym był Tadeusz Mazowiecki, ja – reporterką. W stanie wojennym pismo, jak i cały związek, zlikwidowano. Kiedy „TS” przywrócono, do pierwszego numeru, z datą 4 czerwca, przeprowadziłam obszerny wywiad z Lechem Wałęsą, pod aktualnym do dzisiaj tytułem: „Taką będziemy mieć Polskę, na jaką zasłużymy”.

    W redakcji wiedzieliśmy, że maszyna drukarska w Domu Słowa Polskiego ma ruszyć w nocy z 31 maja na 1 czerwca i pojechaliśmy tam, Mazowiecki i jego najbliżsi współpracownicy. Wzruszyło nas już to, że wszyscy drukarze mieli do kombinezonów przypięte znaczki Solidarności, które przez siedem lat były surowo zakazane, nawet więzieniem. Potem stanęliśmy przy końcu olbrzymiej maszyny rotacyjnej. Pierwsze egzemplarze zaczęły schodzić, a my ściskaliśmy się między sobą i z załogą drukarni, podpisywaliśmy się sobie nawzajem na mokrych jeszcze od farby gazetach. Nastąpił wybuch radości. Niemożliwe stało się możliwe.

    Przetrwaliśmy stan wojenny, rewizje, więzienia, podziemną walkę, potem czas marazmu, braku nadziei. I przyszło odrodzenie. To był jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Oczywiście nie mówię o życiu rodzinnym, bo jak się rodzą dzieci, wnuki, emocje są niewspółmierne. No, a później były wygrane wybory, które też były wielkim przeżyciem.

    W ich wyniku została Pani rzecznikiem rządu.

    Po wyborach wszystko niesamowicie przyspieszyło. Na przełomie sierpnia i lipca zaczęły się rozmowy z komunistami pod hasłem „Wasz prezydent, nasz premier”. W ich wyniku Tadeusz Mazowiecki został desygnowany na premiera. Nas, dziennikarzy „Tygodnika Solidarność”, rozpierała duma, że akurat on, nasz szef, wspaniały człowiek. A dzień po powołaniu 12 września rządu pan Tadeusz poprosił, bym została jego rzeczniczką.

    Mąż ponoć wywróżył to Pani już wcześniej.

    Mąż jest fotografem, pracowaliśmy razem nad reportażem o Mazurach. Wieczorem pod koniec sierpnia, wracając samochodem do hotelu, włączyliśmy wiadomości w radio. Podano, że premier na pytania dziennikarzy w Sejmie o to, kto będzie rzecznikiem, odpowiedział, że zdradzi jedynie, iż będzie to kobieta. Wtedy Tomek powiedział: „To będziesz ty”. Zupełnie się do tego nie paliłam, lecz kiedy premier złożył mi propozycję, zgodziłam się. To był moment w historii naszego kraju, kiedy trzeba było brać odpowiedzialność, nawet tę największą i najtrudniejszą.

    Warto wspomnieć, że w pierwszym okresie „Tygodnika Solidarność” Tadeusz Mazowiecki nie zawsze się z Panią zgadzał.

    Mój pierwszy reportaż w 1981 r. dotyczył demokracji wewnątrzzwiązkowej i wyszło, że jest z nią średnio. Po publikacji naczelny wezwał mnie i oznajmił, że na komisji krajowej związku była straszliwa awantura. Oburzano się, że nasze pismo nas krytykuje. Argumentowałam, że właśnie naszą rolą jest pokazywanie błędów, jakie nieuchronnie przecież popełniamy, bo kto ma to robić, fałszywa krytyka komunistów? Pan Tadeusz uważał jednak, że jesteśmy oblężoną twierdzą i musi w niej panować żelazna jednomyślność. Ta dyskusja trwała przez kolejne moje teksty, aż przestałam pisać o Solidarności. Kilka lat później Mazowiecki z właściwą sobie klasą przyznał, że on się mylił, ja miałam rację.

    Czytaj więcej: Dobrowolska w wywiadzie. „Problem jest jasny, rozwiązanie jest jasne”

    Zostając rzecznikiem, wchodziła Pani w niełatwą rolę, kojarzącą się przez lata – delikatnie mówiąc, mało pozytywnie – z rzecznikiem Jerzym Urbanem.

    No tak, bardzo negatywną postacią, w czasach PRL znienawidzoną za kłamstwa i manipulacje. Powstanie pierwszego niekomunistycznego rządu w Europie Środkowo-Wschodniej było sensacją na skalę światową i na moją inauguracyjną konferencję przyjechało ponad 20 zagranicznych telewizji. Rozpoczęłam ją zapewnieniem, że od dzisiaj tylko prawda. Nie mogłam obiecać, że będę zawsze wszystko przekazywała, gdyż czasem rząd musi zachować dyskrecję w działaniach, lecz kłamstwo skończyło się definitywnie. Rola rzeczywiście była niełatwa. Wtedy politycy nie chcieli chodzić do mediów. Dzisiaj żyją głównie w nich i rola rzecznika, wciąż dość istotna, jest jednak bardziej techniczna. W tamtych czasach była bardzo duża i stąd usilne dopytywanie desygnowanego premiera o to, kogo mianuje rzecznikiem.

    Pracowała Pani w tym okresie niebywale ciężko.

    Jak wszyscy w rządzie. Pracowaliśmy od rana do późnej nocy. Świątek – piątek, bez żadnych weekendów, odpoczynku. Premier był typową sową, im późniejsza pora, tym bardziej rozkwitał. Rady Ministrów trwały sześć, siedem godzin, a w okresie najtrudniejszym, kiedy uchwalaliśmy plan gospodarczy, to i po 12, do trzeciej w nocy. A na mnie spoczywała wielka odpowiedzialność, żeby te skomplikowane sprawy przedstawić ludziom.

    *Jak wspomina Pani ten czas?

    Niebywały w historii Polski i mojej osobistej. Dynamiczny, niesamowicie trudny pod wieloma względami i pionierski. Nikt wcześniej nie przechodził od gospodarki centralnie planowanej do wolnorynkowej i jeszcze w katastrofalnej sytuacji gospodarczej, jaką pozostawili komuniści. Mieliśmy hiperinflację, ponad 600 proc., puste pułki i pustą państwową kasę. A przecież my wszyscy ze strony Solidarności, którzy przeważali w rządzie, nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Jak powiedział Aleksander Małachowski, ekipa Mazowieckiego to spadochroniarze zrzuceni w nieznany teren i bez spadochronów. Trzeba się było jednocześnie uczyć, podejmować decyzje, i jak ja, publicznie to tłumaczyć. To była ogromna i ryzykowna praca, i zarazem ogromny honor, też fantastyczna przygoda. W przełomowym momencie byłam w samym sercu wydarzeń i mogłam dołożyć swoją cegiełkę.

    *Swoją działalnością niepodległościową w czasach komunizmu dopisała Pani kilka pięknych kart do rodzinnej księgi dokonań na tym polu. Pomijając Giedymina, wśród bliższych Pani przodków nie brakuje postaci zasłużonych. Choćby w Legionach Piłsudskiego czy w kampanii wrześniowej 1939 r.

    Czytaj więcej: Polscy politycy reagują na sytuację Polaków na Litwie

    Także w wojnie polsko-bolszewickiej, powstaniach XVIII i XIX w. Tradycja niepodległościowa wśród moich licznych przodków była silnie ugruntowana. Moja postawa nie jest moją zasługą, tylko tych, którzy mnie ukształtowali, babci Niezabitowskiej, obu dziadków, ojca AK-owca. Uczyli mnie, że mam wobec kraju przede wszystkim obowiązki, więc kiedy nadszedł moment próby, moje zachowanie było oczywiste. Robiłam, co należało robić.

    *Odeszła Pani z funkcji rzecznika w styczniu 1991 r. po przegranych przez Tadeusza Mazowieckiego wyborach prezydenckich i w zasadzie odeszła też wówczas z polityki. To było bardzo bolesne?

    Przeciwnie. Jak mówiłam, reprezentowanie rządu było wielkim zaszczytem, jednak zrozumiałam również, że polityka nie jest dla mnie, i chociaż miałam następnie różne propozycje, odmawiałam. Polityka to przeważnie gra, manipulacja, cynizm. Akurat nie w wypadku Mazowieckiego i wielu innych moich kolegów z rządu, bo były to osoby ideowe, lecz w całości tak to niestety wygląda.

    *Od tego czasu robiła Pani wiele różnych rzeczy, m.in. włożyła olbrzymi wkład w powstanie Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” w Warszawie. W tych dniach wychodzi zaś Pani książka „Światłość i mrok”. O miłości.

    O wielkiej miłości i o Kresach. Wcześniej pisałam książki non fiction, lecz niemal od dzieciństwa towarzyszyło mi przeświadczenie, że będę powieściopisarką. Z różnych powodów działo się inaczej, ale wreszcie się spełniło. Akcja powieści dzieje się wprawdzie nie na Litwie, tylko na Wołyniu, gdzie w Łucku urodziła się moja mama. Z tym, że w sensie fabularnym książka z moją rodziną nie ma nic wspólnego, jest wytworem mojej wyobraźni. To historia trudnej miłości, która nie powinna się zdarzyć, a wybuchła z ogromną siłą między chasydką a paniczem z dworu, studentem politechniki lwowskiej, ludźmi, których dzieli wszystko – pochodzenie, tradycja, religia, obyczaje. Przedstawiam ją, wcielając się w sześć postaci, których losy przez nie same opowiedziane, splatają się w pełną dramatycznych zwrotów fabułę.

    Czytaj więcej: Kody kulturowe wojny na Ukrainie

    Wymagało to zapewne gruntownego przygotowania.

    Zrobiłam ogromny research dotyczący historii, obyczajowości, religijności, aby przez te losy Polaków, Żydów i Ukraińców pokazać Kresy w ich malowniczości, różnorodności i skomplikowaniu. Cała dramaturgia osadzona jest w realiach epoki i w autentycznych miejscach. W latach 1981–1985 zbierałam materiały do książki o polskich Żydach, co wtedy było tematem absolutnie nieznanym i zakazanym. Rozmawiałam z ludźmi starymi, którzy doskonale pamiętali okres przedwojenny, II Rzeczpospolitą. W ich wspomnieniach oraz w innych źródłach uderzyło mnie, jak rozdzielone były światy różnych narodów żyjących na polskiej ziemi. Jak inaczej o tych samych sprawach i wydarzeniach mówili i myśleli ludzie mieszkający w tym samym miejscu i w tym samym czasie. A jednocześnie, jak mało o sobie wiedzieli. I to w powieści pokazuję. Dla przykładu – rozpoczyna się ona od żydowskiego ślubu i wesela, którymi – w sensie narracyjnym – obracam trzy razy. Mamy wersję głównych bohaterów, Chany i Jana, oraz brata Chany, wyklętego przez rodzinę komunisty, przy czym one się nie wykluczają, tylko dopełniają. Książka zaczyna się w maju 1939 r. i kończy rankiem 1 września, żeby jeszcze zatrzymać ten świat w ostatnim jego momencie. Świat naszych Kresów zmiecionych z powierzchni ziemi niczym Atlantyda, tyle że w znanych, tragicznych okolicznościach.

    Będzie ciąg dalszy?

    Tak, lecz pisanie jest o wiele trudniejsze, także emocjonalnie, niż przy pierwszym tomie. Przychodzą Sowieci i wywózki, potem Niemcy i zagłada, a w końcu Ukraińcy i rzeź. To są straszliwe opowieści, choć nie brakuje i pięknych momentów bohaterstwa, odwagi, poświęcenia, które niczym światłość rozjaśniają mrok.


    Fot. Tomasz Tomaszewski


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 22 (65) 03-10/06/2022

    Więcej od autora

    Od Wilna do Gdańska

    Czasy łatwe nie są. Ceny paliw wysokie jak nigdy, wszystko drożeje, inflacja rośnie. Do tego wojna na Ukrainie nie wydaje się zmierzać do rychłego, szczęśliwego zakończenia. Rosja straszy Litwę odwetem za wdrożenie unijnych sankcji i ograniczenia transportowe wobec obwodu...

    Rozrywka jak dawniej. Kulturalne lato 2022

    Jeśli ktoś jeszcze nie wie, co robić podczas tegorocznego urlopu w Polsce, albo szuka powodu, by spędzić go nad Wisłą, powinien koniecznie zapoznać się z kalendarzem letnich wydarzeń kulturalnych. Jest niezmiernie bogaty i każdy powinien znaleźć w nim coś...

    Zapiski z podróży

    W ciągu kilkunastu dni przemierzyłem Belgię, zaglądnąłem do Holandii i Luksemburga, wszędzie nadstawiając ucha, co mówi się tam i jak pisze dzisiaj o Polsce i Polakach. W niewielkim Lokeren miałem przyjemność napić się kawy z Włodzimierzem Lubańskim, legendą polskiego...

    Romain Gary, wileński chłopiec. Rozmowa z Agatą Tuszyńską o „Żonglerze”

    Byłam zdumiona, jak czczona jest w Wilnie pamięć Romaina Gary’ego. Czytelnicy znają jego twórczość, co było dla mnie zaskakujące i bardzo miłe. Chciałabym spotkać się z nimi i porozmawiać o tym, najlepiej podczas wieczoru autorskiego – mówi Agata Tuszyńska,...