Tygrys pokazał zęby. Rozmowa z Ludwiką Włodek o Azji Środkowej

Na naszych oczach wali się wizerunek Kazachstanu jako stabilnego kraju, który świetnie ułożył relacje między władzą a społeczeństwem. Marzeniu o reformach nie będzie jednak łatwo nadać realny kształt – mówi Ludwika Włodek, publicystka, znawczyni problematyki Azji Środkowej.

| Fot. VALERY SHARIFULIN/PAP

Nowy Rok rozpoczął się na świecie od gwałtownych zamieszek w Kazachstanie, w kraju, który wcześniej raczej nie był przedmiotem większej uwagi. Czy dla Pani te wydarzenia są zaskoczeniem?

Nie. Zawsze mnie bardzo dziwiło, gdy czytałam, że Kazachstan to „środkowoazjatycki tygrys”, jedyny kraj z tego obszaru, który odniósł sukces, świetnie, stabilnie ustawił sobie relacje między władzą a społeczeństwem. To wszystko bzdura. Dla specjalistów było oczywiste, że wizerunek, który Kazachstan sprzedawał na zewnątrz, ma się nijak do rzeczywistości. Ten obraz Kazachstanu, który na świecie promowała jego elita polityczna, wali się na naszych oczach. Niezadowolenie w kazachskim społeczeństwie tliło się od dawna.

Były jakieś zwiastuny obecnych zdarzeń?

Przedsmakiem tego, co się dzieje, były wydarzenia sprzed dekady. W mieście Żangaözen w obwodzie mangystauskim trwał wówczas strajk okupacyjny pracowników sektora gazowego, największej firmy wydobywczej KazMunayGas (QazMúnayGaz) – uważali oni, że niesprawiedliwie naliczano im wynagrodzenie za nadgodziny. Już wtedy było widać, że ludzie są bardzo zdeterminowani. To trwało przez wiele miesięcy, aż niemal równo dekadę temu, w Dzień Niepodległości Kazachstanu, 16 grudnia 2011 r., te protesty zostały krwawo rozpędzone. Do uczestników strzelano z ostrej amunicji. Później było wiele innych protestów. Ich fala nawracała. Były m.in. protesty antychińskie, były protesty dotyczące własności ziemskiej, praw pracowniczych, socjalnych, stosunków z Rosją. W 2019 r. był protest w związku z wyborami prezydenckimi, które wygrał oczywiście, namaszczony przez odchodzącego Nursułtana Nazarbajewa, Kasym-Żomart Tokajew. Szybko je wszystkie tłumiono, ludzie się bali. Natomiast teraz ewidentnie to społeczeństwo przekroczyło próg strachu. Protesty, które zaczęły się 2 stycznia w zachodnich regionach kraju, przybrały wyjątkowe rozmiary.

Co właściwie było przyczyną tak gwałtownego wybuchu niezadowolenia?

Na początku w zasadzie chodziło tylko o cenę gazu, która bardzo wzrosła w ciągu ostatniego pół roku. Ponieważ przez lata LPG był bardzo tani, stał się paliwem prawie wszystkich samochodów. A wiadomo, że jak ceny gazu rosną, to za nimi rosną ceny wszystkich podstawowych produktów. A i bez tego Kazachstan boryka się z dość wysoką inflacją. Protesty wybuchły w regionie ropo- i gazonośnym, którego mieszkańcy mają poczucie dużej niesprawiedliwości, ale błyskawicznie poparł je cały kraj. Przyczyniła się do tego też pandemia. Okazało się, że państwo przedstawiające się jako silne i bogate nie było w stanie zapewnić podstawowych lekarstw, miejsc w szpitalach. Ludzie zobaczyli, jak niekompetentny jest rząd, że najważniejszą cechą jest lojalność wobec rządzącej kliki. Mieli dość Nursułtana Nazarbajewa, o którym wiedzieli, że choć oficjalnie ustąpił z prezydenckiego fotela, to z tylnego siedzenia kieruje prezydentem Kasymem-Żomartem Tokajewem i w zasadzie nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za kluczowe decyzje w państwie.

Czytaj więcej: Litewski biznes ostrożny wobec protestów w Kazachstanie. „Odłączony internet, komunikacja zatrzymana”

Siły porządkowe Kazachstanu otrzymały wsparcie wojsk interwencyjnych OUBZ
| Fot. STRINGER /PAP

Kto stoi za protestami?

Moim zdaniem to spontaniczne ludowe powstanie, które – jak to w tego typu wypadkach – zaczyna się od spraw bytowych, a bardzo szybko dotyka polityki, bo ludzie przecież widzą, że jedno z drugim się łączy. Jestem daleka od spiskowych teorii, że wszystko od początku było ukartowane przez Rosję czy prezydenta. Na pewno w czasie protestów znaleźli się prowokatorzy, bo ludzie pokojowo wychodzący na plac nie są zdolni nagle zająć i sparaliżować lotniska, ale jest zbyt wcześnie, by próbować wyjaśnić, kim byli.

Można szukać porównań wydarzeń w Kazachstanie do tego, co w 2020 r. działo się na Białorusi?

Nie do końca. Społeczeństwo białoruskie żyje tuż obok granicy Unii Europejskiej. Białorusini jeździli regularnie do Polski i innych krajów. Dużo silniejsze jest tam społeczeństwo obywatelskie. Zwłaszcza w zachodnich rejonach Białorusi ludzie znają trochę inny świat. W Kazachstanie oczywiście też jest taka bardziej światowa warstwa społeczna, ale dużo węższa. Mniejsza jest baza społeczna opozycji, do tej pory mającej raczej marginalne znaczenie. Kazachowie, mimo że przez 30 lat byli rządzeni autorytarnie twardą ręką, też mają internet, oglądają filmy i wiedzą, co się dzieje na świecie. Może nie wszyscy, ale część widzi, jak archaiczna jest ich władza. Bunt przeciwko autorytarnej władzy, walka o własną godność, sprzeciw wobec tego, że władza każdego dnia kłamie prosto w oczy, co aż nadto wybrzmiewa w przemówieniach Tokajewa, który mówi jak komunistyczni przywódcy – to oczywiście jest wspólne.

Szukając porównań do Białorusi, miałem na myśli to, jak szeroko rozlały się protesty, oraz zaskoczenie, że społeczeństwo, wydawałoby się, pogodzone ze swoim losem jednak potrafiło masowo wyjść na ulicę.

Oczywiście, że tak. Użyję porównania mojej irańskiej znajomej. To niezadowolenie jest jak węgielek w przygasającym ognisku. Każdy podmuch może go rozpalić. Ale jednak te białoruskie protesty Łukaszence udało się spacyfikować, stłumić – ogromnym kosztem. Wydaje mi się, że niestety w Kazachstanie będzie to jeszcze łatwiej zrobić, bo tam dużo słabsze są instytucje pozostające jeszcze poza kontrolą władzy. Budowanie realnego planu politycznego, który pozwoli coś zmienić, jest bardzo utrudnione w kraju, w którym opozycja i społeczeństwo obywatelskie są tak słabe, nieprzyzwyczajone do demokratycznych procedur. Kazachscy obywatele chcieliby więcej decentralizacji, więcej realnej reprezentacji politycznej. Jest marzenie o reformach, o zmianie na lepsze, ale nie będzie łatwo nadać mu kształt.

Czy w Kazachstanie jest w ogóle jakakolwiek realna opozycja, która mogłaby zbudować struktury nowej władzy?

Opozycja to małe kręgi, wśród nich trochę inteligencji, trochę byłych urzędników reżimu, którzy na pewnym etapie postanowili z nim zerwać. Legalnie nie działała żadna partia, która byłaby faktycznie opozycją. Wszystkie instytucje, które mogłyby być przeciwwagą dla władzy, były tępione. Mimo to trochę tej opozycji jest, ale bardzo słabej. To na przykład Demokratyczny Wybór Kazachstanu, związany z Muchtarem Abliazowem, oligarchą na emigracji, za którym władze Kazachstanu wystawiły list gończy. Ale te protesty nie wyszły od niego. On próbuje się pod nie podczepić, nawoływać do zajmowania lokalnych urzędów, ale ewidentnie widać, że skala jego też zaskoczyła. To jest bunt o zasięgu znacznie większym niż cała opozycja i pozbawiony w zasadzie jednego przywódcy. Z takich buntów mogą, ale nie muszą wyłonić się nowi liderzy społeczni.

Czytaj więcej: Sejm Litwy przyjął uchwałę w sprawie Ujgurów. „Chiny dokonują ludobójstwa”

Prezydent Tokajew ogłosił, że Kazachstan został zaatakowany przez agresora zewnętrznego. Czyli kogo?

W te bajki chyba nikt serio nie wierzy. Rządowe media wypuszczały plotki o przebywających w szpitalu, złapanych rannych bojówkarzach, którzy mówią do siebie po arabsku. Ale to jakiś absurd, pretekst potrzebny tylko do tego, żeby uruchomić art. 4 układu taszkienckiego o bezpieczeństwie zbiorowym [będącego aktem założycielskim Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, OUBZ, której członkami są Rosja, Białoruś, Kazachstan, Tadżykistan, Uzbekistan, Armenia i Kirgistan – przyp. red.]. Ten artykuł stanowi, że pomoc jednemu z członków tegoż układu może być udzielona przez sprzymierzone kraje tylko w razie agresji z zewnątrz. Chodziło o to, by nie mieszano się w wewnętrzne sprawy któregoś z państw. Rosja być może wyciągnęła wnioski z Białorusi i Ukrainy. Woli schować się w kostiumie Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym i wejść do Kazachstanu razem z żołnierzami innych krajów.

No właśnie, jak dużym problemem sytuacja w Kazachstanie jest dla Putina i Kremla?

Putin na pewno będzie chciał ją wykorzystać, by uzależnić Kazachstan od Rosji jeszcze bardziej niż dotychczas. Sam Putin tego nie mówi, ale jego oczekiwania wyrażają ludzie z jego otoczenia. Tak, pomożemy, ale Kazachstan musi uznać rosyjskość Krymu, bo jeszcze tego nie zrobił, musi wycofać się z odrzucenia cyrylicy, bo kilka lat temu zdecydowano o przejściu tam na alfabet łaciński, musi wspierać rosyjskojęzyczne szkoły i w ogóle prowadzić pokorną politykę. Kazachstan zawsze był w rosyjskiej strefie wpływów, ale czasem próbował wierzgać. Taka retoryka, że Kazachstan nie jest państwem zdolnym do samodzielnego funkcjonowania, w mediach rosyjskich była prezentowana już wcześniej, co ma być argumentem, by jeszcze bardziej odzierać Kazachstan z niezależności. I to jest najbardziej niepokojące. Rosji na pewno jest wygodniej, gdy rząd Kazachstanu jest prorosyjski i niedemokratyczny, bo demokratyczny musi się tłumaczyć przed społeczeństwem chociażby ze ścisłego sojuszu z Rosją, który nie zawsze jest dla Kazachstanu korzystny.

Czytaj więcej: Czy Rosja szykuje się do wojny?

Spalony wóz bojowy przed siedzibą władz miejskich Ałmatów
| Fot. ORDA.KZ/TASS/PAP

Dlaczego?

Ten kraj kupuje bardzo dużo towarów spoza Rosji. Unia Europejska jest jednym z jego większych partnerów handlowych, nie mówiąc już o ogromnych chińskich interesach w tym kraju. Bo oczywiście nie można też tego wszystkiego oceniać, nie patrząc w stronę Chin. Wydaje się, że one oficjalnie łyknęły tę narrację o agresji z zewnątrz i popierają prawo Kazachstanu do obrony przed nią.

Jakie przełożenie na zamiary Putina względem Ukrainy może mieć sytuacja w Azji Środkowej?

Te 2 czy 2,5 tys. żołnierzy wysłanych w pierwszym rzucie do Kazachstanu w ramach wspólnej akcji z Białorusią, Armenią, Kirgistanem, Tadżykistanem to jest manifestacja rosyjskiej potęgi. Przekaz: „Patrzcie, jak wielka jest nasza strefa wpływów, wszyscy na nasze życzenie stają w szeregu i razem z nami ruszają interweniować”. Bo nawet Kirgistan, gdzie w parlamencie toczyła się w miarę demokratyczna dyskusja, ostatecznie zdecydował się wysłać wojska na życzenie Moskwy. To pokazuje potęgę rosyjską w regionie i Putin na spotkaniach z NATO będzie to wykorzystywał, dyskutując o sytuacji na Ukrainie. Te 2 tys. żołnierzy to oczywiście nie jest dużo, ale jak się wszystko dalej potoczy, trudno mi prorokować. Czy okaże się dla Rosji korzystniejsze, czy znacznie bardziej absorbujące, niżby chciała, bo zmniejszy jej możliwości manewru na zachodzie.

Czy w protestach dopatruje się Pani jakichś antyrosyjskich pobudek?

Absolutnie nie widzę, by kwestie etniczne odgrywały jakąkolwiek rolę. Nie ma do tego powodu. Rosjanie nie są uprzywilejowaną grupą w Kazachstanie. Cale społeczeństwo cierpi przez skorumpowaną władze. Oczywiście ludziom się nie podoba, że Tokajew zwrócił się o pomoc do Rosji, ale Kazachowie mają pozytywny stosunek do Rosjan, do rosyjskości i potrafią od tego odróżnić kremlowskie manipulacje. Inna rzecz, że protesty toczą się po kazachsku, szczególnie w mniejszych miastach, a coraz więcej młodzieży właśnie kazachskiego używa jako swojego języka. Na przestrzeni lat Kazachstan się stopniowo skazachizował. Rosną kolejne pokolenia urodzone już w niepodległym Kazachstanie. Zmieniła się proporcja ludności. Ludności kazachskojęzycznej jest coraz więcej, z jednej strony przez dzietność, z drugiej – przez to, że wielu rosyjskojęzycznych obywateli wyjeżdża. Ale nie ma to już politycznego znaczenia.

Czyli raczej nie grozi nam jakaś kolejna separatystyczna republika w stylu Abchazji, Naddniestrza czy Doniecka?

Aż tak daleko sytuacja raczej nie jest w stanie pójść. W Kazachstanie nie ma tak dużych sił dążących w drugą stronę. Ukraina chciała negocjować z Unią, Mołdawia miała opcję rumuńską, Gruzja dążyła do NATO. Tu nie ma potrzeby przeciwwagi w postaci ludowej republiki prorosyjskiej. Sytuacja jest inna, tu sam prezydent Tokajew zwrócił się o pomoc. Wszystko odbywa się teoretycznie według procedur, których nie można uznać za agresję, ale jest oczywiste, że to pokaz siły i dominacji rosyjskiej.


Ludwika Włodek (ur. 1976), reporterka i socjolożka zajmująca się Azją Środkową. Wykładowczyni w Studium Europy Wschodniej i Azji Środkowej Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książek: „Pra.

O rodzinie Iwaszkiewiczów”, „Wystarczy przejść przez rzekę”, „Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza” oraz „Gorsze dzieci Republiki”.

[pozostałe zdjęcia Kazachstan: zamieszki, tłumienie protestów, rozwalone bankomaty, ewakuacja Rosjan; podpisy i kółka na pdf]


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 2(6) 15-21/01/2022