Więcej

    Robert Bluj, artysta nie tylko wileński

    To poniekąd prowokujący tytuł, bo Robert Bluj z Wilnem związany jest miłością wielką, mającą szczególny wyraz w jego malarstwie. Jest autorem cykli prac poświęconych temu miastu: „Wilno moje”, „Spacer po Wilnie „Szkice wileńskie”, „Miasto snów”. Jego sztuka sama w sobie jest kosmopolityczna, dociera do wielu zakątków świata. Prezentowana jest w galeriach, na wernisażach, ozdabia muzea, kościoły czy prywatne wnętrza koneserów i jej wielbicieli.

    Czytaj również...

    Prace Roberta Bluja były prezentowane na wielu krajowych i zagranicznych wernisażach i są wysoko oceniane przez krytyków sztuki. Obecnie trwająca prezentacja ma miejsce w Büdelsdorfie w Niemczech. NordArt to jedna z największych w Europie wystaw światowej sztuki współczesnej. Oprócz wystawy ogólnej tradycją stał się pawilon narodowy. W poprzednich latach prace swoje wystawiały m.in.: Mongolia, Chiny, Czechy, w 2021 r. – Ukraina, a rok 2022 dedykowany jest sztuce polskiej pod hasłem „Ponad granicami/Above Borders”. 

    W pawilonie polskim pokazywany jest reprezentatywny obraz współczesnej sztuki polskiej powstałej w Polsce i poza Polską – od połowy XX w. po trzecie dziesięciolecie XXI w. Wystawiane są dzieła najwybitniejszych artystów polskich o światowej renomie, zarówno starszego, jak i młodszego pokolenia. Inauguracja NordArt 2022 nastąpiła 4 czerwca, a wystawa potrwa do 9 października br.


    Brenda Mazur: Znalazł się Pan wśród 26 Polaków – wystawców sztuki, artystów starszego i młodszego pokolenia, tworzących w Polsce i poza Polską (na Litwie, w Ukrainie, Niemczech, Libanie, Francji, Wielkiej Brytanii, USA), wśród prac m.in. Magdaleny Abakanowicz czy Wacława Kuczmy…

    Robert Bluj: Ten cykliczny wernisaż odbywający się co roku w ramach festiwalu NordArt jest ogromną i prestiżową imprezą świata sztuki. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt, że mogłem w nim uczestniczyć. Nie ukrywam, że było to moje marzenie, od lat myślałem, aby do niego aplikować, i w tym roku stało się to możliwe dzięki prof. Janowi Wiktorowi Sienkiewiczowi, kierownikowi Katedry Historii Sztuki XX w. w Europie Środkowej i na Emigracji na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, który mnie docenia i zaprosił do ekspozycji moich płócien. Osobiście przyjechał do mojej pracowni i razem dokonaliśmy wyboru prac.

    Festiwal sztuki odbywa się w nietypowym miejscu. Samo miasto Büdelsdorf jest małym, ale urokliwym miasteczkiem na pograniczu z Danią. Odwiedza go bardzo wielu turystów, a w czasie trwania tego festiwalu dołącza jeszcze rzesza zainteresowanych sztuką. Cała organizacja tego przedsięwzięcia stoi na bardzo wysokim poziomie, od przygotowania katalogu po logistykę i ekspozycję obrazów. Byłem tam na otwarciu i zostałem kilka dni w tym mieście, i poczułem tą niesamowitą artystyczną atmosferę.

    Każdy człowiek ma w życiu ważne miejsce, które go definiuje. Miejsce, z którym wiążą się wspomnienia, miejsce, które do nas przemawia dotykając naszej wrażliwości. W przypadku malarza odwołujemy się do wykreowanego przez niego świata znaków, symboli czy malarskich opisów piękna. Takim miejscem jest dla Pana Wilno. I mimo że doświadczał Pan życia gdzie indziej, podejmując studia na warszawskiej ASP, nie został Pan w Polsce, która w latach 90. ub.w. kusiła rozmachem przemian rozwojowych i możliwości z tym związanych. Pan wrócił na Litwę, do swojego Wilna.

    Te lata 90. były dla obu krajów bardzo znamienne. Lata zachodzących zmian, gdzie czuło się, że te kraje się do siebie zbliżają, gdzie tworzy się taka wspólna przestrzeń. Oczywiście, z biegiem lat jest to wyraźnie widziane. Tamte lata były początkiem przemian. Być może, gdybym miał podjąć decyzję w innym czasie, byłaby ona inna, możebym tam został, miałem nawet propozycję pracy jako asystent w pracowni malarstwa ściennego na ASP. Ale było to wówczas na etapie takich rozważań. Powrót mój odbywał się w czasie, kiedy Litwa była zupełnie inna niż wtedy, kiedy wyjeżdżałem. Kiedy przed laty opuszczałem Litwę, to było to tak, jakby to był wyjazd za wielką granicę, a wracałem, kiedy już tej granicy nie było, czuło się tą otwartą przestrzeń, tak w przenośni, jak i faktycznie.

    A wracając do Wilna, to każde miejsce emanuje jakąś niepowtarzalną energią. Ta, którą z siebie wydobywa to miasto, jest dla malarza mającego stąd korzenie bagażem wspomnień bezcennym do tworzenia obrazów. Ja to miasto czuję.

    Patrząc na Wilno przedstawione w wielu Pana obrazach, jako również zakochana w nim, odczuwam taki niedosyt, brak mi tej urokliwości miasta, tej kolorystyki, tego miejskiego życia i ludzi. U Pana przeważają białe budynki i wyraziste błękitno-niebieskie niebo i niebieskie chodniki. Rozumiem, że każdy inaczej widzi piękno, a szczególnie oko artysty. Ja tłumaczę sobie, że to niebieskie niebo odbija się w chodnikach i my, chodząc po tym mieście, czujemy, jakbyśmy chodzili po niebie. Czy to nie jest dla Pana przesadzona czy wręcz śmieszna interpretacja?

    Wilno inspirowało wielu artystów, malarzy, np. Stasiuleviciusa, czy fotografików, od Jana Bułhaka przez Śleńdzińskich po współczesnych malarzy i fotografików. I trzeba zadać sobie pytanie, gdzie ty jesteś w tej przestrzeni, gdzie każdy zakątek, każde miejsce, każdy fragment miasta jest namalowany, sfotografowany. Czy ty jeszcze możesz cokolwiek powiedzieć na ten temat? Jakie dla mnie jest to miasto? Jakie masz na nie spojrzenie, co ty o nim myślisz? Wbrew temu, co mogą inni widzieć, patrząc na moje obrazy, one są realistyczne. Maluję to, co widzę. Wszystkie elementy są przeze mnie dostrzeżone. One mogą być przejaskrawione, przebarwione, ale są prawdziwe. Ta sztuka oparta jest na podświadomości, podświadomych uczuciach, zakodowanych obrazach. I to, co pani powiedziała o błękicie nieba i chodników, to jest dla mnie poniekąd bardzo realistyczne. Np. teraz mamy środek lata i następujące zmiany pogody. Mamy deszcz i nagle słońce. I proszę zauważyć, że pod pewnym kątem wychodzące słońce po takim ulewnym deszczu oświetla chodniki. Bruk jeszcze nie wysycha, błyszczy jak lustro i odbija to najbardziej błękitne niebo, które jest w zenicie. To niebo odbija się jak w lustrze i my chodzimy sobie po niebiańskich chodnikach miasta… Oczywiście, jest to mocno przebarwione, nawet surrealistyczne, ale chcę powiedzieć, że te pewne wątki obrazu są skądś wzięte. Samochody i ludzie nie pasują mi do tego obrazu. Obraz zawsze żyje człowiekiem patrzącym w niego.

    Wśród tych wileńskich obrazów są i takie z życiem, choćby ten z kwitnącym drzewem. Czuję, że ten obraz ma swoją historię.

    O tak. To jest bardzo stara grusza w dzielnicy Żyrmuny, na ulicy Minties. Ja tę gruszę widzę całe swoje życie z mieszkania moich rodziców. Po tej gruszy łaziłem w dzieciństwie i jestem pod jej wrażeniem. Ona stoi tam tyle lat, każdej wiosny tak pięknie kwitnie, obficie, nie starzeje się i obdarza ciągle zdziczałymi gruszkami. W tym obrazie jest też dramaturgia wydarzenia, bo te blokowiska, które teraz tam są, powstały na ziemiach osady, która nazywała się kiedyś Łosiówka. Tu moi dziadkowie mieli swój domek i zagrodę. Ziemie te zostały zwyczajnie odebrane im i innym mieszkańcom, znacjonalizowane a teren zaczął się zmieniać, unowocześnić. Prawie wszystkie drzewa zostały wycięte i zastąpione nowymi. Moja babcia nie chciała zmieniać miejsca, mówiąc: „Gdzie ja pojadę? Tu na Antokolu jest grób mojego męża, tu zostanę”. I tak została z trójką dzieci. Jak ta grusza. Ja do tego obrazu przymierzałem się bardzo długo, bo patrząc przez to okno, ciągle widziałem tę gruszę.

    Kolejny mój sentymentalny obraz to ten z Jerozolimki. Ten widok oglądam już z balkonu mojego mieszkania. Z takiej perspektywy pięknie widać tę odcinającą się od tej współczesnej przestrzeń – tą taką dawną, z dawnymi domkami, sadami. Ten obraz powstał w czasie pandemii, kiedy przymierzałem się do wyjazdu na warsztaty malarskie do Przemyśla i sądziłem, że z uwagi na izolację do niego nie dojdzie. Jednak mimo trudnego czasu obraz został namalowany, jak i zrealizowany projekt w Polsce. Warsztaty wówczas prowadziłem razem z córką Eweliną, również malarką i absolwentką wydziału malarskiego ASP w Warszawie, członkinią Związku Malarzy Litwy.

    Inną, i to całkiem sporą częścią Pana prac jest malarstwo figuratywne. Przepiękne wielkowymiarowe postacie, bo na tym polega ten nurt, aby pokazać ludzi w ich naturalnych rozmiarach. Pańskie obrazy mają często bardzo ekspresyjny charakter i wyczuwa się w nich pozorny chaos. Widać w nich ruch, niemal wyczuwalna jest praca mięśni. I tu takim elementem przeważającym jest znów u Pana kolor, niebieskie włosy…

    To jest taki zabieg. Nazwałbym go – teatralny. Tak jak reżyser czy scenograf nad spektaklem myśli o scenie, tak i ja o swoim obrazie myślę w ten sposób. Osoba, która pozuje do obrazu, też w moich oczach przeistacza się w bohatera. Przestaje być osobą stąd, staje się osobą w obrazie. Ten element włosów jest takim elementem odrealnienia. Malując te obrazy, staram się w nich nie rozpraszać nadmiarem innych elementów, staram się wyeliminować wszelkie jakieś dekoracyjne elementy. Skupiam się tylko na postaci, aby jej nic nie zakłóciło, nie zburzyło tej siły przekazu ciała. Bo ci ludzie zatrzymani w pędzącej cywilizacji – cisi i nadzy – mówią prawdę o nas….

    W Pana życiu wielką rolę odegrała sztuka sakralna. Wspomniał Pan, że jako młody chłopak wchodził do kościołów i zachwycał się eksponowanymi tam obrazami. Sam namalował Pan później przepiękny obraz, myślę, że ważny dla Pana – wizerunek św. Jana Pawła II. Notabene, w każdym polskim kościele jest obraz naszego papieża, ale na wielu z nich trudno doszukać się podobieństwa.…

    Tak, zgadzam się, jest to zauważalne. Sztuka jakby stała się mniej sakralna, a stała się jakaś kościelna, w takim złym guście.

    Pan odtworzył św. Jana Pawła II bardzo realistycznie. W jego twarzy widać zatroskanie, ból i duchowość. Obraz jest pełnowymiarowy i postać papieża jest bardzo dostojna, ale i skromna. Jak wyglądała praca nad tym obrazem?

    To było ogromne wyzwanie, ale i zaszczyt. Z okazji uroczystości kanonizacyjnych Ojca Świętego dostałem propozycję od Rady Polonii Świata namalowania obrazu papieża. Zdecydowałem się, że podstawą będzie zdjęcie z 1989 r. autorstwa Grzegorza Gałązki, słynnego fotografa, który przez ponad 20 lat dokumentował życie i podróże papieża. Na stworzenie tego obrazu potrzebowałem sześciu miesięcy. Był to czas mojego jakby na nowo modlitewnego, i artystycznego jednocześnie, wyciszenia, wielkiego skupienia i precyzji warsztatowej. Pracowałem jak w transie. Przychodziłem rano, wychodziłem z pracowni przed nocą. Zapomniałem o wszystkich innych moich pracach i obowiązkach.

    W ocenie wystawionej przez Jana Wiktora Sienkiewicza, polskiego historyka sztuki, profesora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i profesora Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie, czytamy: „W warstwie kompozycyjnej i warsztatowej artysta zastosował oszczędną i jednocześnie symboliczną gamę kolorystyczną, na którą składa się biel papieskiej sutanny i piuski, czerwień płaszcza oraz błękit neutralnego tła, przechodzącego w lewej części kompozycji w coraz ciemniejszą aż do głębokiej czarnej tonacji, sugestywną nieskończoną przestrzeń”. I dodaje, iż portret św. Jana Pawła II jest w Pana dorobku bodajże najdoskonalszym realistycznym przedstawieniem figuratywnym, wyrażającym zewnętrzną obserwację modela, która doprowadziła do głębi jego psychicznego bogactwa i wewnętrznej ekspresji.

    Jest to dla mnie bardzo ważny obraz. Malując go, nie dążyłem tylko do tego, aby obraz skupiał w sobie mistykę pontyfikatu, ale aby wyraził ten trudny czas drogi papieża, która nie zawsze była usłana różami. Obraz został poświęcony w Rzymie, byłem tam ze swoją mamą, która była podwójnie wzruszona – wzniosłą uroczystością i osobistym moim wkładem w tę uroczystość. Obraz obecnie zawisł w świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.

    To nie jest jedyny obraz sakralny namalowany przez Pana.

    Malowałem jeszcze ks. kard. Adama Kozłowieckiego, założyciela misji katolickiej w Zambii w 1960 r. To był niezwykły człowiek. Jako zwykły misjonarz zakładał tam szkoły, szpitale, kuchnie dla biednych. Przyczynił się do wybudowania wielu kaplic. Oni tam wszyscy go czczą wielce i uwielbiają. Wizerunek księdza kardynała to pierwszy obraz w tej zambijskiej kaplicy. Cieszę się, że moja praca spodobała się wiernym, że w przedstawionym wizerunku rozpoznali kardynała. Mało tego, uważają, że ksiądz kardynał wychodzi z nieba i wraca do nich, i wygląda tak jak zawsze, gdy szedł odprawiać msze święte w ich kościele. W 2001 r. namalowałem też obraz św. Rafała Kalinowskiego na 10-lecie jego kanonizacji. Obecnie obraz znajduje się w kościele Ducha Świętego w Wilnie.

    W tym roku zaś, z okazji 20. rocznicy ogłoszenia bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego patronem polskich harcerzy, namalowałem obraz księdza, który to na uroczystej mszy 15 maja br. został uroczyście poświęcony przez biskupa Dariusa Trijonisa w kościele pw. św. Rafała Archanioła w Wilnie i tam też pozostał.

    Od wielu już lat w swojej pracowni, do której zawitałam i zachwycam się jej atmosferą, organizuje Pan zajęcia dla młodych adeptów malarstwa.

    Nie tylko dla młodych ludzi. Przychodzą tu też ludzie starsi, którzy realizują swoje niespełnione za młodu marzenia, ale głównie przychodzą uczniowie, który chcą się przygotować do studiów. To miejsce ma znaczenie, bo to jest miejsce prawdziwej pracy. To nie to samo co szkoła czy korepetycje domowe. „Uczeń” przychodzi tutaj z własnej woli. Przychodzi do mojej przestrzeni, w której ja maluję, i to jest przestrzeń pod każdym względem profesjonalna. Pod względem malarskim, artystycznym jest tak stworzona, żeby tu profesjonalnie się uczyć. W szkołach tego nie ma, nawet w szkołach plastycznych tego nie ma. Tu wszystko się odbywa w ramach warsztatu, warsztatu mistrza. Oni widzą, jak obraz powstaje, widzą rodzaj płótna, sami mieszają swoje farby, często ja sam im ze swoich farb coś docisnę, wytłumaczę. Oni próbują, tak jak smaków w kuchni. Tutaj też kształtujemy gust, rozwijamy wrażliwość estetyczną i emocjonalną. Uczymy się z zagadnień kompozycji, perspektywy, światła, cienia i koloru. Temu też służą liczne plenery wakacyjne, które organizuję na Litwie i w Polsce.

    Chciałbym być dla tych młodych ludzi mistrzem, jak kiedyś dawno temu (kiedy ja sam byłem młodym chłopakiem i chciałem bardzo malować) był dla mnie Vytautas Peciukonis. Mieszkał on w bloku naprzeciw tego, w którym mieszkałem z rodzicami (tym z obrazu pod gruszą). I tam chodziłem do niego pobierać prywatne lekcje rysunku. On był wówczas wykładowcą w „Vienozinskio dailes mokykla” (szkoły, do której i ja uczęszczałem) i postanowił mnie dokształcać, widząc mój zapał i talent, twierdząc, że sama szkolna edukacja to za mało. I on właśnie w swoim małym dwupokojowym mieszkanku, gdzie była minipracownia, pokazywał mi, o co właściwie chodzi w tym malarstwie…

    Robert Bluj, ur. w 1970 r. w Wilnie – malarz, absolwent warszawskiej ASP z tytułem doktora habilitowanego sztuk pięknych, wieloletni członek Związku Malarzy Litwy, autor wielu wystaw personalnych w kraju i za granicą. Za swoje zasługi odznaczony przez Prezydenta RP Krzyżem Kawalerskim Orderu Rzeczypospolitej Polskiej. Minister Kultury RL nadał mu status Twórcy Sztuki.

    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 28 (82) 16-22/07/2022

    Więcej od autora

    Gruzja z nami, wariatami

    Jak to było, Pani Joasiu? Po ukończeniu „Syrokomlówki” w Wilnie wyjechałam na dalszą edukację do Polski, studiować europeistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nasze spotkanie z Walerianem w swym charakterze było prozaiczne, bo poznaliśmy się na studenckiej imprezie, gdzie świeżo poznany adorator...

    Iłła. Wspomnienie o Kazimierze Iłłakowiczównie 

    Innym kojarzy się jako wnuczka (co prawda z nieprawego łoża, ale jednak) Tomasza Zana — przyjaciela Mickiewicza. Paradoksem jest to, że wiele biograficznych notek o niej zaczyna się od słów: „nieślubna córka”.  Przez całe życie Kazimiera Iłłakowiczówna ukrywała swoje pochodzenie, wszystko zawdzięczając...

    W trosce o zdrowie niemowlaka. Wszystko o karmieniu piersią

    Dopiero w 1990 r. we Włoszech przyjęto deklarację zasad ochrony, propagowania i wspierania idei karmienia naturalnego. Od tego czasu karmienie piersią powoli zaczęło wracać do łask i dziś wszyscy wiemy, jak ważne jest ono dla zdrowia i rozwoju dziecka. Jak to wygląda w praktyce,...

    „Kiedyś o tym nie rozmawiało”. Moc emocji i męskie łzy

    Są pozytywne i negatywne, przyjemne i nieprzyjemne. I wszystkie są ważne. Jak nauczyć się je przeżywać, w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” podpowiada Jolanta Tupko-Mazur, prawnik, mediatorka, a teraz także studentka psychoterapii. Brenda Mazur: W pracy mediatora zapewne często można się...