Więcej

    Zapomniane ofiary

    W 1972 r. to była kwestia polityczna. Pięć lat wcześniej Polska w ślad za ZSRS zerwała stosunki z Izraelem i fakt, że wśród zamordowanych na igrzyskach w Monachium byli polscy Żydzi, po prostu zmilczano. A potem o tym najwyraźniej zapomniano – mówi Daniel Lis, autor książki „Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach”, w której tę i wiele innych historii wydobył na światło dzienne.

    Czytaj również...

    W swojej książce odkrywa Pan wiele zapomnianych historii polskich olimpijczyków. M.in. jako pierwszy tak dobitnie pokazuje, że w masakrze na igrzyskach w Monachium palestyńscy zamachowcy zamordowali także polskich Żydów. Jak Pan trafił na ten ślad?

    Szukając tematów i bohaterów, przypomniałem sobie o sytuacji z igrzysk w Meksyku w roku 1968, gdy w sztafecie 4×100 m Irena Szewińska zgubiła pałeczkę. Szybko przypomniano sobie wówczas jej panieńskie nazwisko Kirszenstein. Było to krótko po antysemickich wydarzeniach w Polsce, w wyniku których wyjechało do Izraela 12–13 tys. ludzi. Pomyślałem, że może ktoś z emigrantów na kolejne igrzyska pojechał z ekipą Izraela. Tak odkryłem trzech olimpijczyków, którzy wyjechali w latach 50. Dwóch zginęło w zamachu.

    Ich śladów pojechał Pan szukać aż do Izraela.

    Bardzo zależało mi na spotkaniu z rodziną Jakuba (Jaakowa) Szpringera. On mnie najbardziej zainteresował, bo urodził się w Kaliszu w 1921 r. i większość swojego życia spędził w Polsce. Tuvia Sokolsky, który zdołał uciec terrorystom, urodził się we lwowskim getcie w 1942 r. Do Polski przyjechał w roku 1957 i wyjechał dwa lata później. Podobnie Zeew Friedman, który urodził się w ZSRS, dokąd jego rodzice uciekli z Polski przed nazistami. Tymczasem Szpringer zdążył zrobić karierę jako działacz sportowy. Chciałem poznać jego historię, a źródła podawały skąpe i często sprzeczne informacje. W Izraelu rozmawiałem z wdową po Jaakowie, Szoszaną, i ich synem, Alexem. Dzięki tej wizycie wiele informacji udało mi się sprostować. Szpringer od 1935 r., czyli od początku swojej kariery bokserskiej, zbierał wszystkie wycinki z informacjami prasowymi, jakie ukazywały się na jego temat.

    Czytaj więcej: Wyroszczeni w wolności — wywiad z Gretą Bartosewicz, młodą nauczycielką

    Dlaczego przez 50 lat ten temat był z Polsce przemilczany?

    Na początku, w 1972 r., to była kwestia polityczna. Polska w ślad za ZSRS zerwała w 1967 r. stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Tadeusz Olszański, który relacjonował igrzyska w Monachium dla tygodnika „Sportowiec”, zapamiętał, że nie ukrywano, iż zginął tam były działacz Głównego Komitetu Kultury Fizycznej, jednak w żadnej gazecie nie znalazłem ani jednego artykułu, który wymieniałby ofiary z nazwiska. Zginęła anonimowa grupa osób. Myślę, że dziennikarze, nawet jeśli nie mieli oficjalnego zakazu pisania o żydowskich ofiarach, to wiedzieli, czego nie powinni. W takiej epoce żyli. A potem o tym najwyraźniej zapomniano. Drobne informacje zaczęły się pojawiać dopiero po zmianie systemu, w latach 90., ale to już chyba wtedy mało kogo interesowało. To ciekawe, że dziennikarze nie sprawdzili tego wątku, gdy w 2006 r. wchodził na polskie ekrany film Spielberga „Monachium”.

    | Fot. mat.prass.

    Na które historie z książki szczególnie zwróciłby Pan jeszcze uwagę?

    Starałem się tak dobierać bohaterów książki, by ich losy mówiły też coś o historii Polski w różnych epokach. Bokser Aleksy Antkiewicz na początku zainteresował mnie ze względu na swoje wojenne losy. Jednak w 1947 r. został milicjantem. Jako sportowiec był więc wykorzystywany przez komunistyczne władze w celach propagandowych, a jednocześnie jego życiorys dokładnie sprawdzano. Miał pokaźną teczkę w Instytucie Pamięci Narodowej. Z niej dowiedziałem się, że pod koniec wojny wcale nie był robotnikiem przymusowym w Bawarii i nie został wyzwolony z obozu pracy przez armię amerykańską, jak podają źródła. W 1943 r. trafił do Wehrmachtu, ukrywał ten fakt do końca życia. Z kolei pierwszym polskim indywidualnym medalistą olimpijskim był jeździec Adam Królikiewicz – legionista Piłsudskiego, żołnierz I brygady. Jego życie to też historia walki o niepodległość, wojny z bolszewikami i początki polskiego ruchu olimpijskiego.

    Jakiegoś wileńskiego wątku się wśród pańskich opowieści doszukamy?

    Jedynie pośrednio. Rywalką, a następnie przyjaciółką Heleny Pilejczyk, o której piszę w jednym z rozdziałów, była urodzona w Wilnie Elwira Seroczyńska. Opisuję, jak w Squaw Valley w 1960 r. obie zdobyły medale w łyżwiarstwie szybkim. Za oprawę tych igrzysk odpowiadał Walt Disney.

    Jak zrodził się pomysł na taką właśnie książkę?

    Będąc jako widz na igrzyskach paraolimpijskich w Londynie, byłem pod wrażeniem publikacji reporterskich o sporcie, które ukazywały się w Wielkiej Brytanii. U nas takiej literatury, próby pokazania życia sportowców w szerszym kontekście społecznym, jest bardzo niewiele. Trochę pozazdrościłem, w końcu stwierdziłem, że sam spróbuję coś w tym stylu napisać.

    Pewnie nie wszystkie historie, które Pan odkrył, zdołał opisać. Będzie dalsza część?

    Rzeczywiście, jest kilka takich historii, ale na ten moment nie myślę o dalszej części. Trzy lata pracy nad książką przypomina bieg maratoński – po takim wysiłku trzeba odpocząć.

    Czytaj więcej: Podróżnik z Solecznik, Marek Kołosowski: „Do trzydziestki chcę zaliczyć 50 krajów”


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 38 (111) 24-30/09/2022

    Afisze

    Więcej od autora

    No to referendum!

    Żeby komisarz referendum zarządził, potrzeba było co najmniej 10 proc. podpisów uprawnionych do głosowania mieszkańców, czyli ponad 58 tys. Inicjatorzy referendum na ich zebranie mieli 60 dni. Na ponad...