Więcej

    ORP „Orzeł” powraca. W kinie i literaturze

    Do dzisiaj nie wiemy na pewno, co stało się z „Orłem”, mimo wieloletnich poszukiwań nie wiemy, gdzie się znajduje, ale też nie wszystkie archiwa w tej sprawie są już odtajnione – mówi Adam Kupaj, aktor, który zagrał w filmie „Orzeł. Ostatni patrol”, oraz redaktor wznowionej książki „Dzieje ORP Orzeł”.

    Czytaj również...

    Jak to się stało, że rola w filmie popchnęła Pana, aktora, do stania się jednym ze współtwórców wznowionej książki o niezwykłych dziejach legendarnego polskiego okrętu podwodnego ORP „Orzeł”?

    Jestem typem aktora, który kiedy dostaje do zagrania jakąś rolę zakorzenioną historycznie, to bardzo lubi zdobyć jak najszerszą wiedzę na temat tej historii i okresu, w którym pracuje. Miałem przyjemność jako aktor zagrać choćby Tadeusza Kościuszkę czy Fryderyka Chopina, postaci niezwykle ważne. Od razu wchłonąłem wszystko, co było dostępne na ich temat. Szczególnie listy prywatne, bo to daje mi pewne wyjątkowo bliskie pojęcie o osobie, w którą przychodzi się wcielić. Oczywiście, aktorzy stosują różne metody, ale ja bardzo lubię się zanurzyć w historię, w tamten świat, jego konwenanse. Gdy dostałem zaproszenie do zagrania w filmie „Orzeł. Ostatni patrol”, zdjęcia już trwały. Atmosfera była niesamowita. Kupiłem wtedy książkę Jerzego Pertka „Dzieje ORP Orzeł”, wydanie IV, i zacząłem czytać. No i wydarzyło się coś szalonego…

    Adam Kupaj (ur. 1989) – aktor Teatru Nowego w Łodzi, absolwent łódzkiej PWSFTviT, znany z ról w takich filmach, jak m.in.: „Jack Strong”, „W głębi lasu”, „Psy 3. W imię zasad”, „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”. W filmie „Orzeł. Ostatni patrol” wcielił się w rolę bosmana Aleksandra Kameckiego. Zainspirowała go ona do podjęcia, uwieńczonych powodzeniem, prac nad wznowieniem legendarnej książki Jerzego Pertka „Dzieje ORP Orzeł”
    | Fot. archiwum przywatne

    Mianowicie?

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    To, że zdobywam wiedzę na temat tego, w co się angażuję, nie polega na tym, ze przeczytam jedną książkę. Chłonę ileś tam publikacji, wkładam w to bardzo dużo pracy i później chcę jak najszerzej tą zdobytą wiedzę spożytkować, podzielić się nią. Po skończeniu zdjęć do filmu przystąpiłem do nagrywania słuchowiska „ORP Orzeł”, trzyodcinkowego skrótu historii „Orła” z moim scenariuszem i reżyserią. Dzięki pomocy Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni otrzymałem kontakt do uznanych historyków – Huberta Jando i Grzegorza Świątka. Na podstawie ich wiedzy i swoich atutów artystycznych stworzyłem słuchowisko, a następnie urodziła się jeszcze książka. Na mojej drodze pojawiło się wydawnictwo Znak z panem Krzysztofem Chabą na czele, w którym pomysł wznowienia książki Jerzego Pertka, rozbudowanej o najnowsze ustalenia odnośnie do poszukiwań wraku „Orła”, przyjęto bardzo entuzjastycznie. Nie trzeba było toczyć o to walk, wszystko się idealnie złożyło, w czym na pewno pomogło to, że wznowienie zbiegło się z wejściem filmu do kin, do czego zresztą nawiązuje obwoluta książki, i tym samym złożyło w pewną całość. Dodam jeszcze, że udało mi się namówić Aleksandrę Komudę, żeby przygotowała do wznowionej książki piękne ilustracje w stylu baśniowym, nadające marynistyce odmienione oblicze.

    W książce jest Pan redaktorem, w filmie gra rolę jednego z marynarzy „Orła”, Aleksandra Kameckiego.

    Odpowiedzialnego za systemy elektryczne na pokładzie. Już po nakręceniu zdjęć, dzięki wspomnianym przyjaciołom historykom, poznałem syna mojego bohatera, Bogusława Kameckiego. Odwiedziliśmy go wspólnie w domu pod Gdynią, małżonka pana Bogusława poczęstowała nas wspaniałym ciastem drożdżowym, które pamiętał będę po wsze czasy! Niestety, pan Bogusław niewiele pamiętał, bo taty nie poznał, urodził się w październiku 1939 r., gdy jego ojciec był już w ogniu wojennej walki, ale kilka ciekawych historii od niego usłyszeliśmy.

    Czytaj więcej: „Ukraiński sługa narodu” w DKP w Wilnie. Film o drodze Zełenskiego od komika do prezydenta

    Przypomnijmy Czytelnikom na Wileńszczyźnie, czym był ORP „Orzeł”.

    Wielkim darem społeczeństwa, narodu polskiego dla ojczyzny. Po I wojnie światowej, kiedy odbudowywało się niepodległe państwo polskie, wszyscy zgodnie uważali, że potrzebujemy floty. Rozpoczęto zbiórkę na okręt podwodny – czy jak wtedy to jeszcze nazywano: łódź podwodną, bo dopiero potem zmieniono nomenklaturę, przyjmując, że łodzie są cywilne, a okręty wojskowe. Za zebraną kwotę w stoczni w Holandii wyprodukowano dwa okręty bliźniacze, „Orła” i ORP „Sęp”. Jednostki dość duże jak na Bałtyk, co niektórzy krytykowali, ale najnowocześniejszej konstrukcji, szybkie, odpowiednio uzbrojone, bardzo groźne. Ich powstanie odnotowała prasa na całym świecie. Rozpisywano się o nich we Francji, Anglii, oczywiście także w Niemczech. „Orzeł” przypłynął do Polski 10 lutego w 1939 r., „Sęp” trochę później, latem. Na „Orle” pojawiła się najlepsza załoga pod dowództwem komandora Henryka Kłoczkowskiego, plejada oficerów i marynarzy marzących o tym, by dostać się na taki okręt i zostać członkami jego załogi. Śmietanka marynarska tamtych lat. Zachowały się wspomnienia, listy, w których o tym pisali. „Westchnij za tym, żebym dostał się na Orła”, prosił jeden z marynarzy w liście do swojej dziewczyny.

    | Fot. mat. prass.

    Czy komuś z Wileńszczyzny też się udało na niego zaciągnąć?

    Informacje na temat pochodzenia członków załogi są skąpe, więcej wiemy o kadrze oficerskiej. Na pewno wielu marynarzy było z centralnej Polski, z korzeniami z Wileńszczyzny raczej nikogo na „Orle” nie znajdziemy.

    Niedługo po wybuchu wojny „Orzeł” znalazł się w Tallinie, gdzie został internowany, po czym załoga podjęła próbę brawurowej, skutecznej ucieczki.

    Wtedy rozpoczyna się wielka legenda okrętu. Komandor Kłoczkowski zawinął do Tallina pod pretekstem swojej choroby. Nie wiemy, czy faktycznie zachorował, najprawdopodobniej była to nerwica. Nie chciał ryzykować, opuścił patrol w trakcie operacji i popłynął w stronę Estonii. Tam zszedł z pokładu i udał się do szpitala. Dowództwo przejął młody, ambitny Jan Grudziński. Estończycy jednak internowali okręt, bo przekroczył prawo międzynarodowe. W nocy załoga uciekła ukradkiem z Tallina, wszyscy „Orła” ścigali, ale dopaść nie zdołali. Początek książki zawiera wspaniały cytat o ucieczce z Tallina, zaczerpnięty z artykułu w brytyjskim czasopiśmie „Britannia and Eve”, który określił to wydarzenie jako jedno z największych wydarzeń morskich w historii. Okręt przepłynął z Tallina przez całe Morze Bałtyckie, cieśniny i Morze Północne bez map dna morskiego. Funkcjonował tylko na geniuszu podporucznika Mariana Mokrskiego, który na podstawie latarni morskich potrafił dokładnie poprowadzić jednostkę. A wystarczył mały błąd, by okręt zarył w dno i byłoby po sprawie. Po ucieczce jeszcze miesiąc „Orzeł” patrolował Morze Bałtyckie, by po wyczerpaniu zapasów przedostać się do Anglii i tam walczyć dalej za Polskę. Po krótkim remoncie powrócił do służby i odbywał patrole z konwojami.

    8 kwietnia 1940 r. dokonał swojego kolejnego wielkiego wyczynu.

    Tak. Zatopił statek handlowy „Rio de Janeiro”, który płynął sobie spokojnie do Norwegii, a okazało się, że wiezie tam transport niemieckich żołnierzy. Załoga „Orła” to wyczuła, zaatakowała po uprzednich ostrzeżeniach i zatopiła statek dwoma salwami torped. Później zaraportowano to Brytyjczykom, którzy nie potraktowali tej informacji jakoś szczególnie doniośle, nie zastanowiło ich zbytnio, że z okrętu handlowego wyskakują żołnierze i wypadają armaty. A następnego dnia Hitler rozpoczął operację inwazji na Norwegię.

    Niedługo potem, 23 maja 1940 r., „Orzeł” wypłynął na swój ostatni patrol.

    Nie wiemy, co się wydarzyło, okręt nie dawał z patrolu żadnych sygnałów i nigdy nie powrócił do bazy. Aczkolwiek uwaga, jeszcze nie wszystkie dokumenty ws. „Orła” zostały odtajnione w brytyjskich archiwach. Hubert Jando i Grzegorz Świątek poświęcili kawał swojego życia na zdobycie informacji, badając wiele rozmaitych hipotez, które pojawiły się przez lata. Hubert był w archiwach niemieckich, holenderskich, angielskich, wyczerpał chyba wszystkie możliwe źródła, docierając także do raportu angielskiego lotnika, który wskazuje na to, że „Orzeł” został przypadkowo zaatakowany przez angielski samolot bez uprzedzenia, które wcześniej praktykowano, ale Niemcy przestali przestrzegać tej zasady i Brytyjczycy odpowiedzieli tym samym, atakując, co się tylko ruszało. „Orzeł” mógł wypłynąć na chwilę, by załadować akumulatory, może to była jakaś awaria, chciał się zanurzyć, ale nie zdążył. Otrzymał atak dwoma albo trzema bombami i zatonął.

    Czytaj więcej: Dokumentalny film o Jerzym Ordzie „Anarchista w duchu św. Augustyna” w Narodowej Galerii Sztuki w Wilnie

    Jego wraku nie odnaleziono.

    Do dzisiaj nie wiemy, gdzie się znajduje. Niby położenie jest mniej więcej określone, na 90 proc. wiemy, w którym to jest rejonie, a jednak ekipy poszukiwawcze od 20 lat szukają „Orła”, być może wielokrotnie obok niego przepływały, a jednak nie znalazły.

    Film „Orzeł. Ostatni patrol” podczas tegorocznego 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni zdobył nagrody m.in. za reżyserię, dźwięk i montaż. Od miesiąca można go już oglądać w kinach. Dlaczego warto?

    Jacek Bławut, reżyser, wybitny dokumentalista, zabrał się za niezwykle ciekawy temat. Jedyny dotąd film o dziejach okrętu „Orzeł”, Leonarda Buczkowskiego z 1958 r., opowiadał całą jego historię. Bławut wziął na warsztat ostatni patrol. Moment, w którym nie wiemy do końca, co się wydarzyło. Wiemy, że chwilę przed godz. 23 porucznik Andrzej Piasecki z małżonką byli w kinie, do którego weszli brytyjscy żołnierze, i przekazali Piaseckiemu rozkaz awaryjnego wypłynięcia. Porucznik musiał wyjść z kina, opuścić żonę, wsiąść na okręt i wypłynąć. Nie wiemy, co mogło być tego przyczyną, może powiedzą o tym te utajnione dokumenty. Film próbuje rozwikłać tę zagadkę, wiemy, w którą stronę płynęli i dokąd, po zostawionych materiałach wiemy, jaka atmosfera panowała na okręcie, z czym się mierzyli członkowie załogi, jakie mogły być sytuacje; a życie na okręcie to nic przyjemnego, wielka walka psychologiczna ze sobą, i to wszystko reżyser spróbował połączyć ze sobą w jedną całość. To nie jest film akcji, jakiego być może niektórzy oczekiwali, raczej dramat psychologiczny. Warto zobaczyć wspaniałe obrazy, doskonałe kostiumy, charakteryzację i rekonstrukcję okrętu. Może nie 1:1, ale został odbudowany z wielką dokładnością dzięki dokumentacji zachowanej w Holandii.


    Artukuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 46(134) 19-25/11/2022

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Afisze

    Więcej od autora

    O powstaniu styczniowym w Sukiennicach

    Cieszymy się bardzo z zainteresowania „Kuriera Wileńskiego” naszą wystawą – wita nas w progach Muzeum Narodowego w krakowskich Sukiennicach Piotr Wilkosz, kurator ekspozycji. – W roku jubileuszu powstania styczniowego wiele placówek muzealnych w Polsce przygotowało wystawy czasowe. Choćby Zamek...

    Taka piękna katastrofa

    Z parkietu zeszło wspaniałe pokolenie polskich szczypiornistów, którzy jeszcze na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 r. zajęli czwarte miejsce, a godnych następców nie widać do dziś. Nieco na ponad rok przed rozpoczęciem mistrzostw Henryk Szczepański, prezes...

    Oto fotograf Auschwitz — Wilhelm Brasse

    Jarosław Tomczyk: Jak poznała Pani Wilhelma Brassego? Anna Dobrowolska: Tak naprawdę trafił na niego Ireneusz Dobrowolski, mój mąż, jeszcze zanim się poznaliśmy. Przyjaciel powiedział mu, że izraelska telewizja robi dokument o karłach w Auschwitz, a jedną z postaci, która będzie...

    Nie widzę pokoju na horyzoncie

    Jak w Pani ocenie wygląda sytuacja na froncie ukraińsko-rosyjskim na koniec 2022 r.? Jeżeli chodzi o taktykę, mamy zamrożenie działań frontowych, głównie ze względu na pogodę. Dopóki nie będzie silnego mrozu, sprzęt będzie utykał w błocie. Natomiast sytuacja strategiczna jest...