Więcej

    Pamiętajcie o ogrodach. Piosenki Jonasza Kofty wciąż szumią nam w uszach

    Jonasz Kofta to twórca prawdziwie renesansowy – satyryk, dramaturg, piosenkarz kabaretowy, malarz, obok Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego najsłynniejszy twórca polskiej piosenki drugiej połowy XX w. Nawet w niesprzyjających czasach łączyć osobisty liryzm z wielkim poczuciem humoru oraz wrażliwością. 28 listopada przypada 80. rocznica jego urodzin. Upamiętnienia tego niezmiernie inteligentnego indywidualisty podjął się Piotr Derlatka. Efektem jego pracy jest książka pt. „Jego portret. Opowieść o Jonaszu Kofcie”.

    Czytaj również...

    Jaki był Jonasz Kofta? Czy można w jednym zdaniu ująć jego nietuzinkową osobowość? Sam o sobie mówił: „Jestem taki człowiek między-między. Między aktorem a estradowcem, między autorem a wierszorobem, między pieśniarzem a grajkiem, między frajerskim moralistą a komentatorem politycznym. I jeszcze coś pośredniego między podbawiaczem, lirykiem i młotem satyry”.

    Nie można jednym zdaniem powiedzieć, jaki był Jonasz, nawet z racji tego, że on poruszał się w bardzo różnych obszarach. Z jednej strony był satyrykiem. Najpierw pisywał teksty do szkolnego kabaretu w Poznaniu, w Liceum Plastycznym, do którego uczęszczał, potem w kabarecie studenckim w warszawskich Hybrydach czy w kabarecie Pod Egidą. To były piosenki liryczne i satyryczne.

    Z drugiej strony był poetą, przez duże P, którym bardzo chciał być. Przykładem tego może być taki (dziś już znany) „Szary poemat”, wiersz nawiązujący do wydarzeń z Radomia z 1976 r. Za jego życia nie był drukowany nawet w prasie podziemnej. Nie puściłaby go cenzura, bo to była poezja bardzo ostra, polityczna, aluzyjna. Wyrażająca sprzeciw dla ówczesnej władzy komunistycznej. Tu Kofta był rzeczywiście komentatorem politycznym, takim młotem historii.

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    „Już się nie zrośnie noc na pół przecięta/Tak ogromnieje co ogromne/Niektórzy piją, by zapomnieć/Ja piję, żeby zapamiętać” – pisał w „Szarym poemacie”.

    Z „trzeciej” strony… Jonasz Kofta był radiowcem. Zdolności zapewne odziedziczył po ojcu. Mieczysław Kofta był dziennikarzem radiowym. Jonasz Kofta wraz ze Stefanem Friedmannem stworzyli – kultowe, bardzo cenione, przypominane dziś często – audycje radiowe w Programie 3 Polskiego Radia, które nosiły tytuł „Fachowcy”. Dowcipne dialogi pomiędzy panami osadzone były w polskiej rzeczywistości lat 70. XX w. Skecze były na tyle dobre, że ukazały się także w formie książkowej.

    No i z „czwartej” strony Jonasz Kofta był też człowiekiem teatru. Napisał kilka dobrych sztuk. Nie miał niestety szczęścia, bo te sztuki nie odnosiły wielkiego sukcesu, aczkolwiek zrealizował taki musical, właściwie rock-operę „Kompot”. To zostało bardzo dobrze przyjęte, choć szybko zdjęte przez władze. Kofta napisał ją z Bene (Zdzisławem) Rychterem, a wystawiona była w Fabryce Norblina.

    Jego teatralny debiut, „Oko” w reżyserii Aleksandra Bardiniego, musical wystawiony w 1970 r. jako przedstawienie dyplomowe studentów warszawskiej Akademii Teatralnej, miał też dobry odbiór.

    Świetna była też „Wojna chłopska”, w której dopatrywano się wpływów Brechta, a nawet samego Szekspira…

    Dramaty Kofty były jednak źle przyjmowane przez krytyków.

    Czytaj więcej: Wędrówki ulicami wileńskimi: Zan — postać niesłusznie zapomniana

    Bardziej jeszcze niż do krytyków teatralnych nie miał Jonasz szczęścia do teatralnych realizacji swoich dramatów. Na przykład w Poznaniu wystawiono jego sztukę „Achilles i miłość”. Ta interpretacja oburzyła samych widzów. Pisali nawet skargi do dyrektorki teatru, Izabeli Cywińskiej, protestując przeciwko nagości na scenie. A co z jego malarstwem? W tej dziedzinie chyba się nie rozwinął szczególnie?

    Jeśli chodzi o malarstwo, to jest też ważny wątek jego życia. Jonasz skończył Liceum Sztuk Plastycznych w Poznaniu, które było taką enklawę koloru w bardzo mało kolorowych czasach. Potem podjął studia na ASP w Warszawie i tych studiów nie skończył, bo już w tym czasie wsiąkł w tą barwną kulturę studencką, w kabaret Hybrydy. I to go pochłonęło. Lubił występować w klubach studenckich. Był idolem młodzieży studenckiej, szukającej w piosence liryzmu, dobrej pointy, a przede wszystkim tematów ważnych dla wszystkich: miłości i wolności.

    Do malowania wrócił, ale dopiero pod koniec swojego życia, kiedy był już chory i wycieńczony leczeniem. W wyniku choroby tracił głos i z trudem występował. I wówczas ta jego ekspresja twórcza zwróciła się ku malarstwu.

    Myślę, że stan jego zdrowia i panująca w Polsce atmosfera lat 80. odbiły się w tej sztuce. Malował bardzo pesymistyczne pejzaże, tworzył przygnębiające kolaże. On zawsze marzył, aby mieć swoją wystawę, ale oczywiście do niej nie doszło. Teraz – z czego pewnie byłby dumny – powstaje projekt i na wystawę są spore szanse. Ma to być w Sulejówku pod Warszawą.

    Piotr Derlatka – rocznik 1978, z wykształcenia polonista i teatrolog, doktor nauk humanistycznych z zakresu literaturoznawstwa. Autor książek „Poeci piosenki 1956–1989. Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, Wojciech Młynarski i Jonasz Kofta” i „Zdradziecka Agnieszka Osiecka”, „Jego portret. Opowieść o Jonaszu Kofcie”. Prywatnie miłośnik jazzu i dwudziestolecia międzywojennego oraz zapalony kolekcjoner płyt. Na zdjęciu: z Krystyną Koftą, bratową Jonasza Kofty, pisarką
    | Fot. archiwum prywatne

    Kofta ze swoim wielostronnym talentem nie pojawił się znikąd. Stała za tym rodzina, której historia też jest niezwykła.

    Rodzina Koftów to w dużej mierze ludzie pióra i nauki. Matka Jonasza, prof. Maria Kofta – germanistka i filozofka. Brat Jonasza, Mirosław Kofta – profesor psychologii. Żoną Mirosława jest Krystyna Kofta – pisarka i publicystka. Warto też tu powiedzieć o synu, Piotrze Kofcie, który jest pisarzem i dziennikarzem kulturalnym.

    Pan dotarł do przeszłości, prowadząc niemal śledztwo biograficzne. Wiele z wątków z życia rodziny są nieznane synowi czy bratu Jonasza. Jak się szuka takiej przeszłości?

    Głównie w archiwach, ale bezcennym źródłem informacji jest także przedwojenna prasa. Z niej dowiedziałem się – między innymi – gdzie studiował dziadek Jonasza i jak nazywała się firma, którą założył w Warszawie.

    Mnie udało się odtworzyć (z czego jestem dumny) drzewo genologiczne tej żydowskiej części rodziny, po ojcu. Udało się dzięki rodzinie, którą odnalazłem we Francji. Pomógł również Żydowski Instytut Historyczny. Szukając materiałów, odkryłem całkiem sporo obrazów pędzla Jonasza, jego utworów nigdy niewydanych. Bardzo mnie to wciągnęło, tym bardziej że nikt dotąd o Jonaszu Kofcie książki nie napisał. To była fascynująca praca. Chciałem pokazać życie tego ciekawego człowieka na tle historii komunistycznej Polski, czy nawet szerzej – Europy. I to się udało.

    Ciekawa jest też historia nazwiska, bo to wcale nie Kofta…

    Historia nazwiska jest bardzo ciekawa. Otóż matka Jonasza Maria pochodziła z Ukrainy, ojciec Mieczysław natomiast pochodził z rodziny zasymilowanych polskich Żydów, naprawdę nazywał się Kaftal. Poznali się w Warszawie na studiach. Kiedy wybuchła wojna, to nazwisko zaczęło być „kłopotliwe”, zdecydowanie żydowskie. Wówczas (już jako małżeństwo) zdecydowali się na ucieczkę przed Niemcami na Kresy.

    W okolicach Równego na Wołyniu, w Mizoczu, urodził się ich pierworodny syn, Janusz (Jonasz). Tam też Kaftalowie musieli sfałszować swoje dane, wydrapawszy z dokumentów literkę „l”, a z litery „a” zrobili „o”. Tak powstało Kofta.

    Czytaj więcej: Jan Barchwic – kryształowa postać, zagubiona w historii

    A jaki był Jonasz na co dzień?

    Miał w sobie taką chłopięcą spontaniczność. Kiedy wymyślił coś, od razu realizował. Wpadł na pomysł, że pojadą z kolegą nad morze, od razu wsiadał i jechał. Miał szalone pomysły, zachcianki, które sprawiały, że nie trzymały się go pieniądze, np.: czemu nie pojechać taksówką do Zakopanego…

    Krystyna Kofta (bratowa Jonasza) wspomina, że nie można było mu powiedzieć, że ma na sobie coś ładnego. Od razu zdejmował i oddawał. I nie chodziło tylko o własne zadowolenie, ale też o przyjemność robienia przyjemności innym. Był hojny i serdeczny.

    Brylował w towarzystwie. Wszyscy koledzy wspominają go jako świetnego gawędziarza. Sypał anegdotami wprost z rękawa. Nie był też zazdrosny o sukcesy innych, potrafił się wręcz cieszyć nimi, co w tym środowisku jest niezwykłe. Wspierał też młodych, początkujących twórców. Taki gitarzysta Roman Ziemiański mówi, że gdyby nie Jonasz, to on by nie zaistniał na scenie. Mało też osób wie, że dzięki Kofcie zaistniał Edward Stachura. Kofta zaprosił kiedyś jeszcze nikomu nieznanego Stachurę do radiowej Trójki.

    Jednym z największych jego talentów była umiejętność zjednywania sobie ludzi. Publiczność go uwielbiała. Przyjaciele kochali. Kochali za szczerość, pogodę ducha, radość życia, za błyskotliwość i intelekt. Wszędzie, gdzie się pojawiał, skupiał na sobie uwagę. Agnieszka Osiecka mówiła, że był egocentrykiem, który potrafił dzielić się miłością.

    Publiczność go kochała. Kochało go Opole. Przed Collegium Maius Uniwersytetu Opolskiego stanął pomnik Jonasza Kofty. W latach 60. i 70. XX w. piosenki Jonasza Kofty święciły triumfy na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Na każdym festiwalu wyróżniano kilka, które natychmiast stawały się szlagierami i do dziś są powszechnie znane.

    Kofta swoimi tekstami trafiał do szerokiego spektrum publiczności. Był wspaniałym tekściarzem. Zarówno on, jak i Młynarski oraz Osiecka byli tekściarzami, którzy trafiali w serca ludzi. Z tym, że z tej trójki Jonasz Kofta chciał być najbardziej poetą – chociaż określenie „tekściarze” nie ujmuje im talentu. Tak się potocznie do dziś nazywa autorów tekstów piosenek.

    Jonasz Kofta tak naprawdę nie lubił pisać dla innych, bo uważał, że najlepszym wykonawcą swoich piosenek jest on sam. Ale oczywiście ze względów ekonomicznych i prestiżowych pisał dla innych, wykonawców zawsze sobie starannie dobierał, miał swoich ulubionych kompozytorów.

    Bardzo dobre były dla niego lata 70., bo on wtedy nie pił. I dlatego z tych lat pochodzi najwięcej najlepszych jego tekstów.

    W styczniu 1988 r. był już bardzo chory. Rak ślinianki spowodował chorobę popromienną. Miał wypalony radioterapią przełyk i spaloną skórę z jednej strony twarzy. Dla artysty występującego na scenie to był dramat.

    Przeczuwał własny koniec, o czym często mówił w rozmowach z przyjaciółmi oraz w tekstach. „Ja jestem ciekaw swojej śmierci/I jednym tylko się trwożę/Gdy serce pęknie mi na ćwierci/Już wiersza o tym nie ułożę”.

    4 lutego 1988 r. w warszawskim SPATiF-ie, będąc w stanie nietrzeźwości, zadławił się kęsem mięsa i osunął z krzesła. Rozbawione towarzystwo sądziło, że poeta się zgrywa. Dopiero po kilkunastu minutach jeden z aktorów zauważył, że Jonasz Kofta sinieje w konwulsjach. Przewieziono go do szpitala, ale było już za późno. Żył jeszcze bez świadomości dwa miesiące. Zmarł 19 kwietnia 1988 r. Polska kultura straciła naprawdę genialnego poetę.

    Zostawił po sobie ponad 600 tekstów – piosenek i wierszy, 11 sztuk i scenariuszy teatralnych, obrazy, niezliczoną ilość tekstów. Mimo tylu osiągnięć twierdzę, że wciąż jest niedoceniany.

    Czytaj więcej: Cemach Szabad – jedna z postaci najbarwniejszych dawnego Wilna


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 47(137) 26/11-02/12/2022

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Afisze

    Więcej od autora

    „Robiłam zwyczajne rzeczy”. Rzecz o Irenie Sendlerowej

    Dziwne jest, że jej postać została odkryta dla świata dopiero w 1999 r. dzięki czwórce uczennic z… Kansas w USA. Dziewczyny, zainspirowane przez nauczyciela Normana Conarda, w ramach przygotowań do olimpiady historycznej wystawiły sztukę teatralną poświęconą Polce. To one,...

    Podążając za Strzemińskim

    Mimo że życie Władysława Strzemińskiego naznaczone było wojną i kalectwem, to miał w sobie mnóstwo siły i samozaparcia, by tworzyć, pisać, uczyć. Niedoceniony za życia, odszedł w skrajnej biedzie, mając 59 lat. 26 grudnia 2022 r. minęło 70 lat...

    Mediacja — pokojowa forma rozwiązywania sporów

    Przyglądając się przeobrażeniom, jakie w ostatnich latach dokonały się w modelu szkoły, obserwujemy i te, które dotyczą wzrostu znaczenia pozycji dziecka w tym środowisku, ale też i w rodzinie i ogólnie w społeczeństwie. Dzieci manifestują swoją potrzebę swobody i...

    Józef Szostakowski, piewca Wileńszczyzny

    Jego przywiązanie do regionu przejawia się w wielu działalnościach i inicjatywach. Doktor humanistyki, miał być nauczycielem języka i literatury polskiej oraz historii, w trakcie doskonalił swe kwalifikacje, co zaowocowało obroną pracy doktorskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Przez wiele lat wykładał...