Więcej

    Reformy w oświacie muszą mieć wspólny mianownik

    W przypadku szkół mniejszości narodowych zauważalne jest pewne rozwarstwienie. Jest grupa szkół, które trafiają do pierwszej osiemdziesiątki, są naprawdę mocne. Ale jest część szkół, które są na szarym końcu – mówi Gintaras Sarafinas, redaktor naczelny magazynu „Reitingai”.

    Czytaj również...

    Dziewiąty rok z rzędu pismo „Reitingai” tworzy i publikuje rankingi szkół na Litwie. Daje to możliwość porównania i oceny wyników reform oświatowych, wyników osiągnięć uczniów. Jakie są tendencje, w jakim kierunku zmierzamy?

    Nie ma jednego parametru, który by wykazał, co się dzieje z oświatą. Wszystko odbywa się falami i w różnych kierunkach, a kiedy brakuje jednego określonego kierunku, nie jest jasne, dokąd zmierzamy.

    Jeżeli chodzi o osiągnięcia uczniów, każdego roku odbywają się wahania poszczególnych dyscyplin, np. w tym roku bardzo słabo wypadły wyniki z matematyki, częściowo z informatyki. W ubiegłym roku gorsze były wyniki z litewskiego, biologii. Przypomina to gaszenie pożaru – w jednym miejscu udaje się stłumić ogień, ale wznieca się on w drugim. Nie ma ani stabilności, ani jasności, jest miotanie się. A przecież mamy do czynienia z młodymi ludźmi, na szalę postawiona jest ich przyszłość, tymczasem za każdym razem wskakują oni jak gdyby nago w pokrzywy. Dostają się do kolegiów lub na uniwersytety, tam z kolei nowe niespodzianki, ponieważ ktoś postanowił, że trzeba przeprowadzić dużo reform i wszystkie jednocześnie. Obecnie w trakcie realizacji jest jakieś osiem reform: optymizuje się szkoły zawodowe, optymizuje się kolegia, programy nauczania odnowiono, szykuje się reforma oceniania wyników nauczania, gdziekolwiek spojrzysz – wszędzie reforma. Najgorsze, że nie są one wszystkie przemyślane ani powiązane ze sobą. Każda reforma odbywa się swoim trybem, bez przeprowadzenia analiz i badań. Dotykają bardzo wielu ludzi. Są rzucane na barki uczniów, nauczycieli, administracji.

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    W tym roku nie zostało uruchomionych 11 szkół zawodowych. Dziwne rzeczy się dzieją. Nikt nawet nie pyta społeczności w regionach i po prostu decyduje za nie: wiecie, nie trzeba wam tej szkoły zawodowej, nie potrzeba wam gimnazjum, nie potrzeba wam kolegium. Kiedy w regionie zanika szkoła zawodowa, to nie jest dobra wiadomość. To nie jest polityka proregionalna. To zmniejszanie żywotności tego regionu.

    Czytaj więcej: „Reitingai”: polskie szkoły wśród 50 najlepszych na Litwie

    Gintaras Sarafinas: Szkoły z polskim językiem nauczania jeszcze mają tych mocnych nauczycieli i stwarzają dzieciom dobre możliwości startu
    | Fot. Marian Paluszkiewicz

    W ubiegłym roku ok. 15 proc. uczniów nie zdało państwowego egzaminu z matematyki, w tym roku to było już 35,42 proc. To najgorszy wynik z dotychczasowych. Dlaczego jest coraz gorzej?

    Ponieważ często wszystko jest pozostawiane samopas. Gimnazjaliści nie otrzymują jakiejś systemowej, jasnej pomocy. Uczyli się przez dwa lata w warunkach covid-19, więc doświadczyli wielu strat, a otrzymali bardzo mało pomocy. Pomocy często udzieliły same szkoły i oddani nauczyciele, ale też nie wszędzie. Część młodych ludzi nie zdała dlatego, że uczyła się matematyki tylko na poziomie B i przyszło na egzamin państwowy spróbować szczęścia. Trzecia przyczyna to ta, że zadania egzaminacyjne na Litwie powstają w sposób, powiedziałbym, niepowtarzalny. Co roku ogłaszany jest konkurs, wygrywają go grupy naukowców i nauczycieli, szykują zadania. Zadań jest naprawdę dużo, czasu naprawdę mało. Różne grupy przygotowują egzaminy, a ich styl pracy, ich końcowe przygotowane pakiety zadań mocno się różnią. Zadania tegoroczne będą się różnić od zadań ubiegłorocznych. Nie ma żadnej jednolitości. Uczniowie w klasach gimnazjalnych zazwyczaj, przygotowując się do matury z matematyki, rozwiązują zadania egzaminacyjne z poprzednich lat. Przychodzą na egzamin i dziwią się, że otrzymują inne zadania niż te, z których się przygotowywali.

    Na przykład widzą na maturze zadania spoza programu nauczania albo zadania błędnie sformułowane.

    Dziwne jest to, że te egzaminy nazywają się sprawdzianem dojrzałości, ale tak naprawdę nikt tej dojrzałości nie sprawdza. Odnoszę wrażenie, że usiłuje się te dzieci jakoś podejść podchwytliwie, przyłapać, że tego nie potrafią, są zbyt powolni, pokazać, że są analfabetami. Mam wrażenie, jakby te dzieci nie były nasze, ale jakieś obce.

    Może w tym roku dwunastoklasiści otrzymają dodatkową pomoc z matematyki? Ministerstwo w październiku przygotowało projekt modelu pomocy ze słabszymi uczniami. Czy ta pomoc dociera do nich?

    Obecnie pracuje grupa robocza ds. rozwijania kształcenia w zakresie matematyki. Będzie pracować do 31 grudnia. Coś ogłosi w styczniu. Potem trzeba będzie stworzyć plan, potem znaleźć środki, potem przeznaczyć pieniądze. I już przyjdzie pora na egzamin.

    Coś robią same szkoły. Postanawiają pomóc dzieciom po lekcjach, przed lekcjami, tworzą dodatkowe moduły, nauczyciele organizują konsultacje. Ale nie ministerstwo. Na szczeblu państwowym w tym roku nie ma żadnej pomocy. Może coś dadzą latem dzieciom, które wypadną słabiej podczas sprawdzianów przejściowych. Te dzieci latem pojadą na obozy naukowe, będą musiały uczyć się po 20 godzin. To na razie tylko plany, i to nie dla gimnazjalistów. Coś się tworzy, ale bardzo powoli i rozwlekle.

    Jak na tle szkół na Litwie wypadają wyniki szkół polskiej mniejszości narodowej?

    Szkoły mniejszości narodowych na Litwie wyglądają dobrze w naukach ścisłych, w tych dziedzinach, w których uczniom litewskojęzycznych szkół jest trudniej. Szkoły zarówno z polskim, jak i rosyjskim językiem nauczania dobrze wypadają na egzaminach państwowych z matematyki (Gimnazjum im. M. Balińskiego w Jaszunach, Gimnazjum im. św. Jana Pawła II w Wilnie, Gimnazjum im. W. Syrokomli w Wilnie), informatyki (Gimnazjum im. św. Jana Pawła II w Wilnie), fizyki (wileńskie Gimnazjum im. św. Jana Pawła II oraz im. J.I. Kraszewskiego), chemii (Gimnazjum im. J. Śniadeckiego w Solecznikach, Gimnazjum K. Parczewskiego w Niemenczynie, Gimnazjum im. św. Jana Pawła II w Wilnie), biologii (Gimnazjum im. J. Śniadeckiego w Solecznikach).

    W przypadku szkół mniejszości narodowych zauważalne jest pewne rozwarstwienie. Jest grupa szkół, które trafiają do pierwszej osiemdziesiątki, są naprawdę mocne. Ale jest część szkół, które są na szarym końcu. Często zależy to od zarządzania administracji, wielkości szkoły i od zespołu nauczycieli. Te szkoły mniej narzekają na brak nauczycieli niż szkoły litewskie, ale widać, że ten problem też przychodzi.

    Nauczycieli których przedmiotów brakuje na Litwie najbardziej?

    W szkołach na Litwie najbardziej brakuje nauczycieli fizyki, chemii, informatyki, biologii i matematyki. Szkoły z polskim językiem nauczania jeszcze mają tych mocnych nauczycieli i stwarzają dzieciom dobre możliwości startu. Znajomość tych dyscyplin to podstawa. Ogólna zaś tendencja na Litwie jest taka, że coraz mniej uczniów uczy się tych przedmiotów.

    Czytaj więcej: „Niech dzieci oglądają filmy od najmłodszych lat”. Jak kino może pomóc szkolnictwu ogólnemu

    Za chwilę w ogóle zabraknie nauczycieli tych przedmiotów. W tym roku studia na kierunku pedagogiki fizyki podjęły dwie osoby, pedagogiki chemii – jedna osoba, nikt nie zgłosił się na pedagogice technologii informacyjnych.

    Te osoby dopiero się dostały na studia. Niekoniecznie przyjdą do szkoły do pracy. Kiedy rozmawiam z merami poszczególnych samorządów, mówią, że zmiany nie ma żadnej. Przykładowo, z takiego typowego samorządu rocznie przechodzi na emeryturę 15–20 nauczycieli. Nowy nauczyciel przychodzi jeden. Nie pomaga nawet stypendium na zachętę. Taka wymiana jest dzisiaj na Litwie. System kształcenia pedagogów trzeba stworzyć od zera. To znów musi trwać.

    Resort oświaty przygotował projekt nowego systemu oceniania osiągnięć uczniów, który przewiduje, że jeżeli uczeń słabo zdaje sprawdziany końcowe w 8 klasie, może nadrobić zaległości. Jeżeli w 10 klasie otrzymuje czwórkę lub piątkę, będzie musiał opuścić szkołę. Czy Pana zdaniem jest to dobry pomysł?

    Pytanie jest dwojakie. Dobrze by było, gdyby w 11–12 klasie w szkole zostali bardziej zmotywowani, pragnący wiedzy gimnazjaliści, inaczej mówiąc, żeby panowała tam moda i kultura uczenia się. Nie przychodziliby ci, którzy przeszkadzają, a ci uczniowie, którzy wiążą swoją przyszłość z nauką, osiągnęliby maksimum swoich możliwości. Sama idea, żeby nie puszczać absolutnie wszystkich, jest dobra. Ale dotychczas większość szkół przeciągała uczniów za uszy do 11 klasy z powodu koszyczka, ponieważ każdy uczeń dla szkoły wiele znaczy. To było jedno przegięcie. Teraz kolejne przegięcie jest z wadliwym rozwiązaniem tego pomysłu. Mówiąc prosto, brak przygotowania do jego realizacji. Gdyby 10–15 proc. uczniów z 10 klasy nie przeszło do 11 klasy, wszystkim z pozoru wydawałoby się to do przyjęcia, ponieważ rzeczywiście zdarzają się uczniowie niezmotywowani. Ale jak w tym roku przedstawiono wymagania co do sprawdzianu wiedzy w 10 klasie, to 40 proc., a w niektórych samorządach 50 proc. uczniów nie będzie mogło przejść do 11 klasy. To nienormalne, to oczywiste przegięcie w inną stronę. Nie przygotowano się do tego kroku w tym sensie, że jeżeli tak znaczna ilość uczniów nie przyjdzie do 11 klasy, te gimnazja się wykrwawią. Część się zamknie, ponieważ zabraknie uczniów. W tym przypadku zmniejszy się obciążenie nauczycieli, zmniejszy się ich wynagrodzenie, regiony będą niezadowolone. Część szkół w ogóle się zamknie, zwłaszcza te, w których uczy się np. 180 uczniów. Jeżeli zabrać z tej szkoły 50 uczniów, bardzo mocno się ona skurczy i nie będzie mogła się utrzymać. To będzie uderzenie w szkoły.

    Z innej strony, szkoły zawodowe nie są do tego przygotowane. Jeżeli 8–9 tys. uczniów, którym nie zezwala się pójść do 11 klasy, przyjdzie do szkół zawodowych, to nie znajdą one tylu nauczycieli. To jest budowanie z jednego końca, ale burzenie z innego.

    Na razie trwają dyskusje. Urząd prezydenta wypowiedział się, że jest to segregacja uczniów, Rada ds. Oświaty wypowiedziała się, że nie popiera tego pomysłu. Plan wymaga jeszcze rozpatrzenia.

    Robi wrażenie gigantyczna kwota 210 mln euro przeznaczonych na projekt Szkół Tysiąclecia. Czy te pieniądze trafiają do szkół i wpływają jakoś na polepszenie wyników nauczania?

    Niewątpliwie trafiają do szkół. Pytanie, z jakim wynikiem, w jaki sposób szkoły je wykorzystają i ile korzyści otrzymają dzieci. Tutaj też są luki w przygotowaniu. Stworzony został projekt, więc samorządy i szkoły z niego korzystają. Jaki samorząd powie, że nie chce 2,5–3 mln euro? Co dalej? Celem reformy jest polepszenie wyników nauczania i zmniejszenie różnic pomiędzy poszczególnymi samorządami. Ale przewidziane środki nie korelują ani z celem, ani z przewidzianym wynikiem. Remontuje się aule, urządza się pokoje sensoryczne, kupuje się sprzęt, ale w jaki sposób dzięki temu polepszą się osiągnięcia 10-klasistów z matematyki, nie wiadomo. Trzeba jakoś sztucznie uzasadnić, jak wyniki się polepszyły. Trudno sobie wyobrazić, jakie dziwne rzeczy są pisane i ile musi wytrzymać papier. Np. szkoła kupiła sofę i musi uzasadnić, jak to wpłynęło na polepszenie wyników nauczania. Jak w królestwie krzywych zwierciadeł. Widzimy to, konstatujemy, piszemy o tym, ale karawana jedzie dalej.

    W projekcie uczestniczyły 54 samorządy. Przygotowały one plany rozwoju, do drugiego etapu przeszły 24 samorządy, 30 zostało odrzuconych. Konsultantom samorządy zapłaciły za przygotowanie planów, czas ucieka, o projekcie mówi się od wiosny 2020 r., a do przeznaczenia pieniędzy jeszcze daleko.

    Jakich zmian brakuje, żeby w systemie oświaty coś drgnęło w pozytywnym sensie?

    Po pierwsze, nie można brać się do 10 reform jednocześnie. Po drugie, trzeba myśleć systemowo, żeby te reformy miały wspólny mianownik. Po trzecie, reformy są szykowane w sposób zamknięty, odgórnie. W systemie oświaty jest wiele mądrych, wykształconych osób, ale nikogo nie pyta się o zdanie: ani merów, ani nauczycieli, ani rodziców, ani pracodawców. Tworzą się antagonizmy i rezultaty naprawdę nie są takie, jakich można się spodziewać. Kiedy na pierwszy plan stawia się ucznia lub studenta i w pierwszej kolejności myśli się o nim i z jego punktu widzenia, wtedy wszystko będzie ukierunkowane na maksymalny rezultat. 

    Czytaj więcej: „Korona” dla uczniów szkół rejonowych


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 50(146) 17-23/12/2022

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Afisze

    Więcej od autora

    W wileńskiej Filii UwB jesienią rusza pedagogika

    Anna Pieszko: Jak doszło do uruchomienia nowego kierunku pedagogiki w Filii UwB w Wilnie? Dr hab. Jerzy Halicki: Kiedy zostałem dyrektorem Filii Uniwersytetu w Białymstoku w Wilnie, skontaktowałem się z prezesem Stowarzyszenia Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Macierz Szkolna”, panem...

    Wileńskie Targi Książki 2023: 700 wersów dla wolności

    Temat przewodni targów książki — 700 wersów dla wolności — przypomina, że każdy z nas jest za nią odpowiedzialny. 23. Wileńskie Targi Książki w Litewskim Centrum Wystawienniczo-Kongresowym LITEXPO (al. Laisvės 5) odbędą się w dniach 23-26 lutego. Targi skupią się...

    Wujek Maniek miałby 90 lat…

    Wilnianie zapamiętali go i pokochali za niezwykłą osobowość sceniczną i wdzięk, z jakim za pośrednictwem wykonywanych piosenek przenosił widzów w klimaty przedwojennego polskiego Wilna. „On u Jabłkowskich kupuje ci, w ramionach ciebie kaaacza...” — śpiewał Wujek Maniek, opowiadając w...

    Dyskusje wokół końcówki „-a” w nazwiskach kobiet

    „Otrzymuję sygnały zarówno od kobiet, jak i mężczyzn, że po ślubie, gdy nazwisko mężczyzny brzmi np. Šarka, to dla kobiety są opcje Šarkienė lub Šarkė. A to brzmi nienaturalnie, czasem nielogicznie” — wyjaśnia posłanka. Pakarklytė twierdzi, że otrzymuje wiele...