Więcej

    Wyspa Wielkanocna, czyli na drugim końcu świata

    Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej wolą ją nazywać Rapa Nui. Wyznają chrześcijaństwo, ale ich religia ma specyficzną, synkretyczną formę. Świąt Zmartwychwstania nie obchodzą w jakiś szczególny sposób, nie czynią z nich dodatkowego atutu marketingowego, bo turystów i tak mają w nadmiarze.

    Czytaj również...

    Jest ponad dwa razy mniejsza od Wilna. W linii prostej leży ok. 19 tys. km od Litwy, czyli w odległości równej prawie połowie obwodu Ziemi. Dosłownie zatem – na drugim końcu świata. Do wybrzeży Chile, do którego należy, jest stąd ponad 3,5 tys. km.

    – Dostać się na Wyspę Wielkanocną można tylko z Chile albo z Tahiti, którędy by jednak próbować, na szalenie kosztowną podróż trzeba liczyć dwie, trzy doby – mówi dr hab. Zuzanna Jakubowska-Vorbrich, specjalistka od historii i kultury Wyspy Wielkanocnej z Instytutu Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.

    – Wyspa jest maleńka, połowę mniejsza od polskiej wyspy Wolin. Jej krajobrazu nie można porównać z niczym, co jest nam znane z naszego kręgu kulturowego – kontynuuje. – Pierwsze wrażenie po przybyciu jest zupełnie niesamowite. Inna roślinność, inny klimat, teren pagórkowaty, a oprócz trzech głównych także mnóstwo tzw. pasożytniczych stożków wulkanicznych. Na wyspie jest jedna tylko miejscowość, Hanga Roa, z niską zabudową, nie wiem, czy jest tam jakiś budynek wyższy niż jednopiętrowy. No a wokół ocean, który – jak mówią wyspiarze – w pogodne dni jest koloru benzyny, czyli intensywnie błękitny.

    Odkryta dwa razy

    Szukając informacji na temat Wyspy Wielkanocnej, powszechnie spotyka się w źródłach, że została odkryta przez Holendra Jacoba Roggeveena w Niedzielę Wielkanocną 5 kwietnia 1722 r., czemu zawdzięcza swoją nazwę. Dr hab. Jakubowska-Vorbrich mocno irytuje się na takie stawianie sprawy.

    – To oczywiście jest prawda, ale wyłącznie z europejskiego punktu widzenia. Inna rzecz, że Holendrzy wcale nie mieli zamiaru wyspy odkrywać, stało się to niejako przypadkiem, przy okazji – mówi. – Tak naprawdę wyspę odkryli Polinezyjczycy i to oni zaczęli ją zasiedlać. W ostatnich latach niektórzy naukowcy zaczęli twierdzić, że było to dość późne zasiedlenie, działo się między wiekami X a XIII i była to raczej jedna fala osiedleńcza. To teoria najbardziej sensowna, koncepcje, że zasiedlenie nastąpiło koło roku 400 n.e., wydają się absurdalne.

    Polinezyjczycy przypłynęli na Wyspę Wielkanocną prawdopodobnie przymuszeni przeludnieniem u siebie, a może jakimś konfliktem.

    – Zapewne najpierw przypłynęła szpica szukająca ziemi, na której można się osiedlić – kontynuuje pani doktor. – Zwykle Polinezyjczycy pływali tak, że zabierali ze sobą zapasy, różne sadzonki, nasiona, zwierzęta, jakie mieli, czyli kury, szczury i świnie. Płynęli, dopóki nie zużyli połowy zapasów, jak zużyli i nie znaleźli żadnego lądu do zasiedlenia, to wracali, nie ryzykowali. Pokonali olbrzymią odległość, mieli dużo odwagi, dobrze opanowane pływanie, sprzęt i techniki obserwacyjne świata pozwalające im wiedzieć, że dopływają do jakiegoś lądu, jeszcze zanim go zobaczyli na horyzoncie. Poznawali to po chmurach, po ptakach, po rzeczach pływających w wodzie czy wreszcie po tym, jak fale się układały, bo gdy odbijały się od lądu, wytwarzały inne turbulencje.

    W XIX w. Wyspa Wielkanocna znalazła się w granicach Chile, które, co ciekawe, po kryzysie gospodarczym roku 1929 chciało ją sprzedać.

    – Chilijczycy nie bardzo wiedzieli, co z nią zrobić – tłumaczy dr Jakubowska-Vorbrich. – Mieli swoje wewnętrzne problemy. Wyspiarze się buntowali, a do tego byli daleko, więc Chile oferowało ją m.in. USA czy Japonii, ale targu nie dobito. Aż do lat 50. ub.w. wynajmowano wyspę farmom owczym i bydlęcym, co mocno zniszczyło środowisko. Teraz wyspa jest dla Chile wizytówką, ale sami wyspiarze są trochę podzieleni. Jedni chcieliby się bardziej ułożyć z Chile, drudzy – postawić niekoniecznie na globalizację, tylko na swoją tożsamość. Chcą żyć w duchu rapanujskim i przestrzegać tradycji.

    Czytaj więcej: Liliana Narkowicz o pańskich nawykach wielkanocnych

    Żyjąca z turystyki

    Na Wyspie Wielkanocnej mówi się po hiszpańsku i po rapanujsku.

    – To jeden z polinezyjskich języków, podobny do tahitańskiego czy hawajskiego – wyjaśnia dr hab. Zuzanna Jakubowska-Vorbrich. – Mieszkańcy wyspy, których w 2017 r. było ponad 7 tys., to mniej więcej w połowie rdzenni Polinezyjczycy wymieszani już genetycznie z różnymi przybyszami, oraz ludzie, którzy przybyli z kontynentu. Od kilku lat obowiązuje ustawa zakazująca osiedlania się na stałe ludziom niemającym określonych więzów z wyspiarzami.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Miejscowi raczej nie posługują się znaną nam nazwą wyspy, powszechnie używają nazwy Rapa Nui. Chcieli nawet wnieść petycję do parlamentu, by ich wyspa oficjalnie tak właśnie się nazywała. Nazwa Wyspa Wielkanocna jest ich zdaniem nadana z zewnątrz i nie ma nic wspólnego z miejscową rzeczywistością. Inna kwestia, że nazwa Rapa Nui też jest XIX-wieczna i nie jest rodzima, bo pierwsi mieszkańcy nie mieli potrzeby nazywać swojej wyspy, dla nich była całym światem. Nazwa Rapa Nui powstała na Tahiti, gdy przebywający tam przybysze z Wyspy Wielkanocnej potrzebowali określić, skąd są. Miejscowi identyfikują się też z nazwą „Pępek Świata” (Te Pito o Te Henua), choć jest ona bardziej legendarna, romantyczna, wyspa nigdy jej nie nosiła.

    Turystyka jest głównym źródłem utrzymania mieszkańców Wyspy Wielkanocnej. W tej sytuacji szczególnie mocno uderzył w nich czas pandemii.

    – Mimo mieszanych odczuć sami wyspiarze natychmiast poprosili wszystkich turystów o opuszczenie wyspy, żeby chronić zarówno ich, jak i siebie, ale tym samym odcinali się od głównego źródła dochodu – mówi nasza ekspertka. – Wprowadzono drakońską godzinę policyjną, od godz. 14 do 5 rano, trudno to było wytrzymać. Dyrektor miejscowego szpitala mówił, że gdyby faktycznie były poważne przypadki, toby sobie nie poradzili, musieliby wszystkich wozić na kontynent, a to około pięć godzin lotu. Zresztą i przewoźnicy, którzy tam latali, zaczęli się wycofywać, a że nie ma tam portu morskiego z prawdziwego zdarzenia i większość towarów trafia drogą lotniczą, to był to dla wyspiarzy bardzo trudny czas. Zdołali go jednak przetrwać.

    Czytaj więcej: Władze ostrzegają podróżujących na Białoruś i Rosję

    Posągi moai

    Największą atrakcją turystyczną Wyspy Wielkanocnej są olbrzymie kamienne posągi moai.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    – Jest ich prawie tysiąc, a ostatnio odkryto jeszcze jeden w kraterze wulkanicznym przy okazji pożaru – mówi dr hab. Jakubowska-Vorbrich. – Te posągi to wyobrażenia przodków, wybitnych przedstawicieli, przywódców społeczności, którzy byli ubóstwieni. Rzeźbiono ich jako tzw. żywe twarze (choć przedstawiają postać do wysokości bioder). W trakcie różnych uroczystych ceremonii oddawano im cześć, prawdopodobnie wprawiano także oczy z korala i obsydianów.

    Ciekawe są teorie na temat tego, w jaki sposób posągi po wyrzeźbieniu były transportowane po wyspie. Zdaniem dr hab. Jakubowskiej-Vorbrich bardzo kontrowersyjne jest twierdzenie, że potrzebowali do tego palm, co spowodowało intensywne karczowanie lasów, bo palmy nie mają tak twardego pnia, by sprawdziły się jako rolki. Ważące po kilkadziesiąt ton posągi zwyczajnie by je zmiażdżyły. Ekspertka jest zwolenniczką hipotezy o pionowym przesuwaniu posągów za pomocą lin, w pleceniu których tubylcy byli bardzo biegli, a nadto mieli rośliny, z których można było pozyskiwać włókna. 

    Niemniej interesujące są pomysły, w jaki sposób posągi przewrócono.

    – Teoria o walkach klanów, które sobie nawzajem zrzucały posągi, została zakwestionowana przez jednego z belgijskich badaczy – tłumaczy pani doktor. – Nicolas Cauwe wiele lat prowadził badania na wyspie i doszedł do wniosku, że posągi są z tak kruchej skały wulkanicznej, że gdyby były zrzucane z piedestałów, toby się poroztrzaskiwały. Twierdzi, że one były delikatnie układane. Na wyspie pojawiły się napięcia środowiskowe, zderzenie z zachodnią cywilizacją, która zaczęła przypływać, i na przestrzeni czasu mieszkańcy przeorganizowali swoją kulturę, podejście do życia. Może nie do końca porzucono kult przodków, ale pojawił się kult Człowieka-Ptaka.

    Wyspa miała dziedzicznego władcę, którego nazywano ariki, czyli król, wódz. Rządził dożywotnio, ale społeczność potrzebowała czegoś więcej, rodzaju przywódcy duchowego. W tym celu poszczególne klany wybierały co roku przedstawicieli do wyścigu, który odbywał się wiosną. Trzeba było przepłynąć wpław na sąsiednią wysepkę oddaloną o jakieś półtora kilometra i kto pierwszy wrócił stamtąd z jajkiem złożonym przez rybitwę czarnogrzbietą, zapewniał przywódcy swego klanu roczne przywództwo Człowieka-Ptaka. Była to funkcja odnawialna. Świadkami ostatnich takich wyścigów, które potem zostały zakazane, byli chrześcijańscy misjonarze.

    Wielkanocna Wielkanoc

    Obecnie religią dominująca na Wyspie Wielkanocnej jest chrześcijaństwo, ale jak podkreśla nasza ekspertka, tak naprawdę mamy do czynienia z religią synkretyczną.

    – Na tamtejszym cmentarzu jest zarówno symbolika chrześcijańska, jak i rapanujska, ksiądz nosi typowy strój, ale też pierzaste nakrycie głowy, a sami wyspiarze wierzą w duchy aku aku, które za nimi chodzą – mówi dr hab. Zuzanna Jakubowska-Vorbrich. – Święta Wielkanocne na Wyspie Wielkanocnej nie mają jakiegoś szczególnego charakteru. Nie są dyskontowane turystycznie. Miejscowi woleliby raczej podkreślać swoje tradycje. Korzystanie z nazwy, by przyciągnąć turystów, nie jest im potrzebne. Napływ turystów starają się zresztą elegancko ograniczać. Ktoś, kto przylatuje na wyspę, musi od razu mieć bilet powrotny. Nocleg musi być zarezerwowany w miejscu zrzeszonym w tamtejszej izbie turystycznej. Czas pobytu jest ograniczony do maksymalnie 30 dni, choć ludzie przybywają raczej na krótsze okresy. Te starania mają na celu ochronę dziedzictwa, żeby wyspa nie została zadeptana. Tym bardziej że napływają alarmujące doniesienia ekologiczne. W ostatnich latach prawie zupełnie wyschło jedno z trzech jezior wulkanicznych będących źródłem słodkiej wody. Nie wiadomo, czy zostało wyeksploatowane, czy stoją za tym zmiany klimatyczne, czy może pęknięcie tektoniczne. Wyspiarze są bardzo świadomi ekologiczne i przywiązują do takich rzeczy dużą wagę.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Dr hab. Zuzanna Jakubowska-Vorbrich była na Wyspie Wielkanocnej dwukrotnie, w 2008 i w 2018 r. Zauważa, że na przestrzeni dekady bardzo wiele się na niej zmieniło.

    – Wyspiarze twierdzą, że jest tam teraz stanowczo za dużo samochodów – mówi. – Tym bardziej że w dużej mierze są one głównie dla turystów, którym oferuje się samochody najnowszego rocznika zamiast czegoś, co po prostu jeździ. Tymczasem wyspa jest maleńka. Samochody można na nią przywozić – tylko mało się myśli o wywożeniu tych, które już nie są potrzebne. Do tego nie ma tam ani parkingów, ani świateł. W pewnym momencie zastrajkowali nawet ludzie, którzy te samochody wyładowują. Jedno jedyne miasteczko, które się tam znajduje, jest teraz dużo lepiej oświetlone, bo w 2008 r. to z latarką trzeba było chodzić. Za to dużo gorzej widać gwiazdy, bo zanieczyszczenie światłem jest już dosyć spore. Z pewnością jednak jest to miejsce warte odwiedzenia nie tylko przy okazji Świąt Wielkanocnych.

    Czytaj więcej: Czy podczas podróży zachowujemy się (nie)odpowiedzialnie?


    | Fot. Zuzanna i Krzysztof Vorbrich


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 14(41) 08-014/04/2023

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    35 lat organizacji słupskich Wilniuków

    Do Bałtyku stąd raptem 18 km, do Wilna jakieś 750 km. Niespełna stutysięczny Słupsk administracyjnie leży w województwie pomorskim, ale historycznie to Pomorze Zachodnie.  Prawa miejskie otrzymał 20 sierpnia 1265 r. z rąk księcia gdańskiego Świętopełka II. Jego wizytówką jest...

    Niezwykła historia słowika wileńskiego getta

    Jarosław Tomczyk: Pożydowskie, czyli właściwie jakie? Agnieszka Dobkiewicz: W Polsce, bo z takiej perspektywy patrzę, niewygodne. Tak właśnie brzmi podtytuł mojej książki „Pożydowskie. Niewygodna pamięć”. Dopisałabym jeszcze – niewygodna tożsamość. Coś, co jest w nas, nierozerwalnie, ale niekoniecznie chcemy czy...

    Czerwone maki na Monte Cassino zamiast rosy piły polską krew…

    Jarosław Tomczyk: 18 maja 1944 r. żołnierze 2. Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa zatknęli biało-czerwoną flagę na gruzach klasztoru Monte Cassino. Na ile wielką rolę faktycznie odegrali, a na ile mit ich triumfu zbudowała propaganda? Michał Leśniewski: Tu...

    Cienka granica

    Wedle danych policji 3 maja na Rynku Głównym w Krakowie zgromadziło się ok. 25 tys. ludzi. Nie, nie po to, by wyrazić radość z uchwalenia konstytucji przed ponad dwoma wiekami, tylko by fetować zgoła sensacyjny triumf piłkarzy Wisły, którzy...