Więcej

    Wracajmy do Szymborskiej!

    „Myślę, że Wisławie Szymborskiej podobało się Wilno głównie dlatego, że było to Wilno Miłosza. No i Wilno Mickiewicza i Słowackiego. O ile pamiętam, była pod dużym wrażeniem tego miasta” — mówi Michał Rusinek wieloletni sekretarz Noblistki, prezes Fundacji jej imienia.

    Czytaj również...

    Jarosław Tomczyk: 2. lipca przypada setna urodzin Wisławy Szymborskiej. Jakby je spuentowała gdyby dożyła?

    Michał Rusinek: Szymborska uważała, że skłonność do obchodzenia okrągłych urodzin to czwartorzędowa cecha płciowa męska, ale myślę, że czym innym jest obchodzenie urodzin za życia, a czym innym — rocznic urodzin po śmierci. I myślę też, że tak okrągła rocznica, jak setna wymaga od nas świętowania, a przynajmniej przypominania, kim była Wisława Szymborska, a właściwie kim jest, bo przecież jej głos wciąż do nas dobiega. I wciąż ma coś ciekawego do powiedzenia. 

    Wisława Szymborska z młodziutkim Michałem Rusinkiem, który po otrzymaniu Nagrody Nobla objął funkcję jej sekretarza. Dzieliło ich bez mała 50 lat różnicy wieku
    | Fot. archiwum Michała Rusinka

    Kiedy Wisława Szymborska otrzymała Nagrodę Nobla, liczyła sobie lat 73. Wkrótce Pan, liczący sobie wówczas lat ledwie 24, został jej sekretarzem. Bez mała pól wieku różnicy wieku to dobra recepta na udaną współpracę?

    Wisława Szymborska zawsze sprawiała wrażenie osoby pozbawionej konkretnego wieku, więc też nie czułem różnicy lat, która nas dzieli. Czułem natomiast jej mądrość, doświadczenie, a także dziecięcą nieomal umiejętność dziwienia się światu i poczucie humoru, no i ciekawość świata. Te cechy zostały jej nieomal do końca. Albo inaczej: kiedy widziałem, że te cechy już w niej gasną, to wiedziałem, że i ona gaśnie. 

    Znał Pan Szymborską wcześniej, zanim zaproponowano Panu rolę jej sekretarza?

    Poznałem ją mniej więcej pół roku przed przyznaniem jej Nagrody Nobla. Zorganizowaliśmy wtedy ze znajomymi ze studiów towarzystwo admiratorów naszej ulubionej profesorki — Teresy Walas. Wiedzieliśmy, że przyjaźni się z Szymborską, więc i ją zaprosiliśmy do naszego towarzystwa. A ponieważ napisała ona kiedyś limeryk ku czci Teresy, więc postanowiliśmy, że warunkiem przyjęcia do naszego towarzystwa będzie napisanie limeryku. Zorganizowaliśmy nawet spotkanie towarzystwa w mieszkaniu naszej koleżanki. O dziwo, Szymborska dała się zaprosić. I nas oczarowała! Kiedy pół roku później gruchnęła wiadomość o Noblu, napisałem do niej gratulacje w imieniu towarzystwa. Kilka tygodni później byłem już jej sekretarzem. Przeglądając korespondencję znalazłem także swój list — i mogłem sam sobie bardzo serdecznie podziękować. 

    Jakie Pańskie przymioty sprawiły, że został Pan wybrany do zaszczytnej roli sekretarza Noblistki?

    Nie nazwałbym tego przymiotami. Po pierwsze, znałem język angielski, którego ona nie znała, a który przydaje się najbardziej w korespondencji międzynarodowej. Po drugie, miałem — i chyba nadal mam — poczucie humoru, które było jej potrzebne, żeby przetrwać tę niecodzienną i bynajmniej nie pożądaną sytuację, w której się znalazła. Po trzecie, posiadałem modem, czyli magiczne urządzenie, za pomocą którego można było wówczas łączyć się przez telefon z internetem. 

    Czytaj więcej: Wspomnienie o Wisławie Szymborskiej. W lutym mija 10 lat od śmierci noblistki

    Wisława Szymborska w podróż zagraniczną wybierała się z reguły tylko raz w roku. Tu na wybrzeżu izraelskim
    | Fot. Michał Rusinek

    Jaki był zakres zadań Pana Sekretarza?

    Przede wszystkim — uporządkowanie korespondencji, która spływała do niej w ilościach niepomiernych. Potem — organizowanie wyjazdów zagranicznych. Wyjazd do Sztokholmu po odbiór nagrody organizowała głównie Teresa Walas, ale już wszystkie kolejne — ja. Czasami bywałem tłumaczem, uczestniczyłem w mniej lub bardziej oficjalnych rozmowach. Byłem też proszony o różne codzienne i niecodzienne zakupy. Szymborska wróciła do pisania wierszy dopiero po trzech latach po Noblu. Od tej pory zajmowałem się też przepisywaniem ich na komputerze, którym ona się nie posługiwała. 

    Szymborska lubiła skracać dystans. Wasze relacje miały charakter przyjacielski czy jednak bardziej oficjalny, przeszliście na „ty”?

    Nigdy nie przeszliśmy na „ty”, choć ona przechodziła na „ty” nieomal ze wszystkimi, np. z moimi dziećmi. Ze mną nigdy nie przeszła. Myślę, że dlatego, żeby zaznaczyć jakiś rodzaj instytucjonalności naszej relacji. Słowo „przyjaciel” miała zarezerwowane dla dość wąskiej grupy osób, tzw. przyjaciół odwiecznych. Myślę, że miała do mnie zaufanie, to dla mnie najważniejsze. I coś w rodzaju zaprzyjaźnienia, które nie wymagało zaszufladkowania. 

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Ponoć nie lubił Pan przyrządzanych przez nią drinków?

    Ja w ogóle nie przepadam za drinkami. Szymborska miała do jedzenia i picia stosunek estetyczny: lubiła potrawy, które ładnie lub śmiesznie wyglądały. Zawsze przed kolacją serwowała aperitif, najczęściej wermut z jakąś wściekle różową, sztucznie kolorowaną wisienką. Wyglądał imponująco. Ale to wszystko, co można o nim powiedzieć. Nie można powiedzieć, żeby była snobką — pod żadnym względem, także w kwestii jedzenia i picia. Jadła i piła to, co jej smakowało i na co miała ochotę, a nie to, co było modne lub uważane za eleganckie. Kiedyś wprawiła w zakłopotanie kelnera w bardzo eleganckiej winiarni we Włoszech, do której została zaproszona po wieczorze autorskim, zamawiając piwo, na które akurat miała ochotę. Dobrze, że mieli tam piwo. 

    Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że przez Szymborską przestały Pana śmieszyć dowcipy, a zaczął cenić anegdoty. Jakiś przykład?

    Anegdota jest szlachetniejszą formą dowcipu, bardziej spersonalizowaną. Szymborska raz do roku spotykała się z koleżankami z gimnazjum. Te spotkania nazywała sabatami czarownic. Na ostatnim przed śmiercią jedna z koleżanek zaczęła okropnie narzekać na męża: że stary, że niedołężny, że ma problemy z pamięcią. Na co druga wykrzyknęła: „Przestań! Przecież to już jest nasz ostatni mąż!”. Powiedziała potem, że to jest fraza, która spokojnie mogłaby się znaleźć w jakimś filmie Woody’ego Allena. 

    Poeta Bronisław Maj, przyjaciel Wisławy Szymborskiej, nazwał przyznanie jej Nobla tragedią sztokholmską. Nie miał oczywiście na myśli pomyłki szacownej kapituły, a zburzenie porządku życia poetki. Na ile runęło ono w dotychczasowej formie? 

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Nagroda Nobla nazywana jest pocałunkiem śmierci, bo wielu pisarzy, którym ją przyznają, przestaje pisać. Dla Szymborskiej był to co najwyżej „pocałunek milczenia”, bo przez trzy lata nie napisała żadnego wiersza. Przede wszystkim dlatego, że zawsze potrzebowała do pisania psychicznego spokoju, a przez pierwsze miesiące, a nawet lata, zbyt wiele się w jej życiu działo. Właściwie nigdy jej życie nie wróciło do takiego stanu, jaki miało przed Noblem. Zainteresowanie mediów jej osobą do końca jej życia było bardzo duże. Ale się przyzwyczaiła do zmiany. Myślę też, że zaczęła z niej korzystać — co najmniej kilka wierszy powstało dzięki temu, że więcej podróżowała. W każdym razie dzień, w którym dała mi do przepisania dwa pierwsze wiersza napisane po Noblu był dla mnie dniem, w którym poczułem, że to, co robię — działa i ma sens. Udało mi się bowiem zapewnić jej względny spokój do pracy. Dlaczego dwa? Wyjaśniła, że ma świadomość, że krytycy się rzucą na te wiersze, więc jak będą dwa, to może ich krytyka się jakoś rozłoży.

    Tom „Wiersze wszystkie” wydany z okazji jubileuszu
    | Fot. MAT.PRAS.

    Poetka mówiła o sobie „Moje znaki szczególne to zachwyt i rozpacz”. Da się zawrzeć w kilku zdaniach jaka naprawdę była?

    Bardzo rzadko, także w wierszach, mówiła o sobie, choć jeśli ktoś mi zadaje pytanie, jaka była naprawdę, to odsyłam go lub ją do wierszy, bo w prywatnych rozmowach nie mówiła o sobie w zasadzie nigdy. Uprawiała poezję filozoficzną, a jej filozofia człowieka nie była szczególnie optymistyczna — stąd ta rozpacz. Ale i miała w sobie umiejętność zachwycania się światem, dziwienia się światu. I ogromne pokłady poczucia humoru, manifestujące się w postaci ciepłej ironii. Ale i autoironii, bo powtarzała, że autoironia musi towarzyszyć ironii, żeby nie zamieniła się w wyższościowy sarkazm. Tego nie znosiła równie mocno jak patosu. 

    Powszechnie wiadomo, że Szymborska była pod wielkim wrażeniem Czesława Miłosza, przyjaźniła się z nim. Jakie były ich relacje?

    Nie nazwałbym tego przyjaźnią. A jeśli już, to podszytą ogromnym szacunkiem, połączonym z onieśmieleniem, tak zresztą zatytułowała esej poświęcony Miłoszowi. On miał do niej stosunek, jak do młodszej, bardzo utalentowanej koleżanki. Kilka jej wierszy przetłumaczył na angielski i umieścił w słynnej antologii „Book of Luminous Things”. Pamiętam, że niełatwo było im znaleźć wspólny język, mieli zupełni inne tryby myślenia i mówienia, inną pamięć, inne poczucie humoru, inne rozumienie poetyckich powinności. I mimo tych różnic — zażyłość. 

    Czytaj więcej: Wspomnienie o Wisławie Szymborskiej. W lutym mija 10 lat od śmierci noblistki

    Jesienią roku 2000 Szymborska była z Czesławem Miłoszem w Wilnie. Towarzyszył im jeszcze jeden noblista, Günter Grass. Czy i Pan towarzyszył jej w tej podróży? Jakie były wrażenia Wisławy Szymborskiej, jak postrzegała miasto nad Wilią?

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Tak, byłem tam z nimi, a nawet służyłem za tłumacza na obiedzie z ówczesnym prezydentem Litwy. Pamiętam, że wcale nie miała ochoty tam jechać, bo tego roku miała już zaplanowaną wizytę w Niemczech, a zwykle godziła się na jeden wyjazd w ciągu roku. Najpierw więc odmówiła. Ale potem zadzwonił do niej Miłosz i powiedział: „Wisławo, pokażę ci moje Wilno”. „No i nie mogłam odmówić” — powiedziała. Myślę, że podobało jej się Wilno głównie dlatego, że było to Wilno Miłosza. No i Wilno Mickiewicza i Słowackiego. Ówczesna dyrektorka Instytutu Polskiego Małgorzata Kasner oprowadziła ją bowiem także po literackim Wilnie, nie tylko śladami Miłosza. O ile pamiętam, była pod dużym wrażeniem tego miasta. 

    Czytaj więcej: Czesław Miłosz – poeta i prawnik, czyli o zapomnianej tożsamości noblisty

    Noblistka we włoskiej Pizie
    | Fot. Michał Rusinek

    Ponoć ma Pan cel na ten rok, Rok Szymborskiej, cel, by zweryfikować wizerunek noblistki jako spiżowej poetki, rozchichotanej pani z koniaczkiem i papieroskiem?

    Tak, przez te 11 lat, które minęły od jej śmierci, ukształtowały się takie właśnie dwa jej publiczne wizerunki, oba błędne i oba niebezpieczne. Spiżowych poetów czy poetek się nie czyta, a rozchichotanych — nie traktuje poważnie. Zależy mi na tym, żebyśmy do Szymborskiej wrócili. W jej poezji jest mnóstwo bardzo aktualnych, uniwersalnych wątków. Jestem przekonany, że w jej poezji coś dla siebie mogą znaleźć także młodzi ludzie i ten rok jest znakomitym pretekstem, żeby to coś spróbowali znaleźć. Ta poezja nie niesie pocieszenia, nie daje prostych rozwiązań, ale formułuje pytania, które szczególnie teraz warto sobie zadać. Wiedzą o tym młodzi Włosi, a młodzi Polacy jakoś nie chcą tego wiedzieć. Sporo się zmieniło dzięki popularności piosenki Sanah do słów Szymborskiej, bo młodzi ludzie dostrzegli w ogóle taką poetkę. Teledysk do tej piosenki ma już 50 mln wyświetleń na YouTube. Planujemy też inne akcje — m.in. z firmą produkującą odzież oraz popularnym producentem biżuterii — by zachęcić młodych do czytania Szymborskiej. Mam nadzieję, że to się uda. Powiem więcej, już widzę, że to się udaje, bo coraz więcej młodych ludzi przychodzi na jubileuszowe spotkania. A „Wiersze wszystkie” opublikowane kilka miesięcy temu są wciąż na listach bestsellerów. 

    Czym zajmuje się Fundacja Wisławy Szymborskiej?

    Zgodnie ze sporządzonym przez samą poetkę statutem fundacja przyznaje nagrodę poetycką jej imienia, jedną z najważniejszych i najwyższych tego typu nagród w Polsce, a także stypendium dla młodych twórców imienia Adama Włodka, prywatnie męża Szymborskiej, ale przede wszystkim opiekuna Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich. Przyznajemy także zapomogi dla ludzi pióra, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej. Organizujemy też rezydencje literackie w mieszkaniu Szymborskiej — wspólnie z firmą ERGO Hestia i Fundacją Jerzego Pietrkiewicza z Londynu; cieszą się one sporą popularnością. Opiekujemy się też spuścizną Szymborskiej i „marką Szymborska”. Zgodnie ze statutem — w mniejszym stopniu, ale w tym roku większość naszych aktywności skupiona jest właśnie na Szymborskiej. Taki jubileusz — zobowiązuje!

    Który z wierszy Szymborskiej wybrałby Pan do przeczytania Czytelnikom na Wileńszczyźnie w dniu setnych urodzin noblistki?

    Dla mnie bardzo ciekawe są wiersze, które po raz pierwszy opublikowaliśmy w „Wierszach wszystkich”, do tej pory nieznane. Wśród nich zachwycił mnie wiersz, który jako jedyny zachował się w rękopisie — pozostałe miały formę maszynopisu. Nosi tytuł „Pszczoła i szyba”. Nie wiadomo, kiedy został napisany, ale wciąż jest aktualny. Zamyka tom „Wierszy wszystkich”, do którego naprawdę warto zajrzeć, także żeby przeczytać ponownie wiersze już znane. 


    Michał Rusinek (ur.1972) literaturoznawca, tłumacz, pisarz, doktor habilitowany nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wkrótce po otrzymaniu Nagrody Nobla przez Wisławę Szymborską został jej sekretarzem i pełnił tę funkcję aż do śmierci poetki. Od 2012 roku jest prezesem Fundacji Wisławy Szymborskiej.


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 26 (76) 01-07/07/2023

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Jan Matejko – malarz polskiej historii

    Nie ma chyba bardziej znanego polskiego malarza niż Jan Matejko. Nawet dzieci wiedzą, że urodzony w 1838 r. artysta był najwybitniejszym twórcą doby historyzmu. Jego obrazy, w postaci reprodukcji w podręcznikach, towarzyszą kolejnym pokoleniom Polek i Polaków od rozpoczęcia...

    Quo vadis, Polsko?

    Stare piłkarskie powiedzenie mówi, że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz. W grudniu ub.r. piłkarska reprezentacja Polski na mundialu w Katarze znalazła się w gronie 16 najlepszych drużyn świata. Minęło raptem dziewięć miesięcy i wiemy, że jej szanse,...

    „Nie, ich nie wypędzę, bo to też są ludzie”. Z wizytą w Markowej

    Markowa, spora, ponadczterotysięczna wieś na Podkarpaciu w powiecie łańcuckim. W niedzielę 10 września przyjazd do niej zapowiedziało ponad osiem razy więcej osób, niż na co dzień w niej mieszka. Wezmą udział w uroczystościach beatyfikacyjnych ośmioosobowej rodziny Ulmów, rozstrzelanej 24...

    Pocztowa opowieść na 84. rocznicę wybuchu II wojny światowej

    Siedząc przed budynkiem Poczty Polskiej w Gdańsku, trudno nie popaść w zadumę. Pytania same cisną się do głowy: Co czuli? Czy się bali? Czego się spodziewali? Czy wierzyli, że mogą wygrać? Taki sam upalny sierpień jak wtedy, w 1939 r....