Więcej

    Grażyna Łobaszewska: Płakałam w Ostrej Bramie

    Ojciec kochał Wilno, po jego opuszczeniu przeżywał notoryczną udrękę. Chciałabym jeszcze raz pojechać do tego miasta, zabrać syna, przejść z nim śladami dziadka – mówi Grażyna Łobaszewska, wybitna wokalistka, wykonawczyni wielkiego przeboju „Czas nas uczy pogody”.

    Czytaj również...

    Nie udziela Pani wielu wywiadów, chyba nie są Pani pasją?

    Chyba nie. Pamiętam pewną dziennikarkę, która wiele razy dzwoniła do menedżera, prosiła o rozmowę. Ja się wtedy w ogóle odżegnywałam od wywiadów, ale żal mi się jej zrobiło. Tak trochę dla świętego spokoju się zgodziłam i zaprosiłam ją do siebie do domu. Przyjechała, byłyśmy tylko we dwie i kot. Weszła do łazienki. Po wyjściu była zdziwiona, że nie ma drugiej szczoteczki do zębów. Odpowiedziałam, że mieszkam sama. Po kilku pytaniach stwierdziła, że skoro tak, to ona nie ma o czym rozmawiać. Pomyślałam, że jak tak mają wyglądać wywiady, to ja ich nie chcę. Bo o co ona miała mnie pytać? Nie chciała rozmawiać o muzyce, planach, pasjach, tylko wchodzić z butami w prywatne życie.

    Być może z tego powodu niewiele osób wie, że Pani korzenie są w Wilnie?

    Dokładnie jeden korzeń. Ojciec pochodził z Wilna.

    Zdradzi Pani, gdzie dokładnie mieszkał?

    Przy ulicy Szkaplernej, niedaleko Ostrej Bramy. Jedyną rzeczą, jaką przywiózł z sobą z Wilna, był obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ona była bardzo piękna, zachwycałam się nią jako mała dziewczynka. I kiedy pojechałam jego śladem, to pierwszą rzeczą było skierowanie się do niej po tych wydeptanych schodkach. Uklękłam na tym wyklęczanym klęczniku i przypomniałam sobie, jak ojciec opowiadał, że modlił się tu codziennie przed szkołą, do której chodził do centrum. Poczułam, że on też tu klęczał, a wówczas już nie żył. To było bardzo dziwne uczucie, ponadzmysłowe, wręcz kosmiczne, choć ja nie jestem żadną kosmitką. Ryczałam jak bóbr, chłopcy z zespołu nie mogli mnie pozbierać.

    Znalazła Pani rodzinny dom ojca?

    Pomogła mi wileńska Polka, bo nazwy ulic były już oczywiście litewskie i chyba bez jej pomocy bym nie znalazła. To był duży dom, pokoje pewnie ze trzy metry wysokie. Oni mieszkali na pierwszym piętrze, całe piętro było dziadków, ale do mieszkania nie wchodziłam.

    Pojechała Pani do Wilna na koncert czy typowo śladami rodziny?

    Pojechałam na koncert, to było chyba 14 lat temu. Wyprosiłam menedżera, żeby mi go tam zorganizował. W Domu Polskim z chęcią nas przyjęli, ugościli. Wspomnienia z tego koncertu mam niesamowite. Pamiętam, przyszły dwie starsze panie mówiące piękną polszczyzną, jedna z nich w futrze z norek, wytwornym, choć wyliniałym w niektórych miejscach. Ale szła z taką godnością i mówiła tak bardzo delikatnie „ł”, takie między „ł” a „l”, dokładnie jak mój ojciec, że nie mogłabym tego zapomnieć. Przedwojenni aktorzy też tak mówili. Dla mnie to było coś niesamowitego. Tego „ł” już w Polsce nie ma, mój ojciec je jeszcze miał, ale ja go nie odziedziczyłam, bo do szkoły chodziłam już w Gdańsku.

    Przodkowie ze strony ojca byli mocno zakorzenieni w Wilnie?

    Mój pradziadek, który wykładał algebrę, przeniósł się do Wilna z Petersburga. Dziadek był natomiast nauczycielem w szkole handlowej i w ogóle cudownym człowiekiem, który o Wilnie opowiadał mi bardzo wiele. Ojciec nie poszedł w ich ślady, został marynarzem. Po wojnie, od razu w 1945 r., wyjechali z Wilna do Gdańska.

    Ojciec o czasach w Wilnie też na pewno sporo Pani musiał opowiadać.

    Tak, kochał Wilno, a że często jeździł do Krakowa, to mówił, że Kraków to jest takie Wilno. Wyobrażałam sobie rosłe budynki, a później, jak pojechałam, to się okazało, że to Wilno takie malutkie. Uliczki mniejsze, domki też, nie licząc tych bardzo dostojnych, najważniejszych budynków użyteczności publicznej, zabudowa raczej niska. Coś mi się nie zgadzało w tym ojca porównaniu do Krakowa. Moim zdaniem to jednak zdecydowanie inne miasto. Ale on opowiadał mi o Wilnie z taką miłością, że to miasto rosło wraz z opowieścią. To tylko miłość robi, ja nigdy nie kochałam tak swojego miasta.

    Miłość i jeszcze zapewne łączący się z nią żal za opuszczeniem.

    Tak, to jest zupełnie co innego. Ta jego udręka po opuszczeniu była notoryczna. Miał przyjaciela z Wilna, z którego rodziną wspólnie uciekali. Często siadali i wspominali swoje utracone miasto. To była dla niego jednak trauma.

    Co jeszcze udało się zobaczyć, gdy pojechała Pani na Litwę?

    Byłam spojrzeć na Wilenkę, tam, gdzie ojciec chodził na wagary. Mówił, że szedł, by patrzeć, jak się wije, że to ona jest w tym wierszu Tuwima, w którym wije się rzeczka jak błyszcząca wstążeczka. To malutka rzeczka się okazała, też mi tak zmalała, jak ją zobaczyłam, bo ojciec wszystko wyolbrzymił. Ale inna rzecz, że jak po latach poszłam do swojego przedszkola, właściwie do budynku, w którym było, a który wydawał mi się olbrzymi, to też się okazało, że to mały domek. Dzieciom wszystko wydaje się olbrzymie, a później maleje. Ale to wszystko buduje się i wzrasta w naszej głowie wraz z budowaniem przez lata wspomnień. Tak mi się wydaje.

    Myśli Pani, aby pojechać jeszcze do Wilna?

    Tak, bo byłam tylko ten jeden raz i krótko, raptem dwa dni. Tym razem chciałabym na dłużej, na kilka dni, żeby wziąć syna, pójść śladem dziadka, odpocząć, pooddychać trochę Wilnem.

    Rozmawiamy bezpośrednio po koncercie, więc łatwo mi zaświadczyć, że jest Pani w doskonałej formie wokalnej. Jak Pani to robi, ile jest w tym talentu, a ile trzeba włożyć pracy, żeby być tak znakomitym?

    Ja się nie zastanawiam, czy pracuję, czy nie, bo ja tak kocham śpiewać, że ciągle śpiewam. W domu, na lekcjach, bo przecież też uczę, na koncertach. Praktycznie nie odłączam się od mikrofonu.

    Szuka Pani cały czas nowych aranżacji?

    Miałam już dość tego, że znowu „Czas nas uczy pogody” leci w wersji sprzed prawie 50 lat. No ludzie, ja się zmieniłam, mój głos wydoroślał, w ogóle wszystko się zmieniło. Teraz jestem bliżej siebie niż wtedy, te 50 lat temu. Niech mnie ludzie poznają, jaką jestem. Nie chcę być wspomnieniem, żyję tu i teraz. I dlatego nagraliśmy płytę „Zakład dla normalnych” z nowymi aranżacjami dawnych przebojów.

    Tak kocham śpiewać, że ciągle śpiewam. W domu, na lekcjach, na koncertach. Praktycznie nie odłączam się odmikrofonu.

    Kiedy dostała Pani tekst „Czas nas uczy pogody”, to od razu Pani wiedziała, że to będzie wielki przebój, to się czuje?

    Już po muzyce wiedziałam, że to świetny numer. Dlatego powiedziałam Jackowi Cyganowi, że ma mi napisać tekst z ciężarem właściwym, typu „Dziwny jest ten świat”, bo to jest tak dobra muzyka, że jak tekst będzie tra ta ta ta, na rowerze po śniegu, to wszystko straci. Chciałam, żeby napisał coś mądrego, co będzie mądrością na wiele lat dla każdego. I napisał „Czas nas uczy pogody”.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Na festiwalu w Opolu w 1980 r. telewizja nie pokazała Pani występu w retransmisji. Podobno dlatego, że się Pani pomyliła, ale ta piosenka i tak stała się Pani największym przebojem.

    Nie pamiętam. Ja tam jeździłam przez 14 czy 15 lat i może trzy razy mnie pokazali, nie wiem, jakie tam prawa działały.

    Ale lubiła Pani jeździć na festiwal, którego 60-lecie w tym roku obchodziliśmy?

    Uwielbiałam tam jeździć towarzysko. Gadaliśmy o różnych rzeczach artystycznych. Tam właściwie nie mówiło się o niczym innym jak o tym, żeby pchnąć swój rozwój kawałek dalej, bo przecież nie można stać w miejscu. Każdy się wsłuchiwał, co kto inny robi nowego, i czerpał dla siebie. Myśmy się nawzajem bardzo podbudowywali. Był luz, nie było zazdrości, zawiści. Ktoś przychodził, kolacja, siadamy, gadamy do rana, do śniadania. Ludzie byli inni. Teraz do starej przyjaciółki muszę się anonsować, pytać, co robi w piątek za tydzień, bo będę przejeżdżała i może bym wpadła. Ona każe poczekać, sprawdzi w kalendarzu. Kiedyś drzwi były otwarte, przychodziło się, obojętnie kiedy, obojętnie o której. Teraz już tego nie ma i obawiam się, że może nie wrócić.

    Czytaj więcej: „Nie wolno zapomnieć”. Cykl wywiadów Moniki Frelik

    Zmienił się sposób komunikacji.

    Rozmawiamy głównie przez telefon, czego nie cierpię. Wysyłam sygnał, jestem tu, wpadnij. Kiedyś jechałam pociągiem z Gdyni do Warszawy 3,5 godziny. Ze mną jechały dwie osoby, bliskie sobie, nawet im trochę zazdrościłam. Ona grzebała w swoim telefonie, on w swoim, coś pisali, oglądali. Odezwali się raz. Ona wyciągnęła telefon spod jego ramion i mówi: „Zobacz, jaki odjazd!”. A on odpowiedział: „A zobacz mój!”. Pomyślałam, że oni nie wiedzą, co to znaczy bycie z kimś. Albo wiedzą, tylko ich bycie z kimś a nasze to coś zupełnie innego. Nawet to się zmieniło.

    Ojciec z marynarskich wypraw przywoził podobno soulowe płyty, które stały się Pani inspiracją.

    Wszystkie pieniądze, które wydawał, to na ciuchy dla nas i soulowe płyty dla siebie, a jak się okazało, też dla nas. W środku był chyba „czarny”, kochał „czarną” muzykę.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    A Pani też jest trochę „czarna” w środku?

    Troszeczkę, bo tak się już nasłuchałam od dziecka. Myśmy, niestety, w ogóle nie słuchali polskiej muzyki. Jeżeli już, to poważną, bo mama była pianistką. Z jednej strony Moniuszko, z drugiej – zupełnie inny rytm, taka wolność, inaczej się bujało. W szkole muzycznej kazali nam notorycznie chodzić do opery. Obserwowałam te wokalistki, jak patrzyły, kiedy dyrygent każe im wejść, i sobie myślałam, że to jest jak w więzieniu. Ja sobie wchodziłam, kiedy chciałam, na raz i na trzy, i na dwa. W życiu bym nie chciała śpiewać takiej muzyki.

    Miała Pani idola muzycznego, gdy była Pani dzieckiem?

    Absolutnie! Donny’ego Hathawaya. Ja w ogóle kochałam tylko czarnoskórych facetów. A później doszła Aretha Franklin.

    Stanisław Soyka powiedział, że jest Pani posiadaczką najlepszego soulowego głosu w Polsce. Porównuje się Panią właśnie do Arethy Franklin czy Tiny Turner. A Pani sama gdzie się pozycjonuje?

    Nigdzie. Każdy ma prawo sobie gadać, co uważa. Jak śpiewałam w jazzowej kapeli, to mówili, że jestem jazzowa, jak w funkowej – to funkowa, ktoś sobie zaanektował przepis na prawdę. A ja śpiewam to, co czuję.

    Próbowała Pani repertuaru Arethy czy Tiny?

    Tak, ale wcześniej. Teraz nie będę tego robiła, bo to by było świętokradztwo. Zaraz otworzy się wór z piosenkami Tiny, a ja do tego wora nie chcę wchodzić.

    Tak poruszyła Panią jej śmierć?

    Dotknęła mnie bardzo. Akurat byliśmy na koncercie, zaraz po nim chłopcy z zespołu mi powiedzieli. Pomyślałam: „Boże, my tu sobie śpiewamy, a Tina umiera…”.

    W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że dusza się nie starzeje. Jak Pani do tego doszła?

    Przyglądam się swojej duszy, rozmawiam z nią często, jesteśmy w stałym kontakcie. Młodzi ludzie często nie wiedzą, że mają duszę, i dopóki nie zdają sobie z tego sprawy, to śpiewają nuty, a nie siebie. Na różnych spotkaniach warsztatowych i w szkole mówię o tym, że jeśli siebie nie poznamy, to nie możemy siebie dać. Bo co mamy dać, skoro nie wiemy, co posiadamy. Ze swoją duszą trzeba się zaprzyjaźnić i cały czas ją pielęgnować, bo ona też się może zepsuć, może chorować, trzeba być dla niej delikatnym. Dusza jest, widzę to choćby po śpiewie. Niektóre piosenki śpiewam bezdusznie, w niektórych nic nie ma, a w niektórych po prostu jestem, czuję. To jest to coś, czego nie da się złapać. Kiedyś ktoś stwierdził, że jak człowiek umiera, staje się dwa gramy lżejszy, bo to dusza ulatuje. Czuję, że ją mam. Na przykład kiedy śpiewam bezdusznie i w połowie utworu mi się włącza, to myślę, że może chwilę zaspała. W trakcie przeżywania wiem, że mam duszę. To jak z jedzeniem, jak jest coś dobrego, można się wsmakować, celebrować, a niekiedy jemy, bo jemy. Takie przykłady można mnożyć. Przeżycie to jest dusza. Dlatego dusze niekiedy się spotykają, a niektóre nie spotkają się nigdy.

    Czytaj więcej: Zdjęcia do filmu „Wilno 1939” na ulicach [GALERIA]

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Zatoczyła Pani w swoim życiu koło, od Gdańska przez wiele miast Polski, w których Pani mieszkała, a na koniec wróciła do Trójmiasta, do Gdyni.

    Mieszkałam rzeczywiście w wielu miastach, w Warszawie, we Wrocławiu, Poznaniu, na Kanarach. Gdzie ja nie mieszkałam? Ale tak, w Trójmieście najlepiej.

    Zagląda Pani czasem na festiwal „Wilno w Gdańsku”?

    Nie, bo nawet o nim nie słyszałam. Pewnie przez to, że jestem strasznie zagoniona. Jak nie mam koncertu, to mam zajęcia w szkole i tak na okrągło. Ale pewne wypadałoby się zainteresować.


    Grażyna Łobaszewska (ur.1952) – wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów. Posiadaczka jednego z najciekawszych głosów na polskiej scenie. Wykonuje muzykę z pogranicza popu i jazzu. Zadebiutowała w 1971 r. występem na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. W 1974 r. po raz pierwszy zaśpiewała na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Jej najbardziej znane przeboje to: „Czas nas uczy pogody”, „Brzydcy”, „Gdybyś”.


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 27 (78) 08-14/07/2023

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Gramy u siebie!

    I znów przez cały miesiąc wszystko kręcić się będzie wokół piłki, a oczy (przynajmniej) Europy zwrócone będą na Niemcy, gdzie 24 narodowe reprezentacje będą walczyły o tytuł mistrza Starego Kontynentu. Litwy nie ma wśród nich już niejako tradycyjnie, nie...

    Wolność była w Nim [Z GALERIĄ]

    Jarosław Tomczyk: W tym roku minie 40. rocznica tragicznej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Czy wszystkie okoliczności tego zdarzenia są już dzisiaj wyjaśnione? Ewa K. Czaczkowska: Według dokumentów i oceny specjalistów, z którymi rozmawialiśmy wraz z Tomaszem Wiścickim, pracując nad...

    Starzyński – prezydent niezłomny

    Jarosław Tomczyk: Z czego zrodziła się u Pana niewątpliwa fascynacja Stefanem Starzyńskim? Grzegorz Piątek: Jestem warszawiakiem, a z wykształcenia architektem. W Warszawie zaś Starzyński jest symbolem idealnego rządzenia, uważanym za najlepszego prezydenta w historii, a także opiekuna architektów i urbanistów,...

    35 lat wolności

    4 czerwca 1989 r. miałem skończone 16 lat i byłem o włos od ukończenia pierwszej klasy liceum. Cała ta pierwsza klasa to był przełomowy czas w moim życiu. Świętując zdane egzaminy i przyjęcie do wymarzonej szkoły, nie zdawałem sobie...