Więcej

    Cuda Bożego miłosierdzia. Z wizytą w Łagiewnikach

    „W trakcie spowiedzi, w jednej chwili, człowiek ten został uwolniony ze wszystkich swoich nałogów, których leczenie i terapie trwałyby pewnie lata” – mówi siostra Anna Maria Trzcińska ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, które opiekuje się sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. To tam gromadzi się relacje o cudach i łaskach płynących z zawierzenia Bożemu miłosierdziu. 

    Czytaj również...

    Niedziela Miłosierdzia to wyjątkowy dzień w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. – W to święto przybywają do nas nieprzebrane tłumy wiernych – mówi siostra Anna Maria Trzcińska ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, która mimo natłoku przedświątecznych obowiązków znalazła czas na rozmowę dla magazynu „Kuriera Wileńskiego”. 

    – Przybywają tu pielgrzymi z całego świata, nie tylko z Polski, żeby przed obrazem Jezusa Miłosiernego, wiszącym nad białą, marmurową trumienką z doczesnymi szczątkami św. siostry Faustyny Kowalskiej, wypraszać łaski. Jezus związał z tym świętem największą obietnicę, łaski zupełnego odpuszczenia win i kar. Jeśli ktoś ją otrzyma, jest czysty przed Bogiem jak w momencie chrztu. Wszystkie winy i kary są mu darowane. Jezus powiedział, że w Niedzielę Miłosierdzia otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski. Możemy dla siebie i innych uprosić wszystko, byle tylko było zgodne z wolą Bożą – wyjaśnia zakonnica. 

    Czytaj więcej: Dzień wspomnienia św. Faustyny Kowalskiej, apostołki Bożego Miłosierdzia

    Tysiące świadectw

    Siostra Faustyna miała w Łagiewnikach ponad 280 różnego rodzaju doświadczeń mistycznych. Wszystkie opisała w swoim „Dzienniczku”, którego ściśle chroniony oryginał znajduje się w Łagiewnikach. 

    – Jest to też miejsce cudów – kontynuuje siostra Anna Maria. – Nie tylko Faustyna ich doświadczała, ale doświadczają wszyscy, którzy z ufnością zwracają się do miłosierdzia Bożego. Ufność jest naczyniem do czerpania łask, Jezus prosi siostrę Faustynę, żebyśmy z wielkim zaufaniem przyszli do Niego i mówili o wszystkich potrzebach, które nosimy w naszym sercu, żebyśmy powierzali te wszystkie osoby, które są przez niego szczególnie umiłowane, a więc zatwardziałych grzeszników. Jezus mówi, że szczególnie tęskni za tymi osobami, które są od niego daleko. W Niedzielę Miłosierdzia pragnie dać im łaskę nawrócenia. Jest nawet taki fragment w „Dzienniczku”, który spisywała św. siostra Faustyna, gdzie Jezus mówi, że ściga grzeszników na wszystkich ich drogach i raduje się jego serce, gdy wracają do niego.

    Do archiwum klasztoru w Łagiewnikach spływają każdego roku dziesiątki tysięcy podziękowań. Z wieloma spośród tej ogromnej liczby można się zapoznać na internetowej stronie zgromadzenia. Ludzie, dziękując, opowiadają swoje historie. Przejmujące, wzruszające, poruszające serce. Siostra Anna Maria niejedną taką historię słyszała osobiście. 

    – Nie dalej jak przed tygodniem przybyła do nas grupa pielgrzymów z Sosnowca – mówi. – Jedna z uczestniczek opowiadała, jak modliła się za swoją wnuczkę, która mając roczek, zachorowała na zapalenie opon mózgowych i sepsę. Lekarze nie dawali dziecku żadnych szans na przeżycie. Babcia z rodzicami zrobili dyżury, jedno siedziało w szpitalu przy dziecku, pozostali modlili się i czuwali przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Z łaską Bożą to dziecko pokonało śmierć. Dziewczynka przeżyła, a babcia przyjechała z pielgrzymką dziękować za życie swojej wnusi. Towarzyszyło temu wielkie wzruszenie i emocje. Ona miała łzy w oczach i ja miałam łzy w oczach…

    Miłosierdzie znalezione

    Święto Miłosierdzia obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, zwaną obecnie Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Inspiracją dla jego ustanowienia było pragnienie Jezusa, które przekazała siostra Faustyna. W dniu jej kanonizacji, 30 kwietnia 2000 r., papież Jan Paweł II ogłosił to święto dla całego Kościoła.

    Siostra Faustyna zmarła 5 października 1938 r. Do jej grobu z roku na rok przybywało coraz więcej pielgrzymów, którzy otrzymywali łaski za jej wstawiennictwem. Siostry zaczęły wówczas te łaski spisywać. Jedne spektakularne, inne dotyczące codziennych, zwyczajnych rzeczy. 

    – Jedno z najczęściej powtarzanych przez siostry świadectw dotyczy Niedzieli Miłosierdzia – mówi siostra Trzcińska. – Któregoś roku przyjechała do nas na to święto grupa ze Słowacji. Wśród jej uczestników był młody mężczyzna, który znalazł się w niej w zasadzie przez przypadek, choć przypadków przecież nie ma. Człowiek bardzo uzależniony, narkotyki, dopalacze. Szukał kogoś, kto mu pomoże. Szukał w różnych religiach boga, takiego pisanego z małej litery. Miał motywację tu przyjechać, bo a nuż zostanie uzdrowiony, choć w kościele nie był chyba od pierwszej komunii świętej.

    Owa niedziela była dniem brzydkiej pogody, deszczowa, pochmurna. – Gdy w czasie Eucharystii zobaczył, jak ludzie klękają w błoto – kontynuuje siostra – poczuł w sercu wielkie pragnienie przystąpienia do sakramentu pojednania. Wyspowiadał się u swojego kapłana, tego, z którym grupa przyjechała, i w momencie spowiedzi został uwolniony ze wszystkich swoich nałogów, które miał. Wyjechał z Łagiewnik jako wolny człowiek. Wielki cud, wiadomo, ilu potrzebowałby terapii i odwyków, a został uwolniony w jednym momencie. Opowiadał o doświadczeniu wielkiego przytulenia przez Pana Jezusa, miłości, ciepła, którego doświadczył w momencie pojednania. Jakby ktoś mu powiedział, że wreszcie wrócił do domu. Żadnego wygrażania palcem, żadnych nakazów odpokutowania win, po prostu czysta miłość. Jak w ewangelicznej przypowieści o synu marnotrawnym. 

    Ołtarz główny w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Tabernakulum jest w kształcie kuli ziemskiej. Otacza je targany wiatrami krzew, symbolizujący współczesny świat czy człowieka miotanego różnymi prądami. W krzew nad tabernakulum wpisany jest obraz Jezusa Miłosiernego, który przypomina, że w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście
    | Fot. Wikipedia 

    Koronka cudów

    13 i 14 września 1935 r. w Wilnie, w dawnym domu zgromadzenia, który siostry musiały opuścić po wojnie, Jezus objawił Faustynie Koronkę do miłosierdzia Bożego. Niezwykłą modlitwę, drugą po „Ojcze nasz”, którą przekazał swojemu Kościołowi. Z jej odmawianiem związał obietnicę, że każdy modlący się w ten sposób dozna miłosierdzia Bożego w swoim życiu, a w godzinie śmierci Jezus będzie go osobiście bronił „jako swojej chwały”, i w związku z tym osoba ta będzie umierała bez strachu, lęku i niepokoju.

    Siostra Anna Maria może mnożyć świadectwa potwierdzające prawdziwość złożonej obietnicy. – Rzadko się zdarza takie świadectwo od młodego człowieka, jakie w swoim liście zawarł 14-latek – mówi. – Chłopak napisał, że właściwie nigdy nie słyszał o Łagiewnikach, Faustyny nie znał, do kościoła za bardzo nie chodził, ale usłyszał obietnicę, że Pan Jezus da wszystko osobie, która z wielkim zaufaniem będzie się modlić Koronką przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Namówił mamę, by modlili się wspólnie o nawrócenie ojca alkoholika. Modlili się już przez cztery dni i akurat kiedy odmawiali Koronkę, tata przyszedł do domu kompletnie pijany – i zaczęła się awantura. Początkowo chcieli przerwać modlitwę, żeby ojca już nie denerwować, ale mama powiedziała, żeby dokończyli. A kiedy dokończyli, ojciec podszedł do nich i zabrał obrazek Jezusa Miłosiernego, który mieli postawiony na szafce. Ponieważ był kompletnie pijany, to przewrócił się z nim na dywan. Matka nie miała siły, żeby przenieść go z podłogi na łóżko. Zostawili go tam, kładąc obraz Jezusa Miłosiernego na jego piersi. Dla chłopca to był moment, w którym Jezus uczynił cud. Od chwili, gdy tata wytrzeźwiał, nie pije aż do tej pory. A list chłopiec napisał po sześciu latach…

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Jeszcze jedną historię o cudzie dzięki odmawianiu Koronki opowiedziała nam siostra Trzcińska. – Moja koleżanka Olga zawsze miała w sobie wielką miłość do Koronki do miłosierdzia Bożego, ale zastanawiała się, dlaczego, skąd się to u niej wzięło. Długo się nie widziałyśmy, a kiedy w końcu spotkałyśmy, opowiedziała mi, że wreszcie się dowiedziała. Kiedy była młodą dziewczyną, zachorowała, a lekarze nie mogli zdiagnozować, co właściwie jej dolega. Bardzo chudła, kiedy trafiła do szpitala, to już tata nosił ją na rękach, bo nie miała sił. Była tak słaba, że trudno było jej się samej poruszać. Wówczas babcia zaczęła odmawiać Koronkę w intencji uzdrowienia swojej wnuczki. Olga mi powiedziała, że w dziewiątym dniu nowenny jej babci lekarze wreszcie postawili diagnozę o chorobie jelit, która jej dolega, i podali lek, który bierze już od 26 lat. Jest przekonana, że dzięki modlitwom babci żyje do tej pory, że wymodliła dla niej tę trafną diagnozę.

    Układ z Jezusem

    Przejmującą jest także historia starań pewnego małżeństwa o potomstwo. – Po prelekcji dla jednej z grup o Bożym miłosierdziu podeszło do mnie młode małżeństwo – mówi siostra Anna Maria. – Pani powiedziała mi, że ma sześcioro dzieci, ale pięcioro jest w niebie. Na początku nie zrozumiałam, o czym mówi. Potem zaczęła mi opowiadać, że pięć razy z rzędu poroniła. Po piątym razie lekarze powiedzieli jej, by już przestali się z mężem starać o dziecko, bo nie ma szans na donoszenie ciąży. Kobieta przeżyła mocne załamanie, przez dwa lata leczyła się z depresji. Dziecko było dla niej wielkim pragnieniem. Po kolejnym roku, gdy zakończyła leczenie, zaszła w ciążę po raz szósty. Na początku czekali z mężem właściwie tylko na to, kiedy poroni. Ale postanowili zawrzeć swoisty układ z Jezusem, że każdego dnia będą się modlić Koronką o jeden dzień życia tego dziecka. Każdego kolejnego dnia rano o ten jeden dzień. I tak przez prawie dziewięć miesięcy. Każdego dnia byli świadomi, że mogą usłyszeć, że ciąża obumarła, bo tak twierdzili lekarze. Pan Bóg okazał się silniejszy. Urodziła się dziewczynka. Jak nazwała ją pani – dziecko wymodlone przez Koronkę do miłosierdzia Bożego. 

    Na koniec naszej rozmowy siostra Anna Maria Trzcińska opowiedziała nam jeszcze jedną z tych historii, które najbardziej ją poruszyły i utkwiły w jej pamięci. – To jest historia młodej mamy, która przyszła do naszej kaplicy klasztornej opowiedzieć swoje świadectwo. Była w ósmym miesiącu ciąży. Pewnego dnia bardzo źle się poczuła. Pojechała do lekarza w osiedlowej przychodni. Pani doktor po zrobieniu badania USG stwierdziła, że dziecko niestety nie żyje, jego puls i serduszko nie biją. Młoda, jeszcze niedoszła mama dostała od razu skierowanie do szpitala, miała pojechać i usunąć ciążę. Ponieważ mieszkała w Krakowie, przedtem zajechała razem z mężem do kaplicy do Łagiewnik, którą mieli po drodze. Opowiadała, że próbowała się modlić, ale była tak załamana i roztrzęsiona, że właściwie nie potrafiła. Na skraju rozpaczy tylko płakała przed Panem Jezusem. W pewnym momencie zaczęło jej się wydawać, że jej dziecko się poruszyło. Powiedziała o tym mężowi, który zaczął ją uspakajać, mówiąc, że jest zdenerwowana, że pewnie jej się wydaje. Pojechali z naszej kaplicy do szpitala i po zrobieniu wszystkich badań okazało się, że dziecko żyje. Badania dały zupełnie inne wyniki niż te zrobione w przychodni. Przyjechała do nas z tymi dwoma różnymi wynikami USG i swoją córeczką, która miała już wtedy sześć miesięcy, i pamiętam, jak powiedziała, że przyjeżdża z Marysią, żeby pokazać ją Panu Jezusowi na własne oczy. Pierwszy raz ta dziewczynka była wówczas przed obrazem Jezusa Miłosiernego… 

    Łagiewniki
    | Kolaż A.K.

    Czytaj więcej: W Wilnie trwa Tydzień Miłosierdzia Bożego


    Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 13 (38) 06-12/04/2024

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Niezwykła historia słowika wileńskiego getta

    Jarosław Tomczyk: Pożydowskie, czyli właściwie jakie? Agnieszka Dobkiewicz: W Polsce, bo z takiej perspektywy patrzę, niewygodne. Tak właśnie brzmi podtytuł mojej książki „Pożydowskie. Niewygodna pamięć”. Dopisałabym jeszcze – niewygodna tożsamość. Coś, co jest w nas, nierozerwalnie, ale niekoniecznie chcemy czy...

    Czerwone maki na Monte Cassino zamiast rosy piły polską krew…

    Jarosław Tomczyk: 18 maja 1944 r. żołnierze 2. Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa zatknęli biało-czerwoną flagę na gruzach klasztoru Monte Cassino. Na ile wielką rolę faktycznie odegrali, a na ile mit ich triumfu zbudowała propaganda? Michał Leśniewski: Tu...

    Cienka granica

    Wedle danych policji 3 maja na Rynku Głównym w Krakowie zgromadziło się ok. 25 tys. ludzi. Nie, nie po to, by wyrazić radość z uchwalenia konstytucji przed ponad dwoma wiekami, tylko by fetować zgoła sensacyjny triumf piłkarzy Wisły, którzy...

    Bez Wilna nie byłoby tej konstytucji!

    Jarosław Tomczyk: Czy uchwalenie Konstytucji 3 maja to jest w naszej historii zwycięstwo? Andrzej Chwalba: Moralne na pewno tak. Ale było to też zwycięstwo myśli reformatorskiej nad stagnacją sarmacką i to jako testament Rzeczypospolitej polsko-litewskiej przeszło do naszych dziejów. Pierwsza Rzeczpospolita...