Więcej

    Czerwone maki na Monte Cassino zamiast rosy piły polską krew…

    „Kiedy nad ruinami Monte Cassino załopotała biało-czerwona flaga, działało to na wyobraźnię i przeczyło sowieckiej propagandzie o Polakach niechcących walczyć i stojących z bronią przy nodze” – mówi w 80. rocznicę zwycięskiej bitwy profesor Michał Leśniewski, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego.

    Czytaj również...

    Jarosław Tomczyk: 18 maja 1944 r. żołnierze 2. Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa zatknęli biało-czerwoną flagę na gruzach klasztoru Monte Cassino. Na ile wielką rolę faktycznie odegrali, a na ile mit ich triumfu zbudowała propaganda?

    Michał Leśniewski: Tu nie ma sprzeczności. Symbole są ważne, a mity kreują rzeczywistość w nie mniejszym stopniu niż faktyczne wydarzenia. Po pierwsze, już wcześniejsze działania polskich żołnierzy skutecznie wiązały Niemców, umożliwiając w dużej mierze sukcesy aliantów na innych odcinkach frontu. Po drugie, finalny atak ponownie związał siły niemieckie, uniemożliwiając im podjęcie działań przeciw 13. Korpusowi Brytyjskiemu, który mógł dzięki temu przełamać obronę doliny Liri, a to z kolei uczyniło obronę Monte Cassino bezcelową. Samo zdobycie ruin miało marginalne znaczenie dla całej operacji, ale miało olbrzymie znaczenie propagandowo-emocjonalne. Ruiny klasztoru idealnie nadawały się na symbol. Tym bardziej że w tej funkcji wykorzystywali je Niemcy. Od lutego 1944 r. każda nazistowska kronika filmowa zaczynała się od obrazu sztandaru ze swastyką powiewającego nad ruinami, a lektor patetycznym głosem oznajmiał, że „niezdobyta reduta Trzeciej Rzeszy nadal odpiera ataki”. Kiedy więc nad ruinami załopotała biało-czerwona, to działało na wyobraźnię. Na poziomie symbolu wyglądało to rzeczywiście pięknie. I miało znaczenie, gdyż przeczyło sowieckiej i nie tylko sowieckiej propagandzie o Polakach niechcących walczyć i stojących z bronią przy nodze. 

    Michał Leśniewski (ur. w 1966 r.), profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1991–2009 współpracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich UW. Jest stałym współpracownikiem półrocznika „Werkwinkel. Journal of Low Countries and South African Studies”. Od 2017 r. członek African Studies Association. Często zapraszany do różnych audycji o tematyce historycznej i politycznej, dotyczących wydarzeń najnowszych. Jest też zaangażowanym członkiem społeczności miłośników twórczości J.R.R. Tolkiena
    | Fot. archiwum prywatne

    Skąd wywodzili się żołnierze 2. Korpusu Polskiego?

    Bardzo duża część z nich z terenów, które po 17 września 1939 r. znalazły się pod okupacją ZSRS. Z premedytacja unikam określenia „kresy”, gdyż w przypadku Lwowa, Wilna lub Białegostoku trudno uznać, iż były to Kresy, przynajmniej z ówczesnej perspektywy. Większość z nich przeszła szlak przez Syberię i/lub Kazachstan, i były to doświadczenia formujące ich dalsze postawy, także po zakończeniu wojny. 

    W gremiach polskich władz na uchodźstwie były rozbieżności co do włączenia się Polaków do walki pod Monte Cassino. Generał Anders samodzielnie przyjął brytyjską propozycję udziału w walce. Generał Kazimierz Sosnkowski, wódz naczelny, nie był z tego zadowolony. Dlaczego?

    Uznawał to za marnowanie życia i krwi żołnierzy. Uważał, że frontalny atak na umocnienia niemieckie zostanie opłacony zbyt wysoką daniną krwi. On zaś był zdania, że w istniejącej sytuacji, po konferencji w Teheranie, należało oszczędzać życie polskich żołnierzy. Uważał wreszcie, że decyzja o udziale w bitwie należała do rządu w Londynie, a nie do dowódcy 2. Korpusu, dlatego decyzję Andersa uznał za swoisty rokosz. Wierzył wreszcie, że żołnierze będą potrzebni po zakończeniu wojny. 

    Generałowie Harold Alexander (1. z prawej) i Oliver Leese (2. z prawej) składają gratulacje gen. Kazimierzowi Sosnkowskiemu (1. z lewej) i gen. Władysławowi Andersowi
    | Fot. NAC

    Czy sukces polskich żołnierzy w jakikolwiek sposób poprawił pozycję Polski w planach wielkich mocarstw?

    Niestety nie. Wbrew intencjom gen. Andersa tak się nie stało i chyba nie mogło się stać. Trzeba jednak przyznać, że Winston Churchill podczas konferencji jałtańskiej czynił przynajmniej symboliczne gesty w sprawie Polski. Tyle że układ sił był taki, że nie miało to większego znaczenia, decyzje należały do kogoś innego: Franklina Delano Roosevelta i Józefa Stalina. Chociaż warto zawsze pamiętać, że wysiłek militarny i poniesione ofiary miały jednak pewne znaczenie. Stosunek ZSRS do PRL był jednak inny niż w przypadku pozostałych państw bloku komunistycznego. Aktywny udział w wojnie po stronie aliantów sprawiał, że wobec Polski i Polaków budowano inną narrację. Wreszcie bitwa społeczeństwu polskiemu dostarczyła ważnego mitu, dumy z bohaterstwa. 

    Czytaj więcej: Litewski historyk o zdradzie jałtańskiej i sytuacji we współczesnej Europie

    Jakie były dalsze losy 2. Korpusu Polskiego i jego żołnierzy? 

    Smutne. Większość z nich musiała pozostać na emigracji. Po zakończeniu walk o Bolonię korpus przeszedł do odwodu brytyjskiej 8. Armii. Formalnie istniał do 1947 r., kiedy ostatecznie został rozwiązany. Od 1945 r. część żołnierzy zaczęła powracać do kraju. Większość jednak w 1946 r. wstąpiła do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia i ostatecznie pozostała na emigracji. Ci, którzy wrócili, spotykali się niejednokrotnie z represjami. W przypadku tych, którzy zdecydowali się na powrót na tereny dawnych województw: wileńskiego, białostockiego, nowogródzkiego i poleskiego, były to w 1951 r. aresztowania i wywózki na Syberię, skąd mogli powrócić dopiero w 1956 r. Większość z nich zdecydowała się wówczas na wyjazd do PRL. 

    Ruiny klasztoru po zakończeniu walk
    | Fot. NAC

    Czy bitwę o Monte Cassino można określić Stalingradem zachodniego frontu?

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Zależy jaką miarą mierzymy. Jeżeli skalą i znaczeniem strategicznym, to jednak nie. Jeżeli zajadłością walk – to tak. Stalingrad był o wiele większym starciem. Strategicznie też oznaczał powstrzymanie niemieckiej ofensywy ku Zakaukaziu i Wołdze. Monte Cassino, choć było pozycją ryglową, to jednak przełamanie linii Gustawa w jakimkolwiek miejscu, szczególnie w dolinie rzeki Liri, oznaczałoby dla sił niemieckich konieczność wycofania się dalej na północ od Rzymu. Z drugiej strony konstrukcja linii Gustawa sprawiała, że atakujący mieli do czynienia z systemem naczyń połączonych. Niezależnie od wyniku bitwy sam atak wiązał siły niemieckie, ułatwiając skuteczne ataki na innych odcinkach frontu. Jednocześnie pod względem zajadłości była to bitwa nieustępująca Stalingradowi, zwłaszcza fazie niemieckich walk o miasto. De facto Monte Cassino było jednym z przykładów walk pozycyjnych, wiążących duże siły, które ponosiły duże straty w zabitych i rannych. Tym bardziej że strona niemiecka gruntownie przygotowała się do obrony, a warunki terenowe utrudniały wykorzystanie przewagi liczebnej i sprzętowej. Najlepszym dowodem jest to, że de facto mamy do czynienia z czterema dużymi bitwami o Monte Cassino i przełamanie tej pozycji zajęło w sumie niemal pięć miesięcy. 

    2. Korpus Polski w bitwie o Monte Cassino: zbieranie ciał poległych żołnierzy
    | Fot. NAC

    Na czym polegało strategiczne znaczenie bitwy, jaki miała wpływ na losy II wojny światowej?

    Zazwyczaj kampania włoska jest lekceważona, jako w najlepszym przypadku drugorzędny teatr działań. Tymczasem to nie do końca prawda. Zapomina się o tym, że sowiecki sukces na Ukrainie, po bitwie pod Kurskiem, był możliwy, gdyż III Rzesza musiała, po kapitulacji Włoch 3 września 1943 r., przerzucić ok. 40 dywizji do Włoch. Tych dywizji zabrakło na froncie wschodnim w kluczowych miesiącach od jesieni 1943 do wiosny 1944 r. W efekcie Sowietom łatwiej było rozwinąć sukces operacyjny na Ukrainie, co zapewne skróciło wojnę w Europie o dobrych kilka miesięcy. Walki na linii Gustawa wiązały duże siły alianckie, ale wyczerpywały rezerwy strategiczne III Rzeszy w obliczu szykowanej ofensywy sowieckiej i lądowania wojsk alianckich w Normandii. Kampania włoska w ogóle, w tym bitwa o Monte Cassino, wiązała duże siły niemieckie. Ktoś powie, że znacznie większe alianckie, co jest prawdą, tyle że III Rzesza miała nieporównywalnie mniejsze rezerwy ludzkie, sprzętowe i materiałowe. 

    Jak Pan Profesor wspomniał, bitwa o Monte Cassino to cztery wielkie bitwy toczone od stycznia do maja 1944 r. Dopiero ostatnia z nich przyniosła alianckie zwycięstwo. Dlaczego wcześniej się nie udawało?

    Można zadać pytanie, czy celem pierwszej ofensywy w ogóle było zdobycie Monte Cassino. Jak się wydaje, celem aliantów było związanie sił niemieckich i odciągnięcie jak największych sił z okolic Rzymu, tak by ułatwić operację desantową pod Anzio. W przypadku drugiego ataku Niemcy byli lepiej przygotowani, m.in. dzięki wykorzystaniu ruin klasztoru. Znowu zawiodło rozpoznanie, a co więcej, sytuację utrudniły padające ulewne deszcze, które sprawiły, że podejścia był śliskie, a front ataku uległ znacznemu zawężeniu. W przypadku trzeciej bitwy zawiodła koordynacja i celność bombardowań. Atak poprzedził potężny nalot i bombardowanie artyleryjskie, ale zaledwie 8 proc. bomb spadło w odległości mniej niż 900 metrów od niemieckich pozycji. To wszystko w połączeniu z zajadłą obroną przyniosło niepowodzenie ataku.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo
    Korespondent wojenny 2. Korpusu Polskiego Melchior Wańkowicz
    | Fot. NAC

    Czytaj więcej: Krewki publicysta Melchior Wańkowicz

    W trakcie drugiego natarcia atakujący zdecydowali o zbombardowaniu historycznego klasztoru stojącego na szczycie masywu. Czy była to decyzja strategicznie słuszna, czy barbarzyńska, jak podnosili Niemcy? Jak dzisiaj oceniają ją historycy?

    W tym wypadku trudno o jednoznaczną odpowiedź. Łatwiej powiedzieć, że zbombardowanie z punku widzenia przebiegu bitwy nic nie przyniosło atakującym. Z tej perspektywy można to uznać za akt barbarzyństwa, a przynajmniej głupoty. Tyle że nie wiemy, co by było gdyby, a właściwie wiemy, gdyż sami Niemcy uznali, że opactwo jest zagrożone ze względu na swoje położenie. Dlatego zresztą ewakuowano niemal wszystkie zabytki i archiwum klasztorne. Biorąc pod uwagę znaczenie klasztoru i wzgórza jako pozycji ryglującej dolinę rzeki Liri, należy wątpić, by dla uchronienia spuścizny historycznej Niemcy oddali klasztor i wzgórze bez walki. Ex post łatwo jest wydawać oceny, gdyż wiemy, co się wydarzyło, tymczasem historia wojskowości uczy, że do rzadkości należą sytuacje rezygnacji z przewagi na polu bitwy w imię racji pozamilitarnych. Myślę, że klasztor tak czy inaczej uległby dewastacji, co nie zmienia faktu, że sama decyzja była niepotrzebna, głupia i bez dwóch zdań obciąża nowozelandzkiego generała Bernarda Freyberga. 

    Co stało za sukcesem czwartego ataku?

    Należałoby położyć nacisk na determinację, ale przede wszystkim na użycie znacznie większych sił niż poprzednich atakach i metodyczne przygotowania do ataku, które zaczęły się już 7 kwietnia. Anders i jego sztab uważnie studiowali mapy i zdjęcia lotnicze oraz relacje z wcześniejszych ataków. W celu zachowania tajemnicy nie przeprowadzono jednak bliskiego zwiadu, co miało zaważyć na losach pierwszego ataku. Wreszcie należy podkreślić, że Harold Alexander zaplanował atak potężnymi siłami na szerokim froncie, by uniemożliwić Niemcom przerzucanie posiłków między odcinkami frontu. W efekcie Niemcy nie byli w stanie z jednakową siłą bronić się wszędzie. Dzięki temu nawet względne niepowodzenie pierwszego ataku 2. Korpusu związało na tyle duże siły, że umożliwiło to osiągnięcie sukcesu przez Francuski Korpus Ekspedycyjny poprzez zdobycie Monte Maio. 

    Atak żołnierzy 2. Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Andersa miał dwie fazy, pierwsza – jak Pan Profesor wspomniał – się załamała. Dlaczego?

    Przede wszystkim pozycje niemieckie nie były wystarczająco dobrze rozpoznane, zwłaszcza pod kątem rozmieszczenia pól minowych, pułapek ogniowych i gniazd broni maszynowej. Opór niemiecki w efekcie był silniejszy, niż się spodziewano, także na skutek umiarkowanej skuteczności nawały ogniowej. Artyleria okazała się nieskuteczna wobec niemieckich bunkrów. W rezultacie straty w niektórych pododdziałach sięgały 20 proc. stanów, a wysuniętym pododdziałom brakowało amunicji. To zadecydowało o wstrzymaniu ataku. Straty były duże, choć warto pamiętać, że procentowo mniejsze niż np. amerykańskie. Warto pamiętać, że w ciągu następnych czterech dni prowadzono intensywną akcję patrolową, co wiązało siły niemieckie na Monte Cassino.

    WIĘCEJ NIŻEJ | Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo
    Żołnierze w ruinach opactwa na szczycie Monte Cassino
    | Fot. NAC

    Czy z militarnego punktu widzenia w pełni wykorzystano alianckie zwycięstwo w bitwie o Monte Cassino?

    Nie. Rzym został wyzwolony 4 czerwca 1944 r., co było niebagatelnym sukcesem propagandowym, jednocześnie jednak siły alianckie spod Anzio, zamiast odciąć drogę wycofującej się niemieckiej 10. Armii, wkroczyły do Rzymu. Tym samym Niemcy zdołali się wycofać na linię Gotów na północ od Florencji. Jednocześnie warto pamiętać, że masyw Apeninów jest bardzo trudnym terenem do prowadzenia walk, co w oczywisty sposób ułatwiało sytuację wojsk niemieckich. 


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” Nr 19 (56) 18-24/05/2024

    Reklama na podst. ust. użytkownika.; Dzięki reklamie czytasz nas za darmo

    Afisze

    Więcej od autora

    Gramy u siebie!

    I znów przez cały miesiąc wszystko kręcić się będzie wokół piłki, a oczy (przynajmniej) Europy zwrócone będą na Niemcy, gdzie 24 narodowe reprezentacje będą walczyły o tytuł mistrza Starego Kontynentu. Litwy nie ma wśród nich już niejako tradycyjnie, nie...

    Wolność była w Nim [Z GALERIĄ]

    Jarosław Tomczyk: W tym roku minie 40. rocznica tragicznej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Czy wszystkie okoliczności tego zdarzenia są już dzisiaj wyjaśnione? Ewa K. Czaczkowska: Według dokumentów i oceny specjalistów, z którymi rozmawialiśmy wraz z Tomaszem Wiścickim, pracując nad...

    Starzyński – prezydent niezłomny

    Jarosław Tomczyk: Z czego zrodziła się u Pana niewątpliwa fascynacja Stefanem Starzyńskim? Grzegorz Piątek: Jestem warszawiakiem, a z wykształcenia architektem. W Warszawie zaś Starzyński jest symbolem idealnego rządzenia, uważanym za najlepszego prezydenta w historii, a także opiekuna architektów i urbanistów,...

    35 lat wolności

    4 czerwca 1989 r. miałem skończone 16 lat i byłem o włos od ukończenia pierwszej klasy liceum. Cała ta pierwsza klasa to był przełomowy czas w moim życiu. Świętując zdane egzaminy i przyjęcie do wymarzonej szkoły, nie zdawałem sobie...