I nie chodzi o „gorszy tydzień”. Chodzi o mechanizm, który potrafi zmienić sposób myślenia, reagowania i… bycia sobą.
Wyobraź sobie, że stoisz na środku ruchliwego skrzyżowania. Masz kierować ruchem, odpowiadać na pytania przechodniów, pilnować bezpieczeństwa dzieci bawiących się obok i jednocześnie wypełniać skomplikowaną dokumentację. Musisz to robić z uśmiechem przez 45 minut, bez realnej przerwy. Potem grupa na skrzyżowaniu nagle się zmienia i zaczynasz od nowa. Tak w dużym uproszczeniu wygląda lekcja.
Jako społeczeństwo wpadliśmy w pułapkę oceniania pracy nauczyciela przez pryzmat tablicy i kredy. Nie widzimy tego, co dzieje się pod powierzchnią: stałej kontroli sytuacji, obciążenia poznawczego, regulowania emocji całej grupy, reagowania na konflikty, a do tego – dokumentowania i rozliczania wszystkiego w systemach. Ten zawód nie „męczy się” tylko mięśniami. On męczy się układem nerwowym.
Biologia stresu: organizm w trybie alarmu
Żeby zrozumieć wypalenie, trzeba wejść w fizjologię stresu, bez mitów i bez moralizowania. W naszym mózgu działa system wykrywania zagrożeń. W normalnych warunkach uruchamia się, gdy widzimy realne niebezpieczeństwo. W pracy nauczyciela „sygnały zagrożenia” pojawiają się jednak dziesiątki, a czasem setki razy dziennie: hałas na przerwie, napięcie w klasie, konflikt, prowokacja, presja czasu, trudna rozmowa z rodzicem, nagła interwencja.
Każda taka sytuacja nakręca reakcję stresową i podnosi poziom kortyzolu. U wielu osób kortyzol spada wieczorem, co pozwala ciału i głowie wrócić do równowagi. U nauczyciela bywa inaczej: po pracy nadal „przeżywa” wydarzenia z klasy, odpisuje na wiadomości, sprawdza prace, przygotowuje lekcje. Układ nerwowy nie dostaje jasnego sygnału: „koniec dyżuru”.
Efekt? Stan przewlekłej czujności. To nie jest zwykłe zmęczenie, które mija po weekendzie. To długotrwałe napięcie, które potrafi rozjechać sen, koncentrację, cierpliwość i pamięć, a w dłuższej perspektywie wpływa na funkcjonowanie obszarów mózgu odpowiedzialnych za uczenie się i regulację emocji. Krótko mówiąc, to biologiczny koszt życia w trybie „muszę być gotowa(-wy)”.
Perspektywa rodzica
Rodzice czasem mówią: „To profesjonalista, powinien zostawiać emocje za drzwiami lub w domu”. Problem w tym, że neurologia i psychologia uczenia się są bezlitosne: emocji nie da się wyłączyć jak światła w klasie.
Dzieci, szczególnie młodsze, są niezwykle wrażliwe na sygnały bezpieczeństwa i napięcia u dorosłych. Jeśli nauczyciel wchodzi do klasy spięty, w pośpiechu, z podwyższonym stresem, klasa to „czyta” natychmiast. U części uczniów rośnie nadpobudliwość, u innych – lęk, wycofanie lub agresja. Atmosfera robi się trudniejsza. A im trudniejsza atmosfera, tym więcej stresu u nauczyciela. To sprzężenie zwrotne.
Wypalenie nie rozgrywa się więc tylko w głowie nauczyciela. Ono rozgrywa się w jakości lekcji: w cierpliwości, w sposobie reagowania na trudności, w gotowości do rozmowy, w miejscu na kreatywność. Nauczyciel bez zasobów emocjonalnych łatwiej sięga po kary i szybkie rozwiązania, bo one chwilowo przywracają spokój, nawet jeśli to spokój pozorny. Znika przestrzeń na indywidualne podejście, zostaje mechaniczne „zrobienie programu”.
Dlatego dbanie o dobrostan nauczycieli jest w praktyce dbaniem o warunki uczenia się dzieci.
Cynizm jako tarcza
Wypalenie zawodowe często mylimy ze zwykłym przepracowaniem. Różnica jest fundamentalna: po przepracowaniu odpoczynek naprawdę pomaga. W wypaleniu odpoczynek bywa za krótki, bo problemem jest już nie tylko zmęczenie, ale zmiana sposobu funkcjonowania.
Jednym z najbardziej niebezpiecznych, a zarazem najczęściej pomijanych objawów jest depersonalizacja. W praktyce wygląda to tak: nauczyciel, który kiedyś mówił o uczniach z troską i zaciekawieniem, zaczyna mówić o nich „numerami” albo „beznadziejnymi przypadkami”. Pojawiają się sarkazm, ironia, chłód.
To nie zawsze jest złośliwość. Często to mechanizm obronny: gdy empatia jest przeciążona i nie ma kiedy się regenerować, psychika „odcina czucie”, żeby przetrwać. Dla rodzica taki nauczyciel może wyglądać na obojętnego. W rzeczywistości bywa kimś, kto „spłonął”, bo wcześniej długo świecił zbyt mocno „bez paliwa”.
Nie potrzebujemy rewolucji, żeby poczuć różnicę. Czasem wystarczy korekta kursu o kilka stopni. Co można zrobić już dziś?
Dla nauczyciela: higiena cyfrowa
Ustal jasną granicę dostępności, np. godz. 17, po której nie zaglądasz do e-dziennika ani służbowej poczty. To nie fanaberia, tylko komunikat dla układu nerwowego: „dyżur skończony”. Gdy jesteś cały czas pod telefonem i „na czuwaniu”, stres nie ma kiedy opaść, a organizm nie przełącza się w tryb regeneracji.
Pomaga też prosty rytuał przejścia między szkołą a domem: pięć minut spaceru, chwila muzyki w samochodzie, świadome kilka oddechów przed wejściem do mieszkania albo natychmiastowa zmiana ubrania. Sens jest jeden: odciąć rolę zawodową i wysłać ciału jasny sygnał: „Teraz jestem u siebie, teraz mogę odpocząć”.
Dla rodzica: most porozumienia
Zanim napiszesz ostry mejla, zatrzymaj się na moment i przyjmij robocze założenie, że nauczyciel ma dobre intencje, nawet jeśli jest przeciążony. Zamiast ataku („Dlaczego Jaś dostał jedynkę?!”) zacznij od współpracy: „Widzę, że pojawiła się trudność. Jak możemy wspólnie pomóc Jasiowi?”. Taka zmiana tonu przestawia rozmowę z „kto winny” na „co robimy dalej”, obniża napięcie po obu stronach i, co najważniejsze, chroni dziecko przed atmosferą konfliktu.
Wypalenie nauczycieli to nie jest problem „roszczeniowej grupy zawodowej”. To pożar w fundamencie systemu, który ma wychować kolejne pokolenie. Jeśli chcemy, żeby dzieci uczyły się od osób z pasją, kreatywnością i empatią, musimy dbać o te osoby jak o zasób strategiczny.
Czasem zaczyna się to od rzeczy małych: od dobrego słowa, od zrozumienia, od pozwolenia nauczycielowi na bycie człowiekiem. Bo tylko człowiek niewypalony pracą ma szansę wychować drugiego człowieka.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 03 (09) 24-30/01/2026

