Apolinary Klonowski: Od co najmniej pięciu lat rysujesz karykatury do „Kuriera Wileńskiego”, a od kilku edycji plebiscytu czytelników Polak Roku laureaci otrzymują puchar twojego projektu. Ale twoja biografia jest dość zaskakująca – urodziłeś się w Mińsku, studiowałeś w Estonii, mieszkałeś i wychowałeś się w Wilnie, jesteś Polakiem, a mieszkasz w Hadze. Jaka była twoja droga do Holandii?
Władysław Mickiewicz: Spełniłem swoje marzenie – uciekłem ze Związku Sowieckiego. Takich marzycieli było wielu. Działałem w kilku kierunkach – miałem możliwość pojechać do Stanów Zjednoczonych, Anglii i Izraela.
Gdy później zaczęły jeździć rosyjskie czołgi na ulicach Wilna, najszybszym wariantem był Izrael. Tam miałem przyjaciela, designera z Hagi. Po trzech latach wrócił do Niderlandów [Holandii – przyp. red.]. Zostałem w Izraelu i planowałem urlop – najpierw odwiedziłem kolegę z Wilna w Londynie, potem przyjechałem do Hagi. Tam, w Hadze, ten kolega powiedział, że ma zamówienie na szklane drzwi, więc moglibyśmy zrobić je razem. Przyjechałem, szefowi pracowni się spodobało, zapytał, czy chciałbym zostać. Zauważyłem, że są zamówienia, wszystko dobrze idzie – pomyślałem, czemu by nie? Wyjechałem na urlop, dotychczas jestem tutaj. Można powiedzieć, że mój urlop zatem się nie skończył i wciąż trwa [śmiech].
Jesteś autorem logotypu Związku Polaków na Litwie – tarczy z Pogonią i Orłem. W jaki sposób to się wydarzyło?
To był początek „Naszej Gazety”, rok 1989. Zwrócił się do mnie Artur Płokszto, ówczesny działacz Związku Polaków na Litwie. Zrobiłem logotyp, wszak byłem grafikiem, wtedy też rysowałem pierwsze karykatury, do których teraz wracam.
Ale pierwsza karykatura była w „Znad Wilii” – dwutygodnik wydawali wtedy Roman Mieczkowski i Czesław Okińczyc. Tam również zrobiłem logotyp i co dwa tygodnie przygotowywałem jakiś rysunek. Kiedy Romek wysłał mi te karykatury na 30-lecie „Znad Wilii” – wystraszyłem się!
Czytaj więcej: 35-lecie Wileńskiego Oddziału Miejskiego ZPL
Czego? Że tak zmienił się poziom rysunku?
Tematyki. Przecież to były karykatury skrajnie antysowieckie, a ja mieszkałem na Zwierzyńcu, kilometr od siedziby KGB! Na przykład karykatura, w której piszę, że już czas sierp i młot zamienić na kiełbasę. To było bardzo ryzykowne. Dziś możliwie inaczej bym się zachował.
Czyli poglądy uległy zmianie?
W kwestii moich poglądów nie ma żadnych zmian. Od kiedy człowiek zaczyna kształtować swoją świadomość polityczną, czyli jakoś w wieku 13–15 lat – jak było, tak zostało.

Skąd takie antysowieckie i antyrosyjskie nastawienie? Urodzony w Mińsku, studiowałeś w Estonii, gdzie kultura rosyjska jest silniejsza…
Ukończyłem nawet rosyjską szkołę. Bardzo dobrze znam kulturę rosyjską i rosyjski świat, wychowałem się w nim. Może właśnie dlatego zdaję sobie sprawę z tego, jaki to świat naprawdę.
Urodziłem się w Mińsku, ojciec z Wileńszczyzny tam studiował, tam poznał mamę. Przez pierwsze cztery lata życia mieszkałem w Mińsku, ale cała moja świadomość była kształtowana w Wilnie.
Rodzina była raczej antysowiecka, ale ostrożna. Z kolei dziadek… Ten był mniej dyplomatyczny. Potrafił rąbnąć niewygodną prawdą bardzo otwarcie. Pomyślałem: dziadek przecież nie powie bzdur!
Zacząłem interesować się historią, a do wniosków doszedłem już sam. A wspomniana Estonia – to było najbardziej antyradzieckie miejsce w całym Związku Sowieckim. Nie przez jakąś wrogość, ale nastawienie Estończyków. Nie traktowali tego na serio, udawali, dla nich cała ideologia komunizmu, narzucona rosyjskość to był faktycznie żart. Na Litwie zebrania komsomolskie wyglądały na prawdziwe, w Estonii to był żart i wszyscy byli tego świadomi.
Mówisz świetnie po polsku, mimo dekad spędzonych w Holandii. Jak zachowałeś znajomość języka?
Po prostu staram się nie odlecieć za daleko. Kiedyś miałem dziewczynę Polkę. A ostatnio zagrałem w serialu polsko-niderlandzkim „Samen.pl” o Polakach w Niderlandach. Dwa sezony, grałem ambasadora – takiego zastępcę, który niespodziewanie został ambasadorem i ciągle był pijany. Ostrzegano mnie, że jeśli mam jakieś sprawy w konsulacie, to lepiej, bym załatwił je przed filmem, bo później mogą mnie nie obsłużyć [śmiech]. Ale w tym serialu jest jeszcze jedna ciekawostka – reżyser też jest z Wilna.
Holendrzy nie boją się twoich antysowieckich i antyrosyjskich poglądów?
Wcześniej nie było zrozumienia. Jak mówiłem o Rosji i zagrożeniu, to dla nich była czarna magia, jakiś odległy temat, sprawy Europy Wschodniej w ogóle ich nie obchodziły. Teraz, po inwazji na Ukrainę, oczy zaczęły się im otwierać. Zaczęli się bać, że pożar wcale nie ograniczy się do jednego pokoju, ale dosięgnie wszystkich, jeśli nad nim nie zapanować.
Mój były szef zna wszystkich rosyjskich klasyków, był pozytywnie ustawiony wobec Rosji. Zaczytywał się rosyjską literaturą. Był pewien, że po „kolapsie” Związku Sowieckiego nowa Rosja będzie po prostu jednym z krajów Europy. Dziś patrzy inaczej, mówi wprost: „Myliłem się”. Pyta: „Co ci Rosjanie robią, dlaczego oni to robią, przecież to nielogiczne”. Poglądy na Rosję mu się zmieniły.
Mam znajomego Niemca, który opowiadał, że jak przyjechali pierwsi uchodźcy z Ukrainy i miał sąsiada Ukraińca – przeżył szok. Bo zazwyczaj uchodźcy w RFN to przybysze z Afryki, Bliskiego Wschodu, samo słowo nawet nie kojarzy się z Europą. A jak do niego przyszedł Ukrainiec, ten znajomy powiedział mi: „Przede mną stało moje odbicie w lustrze, taki sam facet, blondyn. I on jest uchodźcą? To znaczy, że jesteśmy wszyscy zagrożeni, także ja”. Musiało się więc stać coś strasznego, żeby zaczęły im się otwierać oczy.
Jakie są w Holandii nastroje odnośnie do pomocy Litwie i Polsce w przypadku napaści?
Holendrzy wobec wojska nie są pozytywnie nastawieni. Od dekad u władzy są tu hipisi, pacyfiści – ta generacja, która była młodzieżą w latach 70. i 80. Ludzie raczej o radykalnie lewicowych poglądach, o naiwnym postrzeganiu świata. W moim otoczeniu już takich nie ma, bo staram się tłumaczyć, co jest czym. Ale jest inna strona medalu – Holendrzy są zdyscyplinowani. Jak będzie decyzja o rozbudowie sił, to okej, wejdą w to. Ta agresywność gdzieś jest schowana, bo kiedyś byli przecież władcami świata w XVII w. To oni wymyślili apartheid… Pacyfikacje w Indonezji – mordowanie całych wsi i koniec. Więc niech nie zgrywają takich świętych, nikt w to nie uwierzy.
Uważam hipisów za trzecie zło XX w.! Pierwsze dwa to komunizm i faszyzm. Hipisi w próbie wywrócenia świata rujnują demokrację od wewnątrz. Niszczą świadomość, zdrowy rozsądek, a co gorsza, także naukę i sztukę. To wszystko pod przykrywką tolerancji i współczucia dla cierpiących, chociaż tego tam jest tak naprawdę niewiele.
Wróćmy do Wileńszczyzny drogiego kraju – skąd pomysł na właśnie taki kształt pucharu Polaka Roku, który niebawem, za rok 2025, otrzyma Renata Brasel? Można powiedzieć, że staje się to puchar tradycyjny, bo to będzie już czwarta edycja z rzędu.
Chciałem stworzyć coś nietypowego. Zazwyczaj puchar to tradycyjny kształt, kielich. A ja mam inne możliwości i postrzeganie, wykorzystałem je. Jak zaczynałem, to wysyłałem szkice do Roberta Mickiewicza, redaktora naczelnego „Kuriera Wileńskiego”, i jakoś to ruszyło.
Gram w tenisa, kiedyś oglądałem turniej i zwycięzca dostał coś innego niż tradycyjny puchar – wywołało to wtedy zaciekawienie, pomyślałem, że przecież też mam takie możliwości.
Co wiemy o pucharze od strony technicznej?
W zasadzie jestem architektem, ukończyłem architekturę wnętrz w Tallinie. Mam więc trochę inny pogląd na szkło, bardziej architektoniczny. Zazwyczaj robię szkło związane z architekturą, więc taki mam też do niego stosunek. Podchodzę do tych spraw przez pryzmat wykształcenia, które otrzymałem, ale przez lata stworzyłem swój styl – bardziej związany z architekturą niż ze sztuką użytkową. Zatem te wpływy są widoczne w pucharze dla laureata plebiscytu czytelników.
Aż wypada zapytać – jakie jeszcze dzieła tutaj, na Wileńszczyźnie, są twoje, o czym nie wiemy?
Na przykład logotyp Kapeli Wileńskiej. Opracowałem logotyp dla Polonii Wilno, klubu piłkarskiego, który już niestety nie gra. Chcę tylko przypomnieć, że to wszystko, o czym teraz mówię, powstało w latach 1988–1990. Ludzie potrzebowali logotypów czy graficznych rozwiązań, a ja po powrocie z Estonii pracowałem w agencji reklamowej, miałem doświadczenie. Byłem więc naturalnym wyborem.
Zresztą dotychczas mam z nimi kontakty – i z Kapelą Wileńską, i z Arturem Płoksztą. Nawet robiłem okładkę jego książki, ze trzy lata temu. Niestety, nie jestem już tak bardzo w temacie, co się dzieje u Polaków na Litwie, wyjechałem bardzo dawno, a wszystkiego się umysłem nie ogarnie.
Dużo tworzyłeś. Nie obawiasz się, że sztuczna inteligencja zabierze pracę artystom, w tym Tobie?
Niektórym może zabrać. W moim wypadku nie – technologia już to zrobiła i wcale nie teraz, tylko 15–20 lat temu. Otóż jedna z moich technik to piaskowanie szkła. Właśnie kilkadziesiąt lat temu na rynek wkroczyła taśma imitująca piasek – to był cios. Ale przetrwaliśmy [śmiech].
Z kolei sama sztuczna inteligencja może pomóc w opracowaniu szkiców, tylko trzeba wiedzieć, gdzie ją stosować, a gdzie nie.
Znasz się z artystami z innych dziedzin?
Nie mam wielu kontaktów z artystami, bo to są hipisi. Kiedyś na mojej ulicy mieszkania oddawali studentom Akademii Sztuk Pięknych w Hadze. Byłem ciekawy, czym się zajmują. Jak obejrzałem ich prace, to osłupiałem – oni nawet nie wiedzą, co to rysunek… Nie mają pojęcia o klasycznym rysunku, którego się uczy od dzieciństwa. Narysować rękę albo portret – ich to nie obchodzi. A nazywają się artystami.
Po tym dobrze wnioskuję, że z poglądów jesteś konserwatywny?
Niektórzy by tak to nazwali. Ci, o których mówię, są zajęci bardziej gadaniem niż pracą. Miałem znajomego artystę, który zaproponował wstąpienie do zrzeszenia. Przynoszę swoje prace i patrzę na prace innych – myślę: co ja tu robię? Te prace nie wystarczą nawet, żeby zakwalifikować się do egzaminów na uczelnię. W moich czasach do wileńskiej czy estońskiej akademii nie dopuszczono by tych ludzi do egzaminu. A tutaj już są artystami i tak siebie nazywają. Gadanie o niczym i patrzenie w sufit bez pracy to nie sztuka. To każdy potrafi.
Oglądałem serial o studentach akademii sztuk w Londynie. Twórcy zapowiedzieli odcinek o klasycznym rysunku. Usiadłem z kawą, ciekaw tego, co pokażą. Co pokazali? Nic. Robili jakieś kreski, była natura – naga kobieta czy facet – a oni rysują kreskę i mówią: „Ja tak widzę”. To nie jest nawet abstrakcja.
Abstrakcja z wyboru to coś innego – Picasso robił abstrakcyjne rzeczy, ale pięknie rysował, najpierw musiał jednak opanować do perfekcji warsztat, podstawowe klasyczne reguły. Ci ludzie robią abstrakcję nie dlatego, że są tacy oryginalni i ich umysł wychodzi poza jakieś ramy, ale dlatego, że nic innego nie potrafią. Bo warsztat wymaga pracy, a pracować nie lubią i nie chcą. Jak mawiał Salvador Dalí: „Najpierw trzeba nauczyć się rysunku, a później zostawać kubistą”. Niestety, dziś gdy przyjdzie do urzędu bezrobotny i powie, że jest artystą, to dostanie zasiłek i będzie „artystą”. Na szczęście to powoli się kończy.
No właśnie, dla przeciętnego mieszkańca Litwy Holandia kojarzy się raczej ze światem o lewicowym skrzywieniu – imigranci, marihuana itd. Rosja podsyca te obrazki, mówią wręcz o „Gejropie”. Jaki Ty na to masz pogląd?
Sytuacja się zmieniła. Poprzednie wybory w Niderlandach wygrała prawica, bo ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z uchodźców i zagrożenia przez radykalny islam. Ci muzułmanie, co zostali sprowadzeni w ostatnich 20 latach – nie potrafią i nie chcą się integrować, nie uczą się języka. Jeżeli tak nienawidzisz Europę, to po co przyjeżdżasz?!
Spójrzmy na innych migrantów, np. tych z Polski. Mam przyjaciela, przyjechał, jak miał 10–12 lat. Czym się różni od Holendra? Prawie niczym. Pięknie mówi po holendersku i po polsku, jest w pełni zintegrowany. A jak przyjeżdża ktoś z Maroka, dostaje zasiłek, nigdy nie pracował, zajmuje się handlem narkotykami – co może wnieść? Mam sąsiada z Maroka, mieszka w nowym dwupiętrowym domu, nigdy nie pracował. Najcięższa rzecz, którą podniósł w życiu, to papieros… Ja, nawet ciężko pracując, nie mogę sobie pozwolić na taki dom.
Czyli lewicowa Europa się skończy?
Nie jestem aż tak za prawicą, ale środek ciężkości polityki na pewno pójdzie w prawo. Nie podoba mi się prawica, bo chcą jak najmniej związków z Unią – mówią o Nexicie [Nederland + exit – przyp. red.].
Chciałbym, żeby rządziły siły reprezentujące konserwatywną część społeczeństwa, ale nie antyeuropejskie. Z tym niestety trudno. Najczęściej prawica czy siły centrowe skłaniają się ku antyeuropejskości, a to mi nie odpowiada.
Jak porównujesz dzisiejsze Wilno z tym z dzieciństwa? Na pewno jest w nim więcej Litwinów.
To fakt. Ogólnie widzę wspaniałe zmiany. W ostatnich latach nie odczuwam różnicy, czy jestem w Holandii, czy w Wilnie. A kiedyś, 15–20 lat temu, różnica była ogromna. Ludzie się nie uśmiechali, kelnerzy byli jacyś dziwni, wszyscy podejrzliwi, niechętni sobie nawzajem. Teraz nie widzę różnicy. Nawet ludzie ubrani są lepiej niż w Holandii, bo Holendrzy nie dbają o wygląd, to Litwa ma już w tej kwestii przewagę! Do tego piękne kawiarnie, centrum zadbane, jedzenie super. Wiadomo, zawsze jest nad czym popracować, i pracować trzeba dalej, ale efekty są cudowne!
Czytaj więcej: 700-lecie Wilna przy DKP [GALERIA]
Na potrzeby publikacji karykatury Władysława Mickiewicza z lat 90. zostały pozyskane z archiwum i zrekonstruowane przez autora wywiadu.
Władysław Mickiewicz
Urodzony w Mińsku, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Tallinie. Od pierwszych numerów „Znad Wilii” był rysownikiem i karykaturzystą czasopisma. Od początku lat 90. przebywał na emigracji, obecnie mieszka w Hadze. Jest autorem charakterystycznych pucharów wręczanych od kilku edycji laureatom plebiscytu czytelników „Kuriera Wileńskiego” Polak Roku. Wcześniej związany był z czasopismem „Znad Wilii” (ówcześnie dwutygodnik, dziś kwartalnik).
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 03 (09) 24-30/01/2026

