Więcej

    Miłość – uczucie łączące dwa różne światy

    O miłości, kochaniu, motylkach w brzuchu staje się głośno czy wręcz gorąco w walentynki, które o dziwo przypadają od lat w najbardziej zimowym miesiącu w tym roku – 14 lutego. To radosne i frywolne święto zakochanych podrywa nasze uczucia na wyżyny, wszyscy ruszamy z serduszkami, misiaczkami, całusami i obdarowujemy nimi naszych ukochanych.

    Czytaj również...

    To czas na drobne upominki, romantyczne gesty, ale przede wszystkim na przypomnienie, że miłość jest jedną z najważniejszych wartości. Walentynki odradzają naszą miłość, lecz z reguły na krótko. W następne dni wracamy do codziennej rutyny i nie ma głowy na miłe słowa i gesty. A prawdziwą sztuką jest utrzymanie tej intymnej więzi, jaką jest miłość, na długie lata.

    Czy można być ze sobą 10, 20, 30, 50 lat i nadal widzieć życie w kolorach, a nie wyblakłe i szare? A może im dłuższy miłosny staż, tym więcej nudy? Na te i na wiele innych pytań dotyczących wieloletniego pożycia małżeńskiego odpowiada Marian Wiszniewski, coach, przedsiębiorca oraz konsultant kariery i biznesu, mający doświadczenie nie tylko z firmami. Prywatnie mąż Rimy, ojciec dwóch córek i dziadek trzech wnuczek. Wraz z Rimą powiedzieli sakramentalne „tak” 41 lat temu.

    Brenda Mazur: W waszym związku jesteście już kilka dekad i macie bagaż wspólnych doświadczeń. Przez ten czas przeszliście kilka faz rozwoju waszych relacji. Ów małżeński czas to wartość sama w sobie – jak mówił św. Jan Paweł II – „Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się – na próbę”. Sięgnijmy do początków waszego związku, czy pamięta Pan wasze poznanie się?

    Marian Wiszniewski: Sądzę, że chyba każdy zapoznanie tej ważnej dla siebie osoby pamięta na całe życie. Ja i Rima studiowaliśmy razem na Uniwersytecie Politechnicznym w Kownie. Wówczas jeszcze nie zwróciłem na nią tej szczególnej uwagi, ot, mijaliśmy się, jak to studenci – kolega/koleżanka – na uczelnianych korytarzach. Sytuacja zmieniła się na czwartym roku, a dokładniej podczas studenckich wakacji. Starsze pokolenie pamięta „strojotriady” (studenczeskij stroitielnyj otriad), te wyjazdy studenckie, gdzie można było zarobić na dżinsy, ale przede wszystkich poznać innych studentów, poczuć pozauczelniane życie. Niektórzy wyjeżdżali kopać ziemniaki, inni na budowę gdzieś w rejonach. Ale i dalej, niekiedy nawet do Jakucji na Syberii, co było wielkim wyróżnieniem i zarezerwowane dla najlepszych studentów. I mnie akurat dotyczyło. I tu pochwalimy się nieskromnie [śmiech], ponieważ ja się dobrze uczyłem, Rima również, to tamtego lata 1984 r. znaleźliśmy się właśnie w Jakucji na studenckim obozie pracy. Ta odległość ponad 6 tys. km, praca i „swoja dusza” obok – dziewczyna o pięknych brązowych oczach – zrobiły swoje. Żonę natomiast, podobno, ujęły moje dżentelmeńskie gesty [śmiech]. Jednym słowem, zakochaliśmy się w sobie i wróciliśmy stamtąd już jako para. Rok później (1985) jeszcze jako studenci pobraliśmy się.

    A jak wyglądały oświadczyny, zapoznanie rodzin i uzyskanie błogosławieństwa od nich?

    Jeśli chodzi o rodziny, nasze światy były różne. Ja pochodziłem z polskiej, zakorzenionej w tradycjach i patriotyzmie rodziny. Rima zaś z takiej mocnej, litewskiej. Czasy naszej znajomości, co wielu Czytelników dziś potwierdzi, nie były sprzyjające takim koligacjom. Nasza bliska znajomość to był można powiedzieć szok dla naszych obu rodzin. Żona pochodziła z miejscowości Kibarty (lit. Kybartai) w rejonie wołkowyskim, ja urodziłem się pod Wilnem, w małej wioseczce w gminie Rukojnie, tam chodziłem do szkoły początkowej. Potem była szkoła średnia nr 26 w Nowej Wilejce (obecnie Gimnazjum im. Józefa Ignacego Kraszewskiego), następnie studia w Kownie.

    A jak wyglądało poznanie rodziny i oświadczyny? Pojechałem do Kibart w wielkiej tremie. Okazało się, że nie było tak źle, rodzice żony mnie ładnie przyjęli, posadzili za stołem, a po długiej biesiadzie życzyli szczęścia i zgodzili się oddać mi swoją córkę na małżonkę. Potem była wizyta Rimy w mojej rodzinie. Moi rodzice również zaakceptowali mój wybór, Rima im się spodobała, choć był mały incydent, który mnie do dziś śmieszy. Jak to na wsi – zeszły się sąsiadki, jedna, druga, częstowały jagodami i dogadywały, „co to ja za Litwinkę do domu przywiozłem”. Generalnie jednak z obu stron naszych rodzin była aprobata, którą można ubrać w słowa: róbcie, jak uważacie. Choć po jakimś czasie dowiedziałem się od żony, że kiedy była jeszcze panienką, jej dziadek ostrzegał, niby żartując: „Tik ne lenkas” (Tylko nie Polak!). A my na przekór wszystkiemu pobraliśmy się i tworzymy dobrą parę, łączącą rodzinę. I mało tego, uważałem moich teściów za świetnych ludzi, przez których byłem cały czas hołubiony. Dziś już, niestety, nie żyją.

    Jaka jest metoda na bycie razem wiele lat? Czy jakoś się wzajemnie nakręcacie? Jaki jest przepis na 41 lat w małżeństwie?

    Mówi się, że „szczęśliwe małżeństwo to takie, w którym mąż rozumie każde słowo, którego żona… nie wypowiedziała!” [śmiech]. I to dotyczy obojga małżonków – najwyższa forma miłości jest wtedy, kiedy jedna strona wyczuwa bez wypowiedzenia życzenie drugiej strony. Krótko mówiąc, udane małżeństwo wymaga wielkiej dyplomacji. Nad miłością z pewnością trzeba pracować. Być odpowiedzialnym i starać się pielęgnować relacje przez całe życie.

    Tak się złożyło, że od kilku lat wraz z małżonką działamy we Wspólnocie św. Jana w klasztorze Joannitów na ul. Antakalnio 27 w Wilnie. Moderujemy grupy, które zamierzają wstąpić w związek małżeński. Jest to bardzo przydatne i potrzebne, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy młodzi ludzie nie chcą zawierać małżeństw, mają często błędne podejście do związku. Są tam więc i mądre dyskusje o małżeństwie, o głębokim przeżywaniu miłości, o wspólnym doskonaleniu, o tym, żeby nie szukać winy w partnerze, ale i spojrzeć z boku na siebie. Szukać sposobów na przebaczenie: czy podać rękę, czy zrobić kawę, czy skopać wiosną ogródek, zanim żona się obudzi. I tu mi przychodzi na myśl mój osobisty gest. Pamiętam, jak dawniej jeździliśmy z małymi córkami do teściów. Ja, choć grzebanie w ziemi nie jest moją pasją, pracowałem wraz z dziewczynkami na grządkach. I to był jeden ze sposobów (tak myślę teraz) na twórczą miłość.

    Marian Wiszniewski z żoną Rimą | Fot. archiwum prywatne

    W miłości ważna jest czułość. Na czym ona polega, bo chyba nie (tylko) na zagłaskaniu i zacałowaniu?

    U niektórych taka komunikacja niewerbalna to jest troska o drugą osobę. Ważne jest, aby dbać o jakość naszego życia również w tym względzie. Nie można pozwolić, aby praca i inne obowiązki nas tych gestów pozbawiały. Fajnie jest się pośmiać wspólnie (co nam z żoną teraz przychodzi łatwo, kiedy mamy wnuczki). Dobrze jest pielęgnować humor w rodzinie i mówić sobie miłe rzeczy. Warto też pielęgnować wspomnienia z czasów dawnych, oglądać wspólne zdjęcia i opowiadać o zdarzeniach, jakie miały wtedy miejsce. Wspominać różne sytuacje, te śmieszne i te smutniejsze. To wzmacnia i buduje rodzinę, pokazując naszym dzieciom, wnukom, a nam samym przypominając o tym, co przynosi dojrzała miłość.

    Czy jesteście z małżonką różni, czy podobni? Co was łączy, co was dzieli?

    Jesteśmy i różni, ale i w wielu aspektach życia podobni – to sprawiły wspólne przeżyte lata. Małżeństwo jest sztuką, żeby tę inność tolerować, nie gasić, ale dopasowywać. Jednego modelu, aby to uzyskać, niestety, nie ma.

    Na pewno łączy nas to bazowe wychowanie wyniesione z naszych rodzinnych domów. Obydwoje wywodzimy się z takich uporządkowanych, klasycznych rodzin. Nie było ważne, że było finansowo skromnie. Ważny był spokój, harmonia w rodzinie i miłość. Ważny był Pan Bóg i modlitwa. Tego nas uczyli swoim przykładem dziadkowie i rodzice, i wujkowie, i ciocie, że rodzina jest najważniejsza. Dla mnie takim wzorem rodziny są wujostwo Brazisowie – ciocia Renia z wujem Romualdem. Żyją razem szczęśliwie już 63 lata. Wuj Romuald był dla mnie od zawsze mentorem, wspierał mnie i doradzał. Razem organizowaliśmy pierwszą międzynarodową konferencję Stowarzyszenia Naukowców Polaków Litwy.

    A jeśli chodzi o mój związek z małżonką i to, co nas różni – dla mnie ważny jest sport, wycieczki. Żona jest bardziej domatorką, uwielbia wyczarowywać różne smakowitości w kuchni – w tym jest ekspertem, a ja tylko jej czasami asystuję. Żona uwielbia przygotowywać stół i gościć rodzinę czy przyjaciół. Raz na jakiś czas organizujemy sobie wspólne wyjazdy, które nas cieszą. Ale to, co bardzo cenię u swojej małżonki, to to, że jest wyrozumiała dla moich aktywności i że nie oponowała w związku z moimi planami, które wiązały się z licznymi przeprowadzkami. Po wspólnym „przegadaniu” zgadzała się na nie.

    Już po studiach pojechaliśmy, wtedy jeszcze z malutką córeczką Wandą, do Warszawy na pięć lat. Tam ukończyłem studia doktoranckie, co wiązało się z mieszkaniem w ciasnych wynajętych pokoikach i wszelkimi, również finansowymi, ograniczeniami. Potem zacząłem swój pierwszy biznes z firmą w Polsce, a następnie kontynuowałem działalność biznesową na Litwie. Byłem wówczas mocno zaangażowany w prowadzenie własnych firm.

    Obecnie już jestem prawie jedną nogą na emeryturze, nie prowadzę biznesu tak aktywnie, zwolniłem trochę tempo, ale nie do końca [śmiech]. Zająłem się poszerzaniem swoich kompetencji, dokształcaniem się. Ukończyłem kursy coachingu i dziś z satysfakcją pomagam ludziom w osiąganiu celów zawodowych lub osobistych, pomagam rozwinąć ich potencjał. Kiedyś też trenowałem z sukcesem karate, byłem nawet trenerem. I małżonka te wszystkie moje działania wspierała i wspiera, za co jej dziękuję.

    Czy przez ten czas zmieniło się postrzeganie waszej relacji małżeńskiej?

    Mówiąc filozoficznie, i tak, i nie! Nie zmieniło się, bo jesteśmy razem i miłość nas łączy. Ale i wiele rzeczy się zmieniło. I to bardzo dobrze. Żona jest mamą i babcią i przybyło jej wiele ról. Tak jak i ja jestem szczęśliwym ojcem i dziadkiem. Mamy trzy wnuczki, ostatnia ma dopiero 10 miesięcy i ja też często z wielką radością pełnię funkcję „wąsatej niani”. Ten generator miłości wciąż pracuje i cieszymy się, że możemy go uzupełniać. Można to ująć w ten sposób: małżeństwo jest jak wino z jednego krzewu – mąż i żona współtworzą go każdego dnia. Na początku jest świeże i pełne obietnicy, z czasem dojrzewa przez cierpliwość, pracę i przebaczenie. Dobre wino powstaje nie z pośpiechu, lecz z troski o winorośl. Po 50 czy 60 latach smakuje najpełniej, bo miłość, która przetrwała, stała się sztuką wspólnego życia.

    Na pewno podczas tego wspólnego życia zdarzały się mniejsze czy większe kryzysy. Jak z nimi sobie radzić?

    Ratunek jest w przebaczeniu, rozmowie i modlitwie. To są najlepsze instrumenty. Taki self coaching, czyli rozmowa z Panem Bogiem, modlitwa, każdy po swojemu, to jest uniwersalna pomoc, która nic nie kosztuje, a może bardzo pomóc. Mam taki przykład z prowadzenia grup, a wynika to ze statystyk. Jeżeli mąż i żona modlą się razem, to w dużym stopniu zwiększa to gwarancję, że się nie rozstaną. Modlitwa powoduje, że ten poziom złości opada. Ja ostatnio nawet ułożyłem taki wiersz, gdzie sednem jest przyjąć winy na siebie, nawet wtedy, gdy nie jesteś winny. Myślę, że to jest dobra metoda. Choć to nie jest wcale takie łatwe, ale warto się postarać. Najczęściej wini się innych: „to przez ciebie”, „ty zawsze zawodzisz” itp. Ja sam oczywiście nie jestem taki doskonały, ale przypominając to i mówiąc dzieciom czy żonie – nie wypada tego nie praktykować. Często też, gdy prowadzę rozmowy z moimi klientami, oni pytają: „Panie coachu, a jak tam u ciebie?”.

    Marian Wiszniewski z córkami | Fot. archiwum prywatne

    Która faza małżeństwa jest lepsza? Ta, kiedy byliście młodym małżeństwem z dziećmi, czy ta obecna, gdy dzieci już wyfrunęły?

    Każda faza ma swoje piękności. I ta dojrzała, z Bożą pomocą daje płynąć w tej łódce życia, ile tam Pan Bóg da nam jeszcze lat. Kiedy byliśmy młodzi, jak już wspominałem, było ciężko. Ale to jest czas, który hartuje, uczy, rozwija. Często wystawia małżonków na próby przetrwania. Ale i umacnia miłość. Nasza starsza córka dorastała z nami w takich okolicznościach i kształtowała swoje spojrzenie na rodzinę. Dziś jest mężatką, ma udany związek, trzy córeczki i nam dziadkom serce rośnie. Druga córka, dużo młodsza, bo urodziła się po wielu latach, kiedy już powodziło nam się lepiej i świat się zmienił, ma już inne podejście do życia, uczy się, studiuje, podróżuje. I ma swoją miłość, ale z zawarciem związku małżeńskiego zwleka. Odkłada na „trochę później”. Dla nas rodziców klasyków to nie jest decyzja, z którą się zgadzamy, ale córkę oczywiście wspieramy. I kochamy.

    Tak więc, nasze małżeństwo nie jest idealne (a czyje jest?), jednak jest udane. Łączy nas wzajemna miłość, która nie zwiędła pomimo upływu czasu, oraz dom pełen wiary, który stworzyliśmy. Jesteśmy z żoną zgranym zespołem. Mamy świadomość naszych ról.

    Czytaj więcej: Jak znaleźć i utrzymać miłość – rzecz dla męża i żony, i dla narzeczonych też


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 06 (18) 14-120/02/2026

    Afisze

    Więcej od autora

    Polka, której żywiołem stała się zimna Grenlandia

    Brenda Mazur: Kamilo, zanim dojdziemy do tego, jak się znalazłaś w tym pięknym, ale surowym kraju, opowiedz o swojej drodze. Jesteś Poznanianką z urodzenia, tam zdobyłaś solidne wykształcenie, potem...