Więcej

    Polacy wracają z tarczą! Igrzyska widziane od środka

    We Włoszech kończą się XXV Zimowe Igrzyska Olimpijskie. – Zapamiętamy z nich wielki sukces Kacpra Tomasiaka, który jako pierwszy Polak zdobył na jednych igrzyskach trzy medale. Co ciekawe, po raz pierwszy zawody olimpijskie były tak bardzo rozproszone – opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” Tomasz Kalemba, dziennikarz portalu Interia.pl.

    Czytaj również...

    – Igrzyska powinny łączyć, niestety, we Włoszech wszyscy są podzieleni, co wynika z faktu, że zawody w poszczególnych dyscyplinach są bardzo rozproszone – mówi Tomasz Kalemba, relacjonujący wszystkie zimowe zmagania olimpijskie od 2010 r. – Każdy chciałby zobaczyć i dopingować rywalizujących kolegów z reprezentacji, a bardzo często jest to wręcz niemożliwe. Zazwyczaj były dwa klastry, alpejski i lodowy, często nawet w sporej odległości; na poprzednich igrzyskach w Pekinie było to 400 km, ale szybkim pociągiem można było pokonać ten dystans w godzinę. Tu lokalizacji jest dużo więcej, a odległości są utrudnieniem i dla kibiców, i dla dziennikarzy, i dla sportowców. Nie zmienia to faktu, że oczywiście i te igrzyska, jak wszystkie poprzednie, mają swój urok.

    Fachowcy nie są zaskoczeni

    Przed rozpoczęciem olimpijskich zawodów nastroje co do medalowych szans zarówno w Polsce, jak i na Litwie były podobne – czyli mało optymistyczne. Spodziewano się, że dorobek może być bardzo niewielki albo wręcz żaden. W wypadku Litwy to się potwierdziło, wciąż czeka na pierwszy krążek zimowych igrzysk.

    Biało-Czerwoni zebrali jednak okazały plon trzech srebrnych medali i jednego brązowego. Trzy krążki zdobyli skoczkowie, Kacper Tomasiak w dwóch konkursach indywidualnych i wespół z Pawłem Wąskiem w rywalizacji duetów; jeden – panczenista Władimir Semirunnij w biegu na najdłuższym dystansie 10 km.

    Tomasz Kalemba osiągnięciami Polaków nie jest zaskoczony. – Na przekór negatywnemu nastawieniu pisałem przed igrzyskami, że mamy chyba najwięcej medalowych szans w ostatnich latach, więcej nawet niż w rekordowych pod tym względem igrzyskach w Soczi – mówi dziennikarz. – Mieliśmy dużo szans w łyżwiarstwie szybkim, do tego snowboard i mimo wszystko skoki. Liczyłem w nich przynajmniej na jeden medal w duetach, bo właściwie żadna ekipa nie miała dwóch równych, dobrych skoczków. A przecież był jeszcze nieprzewidywalny biatlon, a nawet narciarstwo alpejskie. Z reguły ok. 30 proc. szans przekuwa się w medale i to się potwierdziło. Nie można mówić, że cztery medale dla Polski to niespodzianka. Niespodzianką jest to, że trzy są w skokach, a jeden w łyżwiarstwie szybkim, bo akurat można było oczekiwać odwrotnie.

    Dziennikarz Interii miał szczęście oglądać na własne oczy i relacjonować polskie medale na skoczni narciarskiej. – Zwłaszcza ten pierwszy srebrny medal Kacpra Tomasiaka na skoczni normalnej to było wielkie wow! – dzieli się wrażeniami. – 19-letni chłopak, który dopiero co debiutował w Pucharze Świata, nigdy nie stał w nim na podium i zdobywa medal – piękna historia. Cieszę się tym bardziej, że trzy lata temu pisałem, iż mamy fantastyczne pokolenie młodych skoczków. Potrzebowali czasu. Okazuje się, że jest Tomasiak, a za nim jeszcze młodsi, dla których może stać się inspiracją.

    – Wyjątkowa jest także historia Pawła Wąska – kontynuuje Kalemba. – Mógł skończyć karierę po straszliwym upadku, którego doznał jako przedskoczek na pucharowych zawodach w Wiśle, jego kariera to była huśtawka, raz w górę, raz w dół. Cztery tygodnie temu wpadł w olbrzymi dołek, wręcz chciał przerwać sezon, przekonany, że nie pojedzie na igrzyska. Wielka w tym rola trenera, Maciej Maciusiak mu zaufał, wziął pod opiekę, miał plan i chłopak wraca z medalem. To trudna do opisania radość przeżywać ze sportowcami takie chwile.

    Trzeba podkreślić, że Tomasiak jest pierwszym polskim sportowcem (mężczyzną), który na jednych igrzyskach zdobył trzy medale. Wcześniej udawało się to tylko paniom: Irenie Szewińskiej, Otylii Jędrzejczak i Justynie Kowalczyk.

    Igrzyska to święto sportu, ale w obliczu trwających konfliktów i tu nie da się uniknąć polityki. Ukraiński skeletonista Władysław Heraskewycz został zdyskwalifikowany za kask z wizerunkami sportowców, którzy zginęli w wojnie na Ukrainie | Fot. EPA-ELTA

    Szukanie atmosfery

    Rozproszenie igrzysk w kilku włoskich ośrodkach pomiędzy formalnymi ich gospodarzami, Mediolanem i Cortiną d’Ampezzo, odbiło się nie tylko na logistyce, lecz także na atmosferze wydarzenia.

    – Kwateruję niedaleko Predazzo, w którym odbywają się zawody w narciarstwie klasycznym, skoki, biegi, kombinacja norweska – mówi Tomasz Kalemba. – Na arenach zawodów są kibice, radosna atmosfera, bo i Włosi potrafią się bawić. W samym miasteczku specjalnie atmosfery igrzysk jednak nie czuć, choć przy ratuszu jest zorganizowana strefa kibica, gdzie są organizowane różne imprezy. Jest tu m.in. Dom Polski, w którym można poznać naszą kulturę, spróbować polskich potraw.

    – Dużo bardziej klimat igrzysk można poczuć w Cortina d’Ampezzo. Ludzi jest tam znacznie więcej, główny deptak przypomina zatłoczone zakopiańskie Krupówki. Jest tam też bardziej bajkowo ze względu na widoki, piękne krajobrazy – relacjonuje Kalemba. – W Mediolanie atmosfery igrzysk nie czuć zupełnie, ludzie, którzy stamtąd przyjeżdżają do Predazzo czy Cortiny, twierdzą, iż tu faktycznie widać, że odbywa się święto sportów zimowych, choćby i przez sam fakt, że tutaj jest śnieg.

    W relacjach z Włoch nie brakuje informacji, że wiele tematów organizacyjnych nie domaga. – Panuje typowy włoski bałagan, ale akurat do niego po paru dniach można przywyknąć – potwierdza Kalemba. – Ludzie, którzy przybywali na zawody do Cortiny, mieli olbrzymie problemy z dotarciem we właściwe miejsce, bo mało kto był w stanie wskazać im drogę do obiektów. Na zawody alpejskie kibice mieli być transportowani kolejką, wagonikami po 50 osób, ale nie zdążono jej zbudować i nie wiadomo, kiedy będzie oddana… Wozi się więc ludzi na trasę zawodów busami po górskich serpentynach. Autobusy dla mediów i kibiców jeżdżą jak chcą, punktualność zupełnie przypadkowa. W trakcie dwugodzinnej jazdy z Predazzo do Cortiny kierowca zarządził nagle półgodzinną przerwę, bo tak mu wypadło z karty pracy.

    – Włosi podchodzą do wszystkiego dość luźno, nawet obiekty trudno określić jako przygotowane. Do tego rozkopane drogi, zasypywane kamieniem, wszędzie mnóstwo błota. Na drodze do skoczni błoto było po kolana, później ją czymś wysypali, co trochę poprawiło sytuację. Nie pamiętam, bym na jakichkolwiek igrzyskach widział takie obrazki – wspomina Kalemba.

    Wpadka zdarzyła się też organizatorom z medalami. Problem dotyczył głównie mechanizmu zrywającego na wstążce, który okazał się zbyt wrażliwy i medale urywały się, gdy np. sportowcy cieszyli się i podskakiwali.

    Plusem jest natomiast kuchnia w wiosce olimpijskiej, choć wielu sportowców mieszka w hotelach poza nią. – Tak postanowili choćby polscy skoczkowie w obawie przed epidemiami – informuje Kalemba. – Na niektóre posiłki chodzili jednak do wioski, gdzie jedzenie wszyscy sobie chwalą, zwłaszcza po ostatnich azjatyckich igrzyskach, gdzie wielu miało już serdecznie dość ryżu i kurczaka serwowanego na wszystkie posiłki.

    Cortina d’Ampezzo, współorganizator igrzysk, położona jest w samym sercu Dolomitów. Przyciąga nie tylko miłośników sportów zimowych, lecz także osoby spragnione spektakularnych widoków i kontaktu z naturą | Fot. Adobe Stock

    Bezpieczeństwo na słowo honoru

    Rozproszenie zawodów olimpijskich na dużym obszarze (na kolejnych imprezach sportowych będzie to jeszcze częstsze) ma dwojakie przyczyny. Organizacja igrzysk staje się coraz droższa i coraz mniej jest na nią chętnych, przez co ZIO 2018 i 2022 zorganizowano w Azji, bo z innych kontynentów nie było zgłoszeń.

    – Międzynarodowy Komitet Olimpijski miał też chyba już dosyć komentarzy, że wszystko robiono na pokaz – dodaje Tomasz Kalemba. – Obiekty budowano na jedne zawody, a potem niszczały. Obserwowaliśmy to ostatnio i w Soczi, i w Pjongczangu, i w Pekinie. Działacze komitetu w końcu powiedzieli stop, robimy jak najtaniej, chcemy wykorzystać istniejącą infrastrukturę, stąd np. we Włoszech nie odbudowano skoczni w Cortinie – co w mojej opinii byłoby o wiele fajniejsze – tylko zawody zlokalizowano w Predazzo. Nowe obiekty to tylko hala lodowa zrobiona w jakiejś dużej hali targowej i tor saneczkowo-bobslejowy. Tu akurat jestem pod wrażeniem, jak wkomponowano go w górski krajobraz, praktycznie zlewa się z górami, oby tylko był częściej wykorzystywany.

    Sporo do życzenia w trakcie włoskich igrzysk pozostawia dbałość o bezpieczeństwo uczestników. – Nie ma żadnym poważnych kontroli – twierdzi rozmówca „Kuriera Wileńskiego”. – Na igrzyskach olimpijskich spotykam się z czymś takim po raz pierwszy. W Soczi badano nawet to, czy kibice nie domieszali czasem alkoholu do napojów, sprawdzając gęstość cieczy. Człowiek jest przyzwyczajony do skanowania plecaków, tutaj tego nie ma, czasem ktoś poprosi o odpięcie plecaka, poświeci latarką do środka i to wszystko. Kibice też kontrolowani są pobieżnie. Podejście jest zupełnie luźne, rodzi to pewien dyskomfort, nigdy nie wiadomo, kto coś wniesie. Płoty, ogrodzenia zabezpieczające też stoją raczej na słowo honoru.

    Na szczęście nie odnotowano wielkich incydentów, choć już pierwszego dnia igrzysk doszło do paraliżu szybkich kolei. Włoskie ministerstwo transportu poinformowało, że sabotażyści uszkodzili infrastrukturę kolejową w pobliżu Bolonii, zakłócając ruch pociągów, opóźnienia sięgały ponad dwóch godzin.

    – Na torze saneczkowym ktoś poprzepinał kable w agregatach prądotwórczych, pojawiła się prokuratura, policja, było trochę zamieszania przed rywalizacją saneczkarzy w jedynkach. A saneczkarzy na torze też rozwożono, o zgrozo, na pace ciężarówki – dodaje Kalemba.

    – Gdy obserwuję te wszystkie wpadki łącznie, zastanawiam się, czemu Kraków wycofał się z rywalizacji o zimowe igrzyska. My, Polacy, naprawdę nie mamy się czego wstydzić, a pewnie powstałaby przynajmniej szybka kolej do Zakopanego. Tutaj, we Włoszech, 70 km do pokonania przez góry zajmuje koszmarne dwie i pół godziny, bo w górach nie ma kolei. Jestem przekonany, że transport i organizacja w Polsce byłyby o wiele lepsze niż podczas tych włoskich igrzysk – podsumowuje Tomasz Kalemba, dziennikarz sportowy portalu Interia.pl.

    Czytaj więcej: Srebrno-brązowe igrzyska

    Afisze

    Więcej od autora

    Dla Iranu nie widać dobrego scenariusza

    Jarosław Tomczyk: Huszang Asadi, irański pisarz emigracyjny, był w styczniu przekonany, że kolejna próba obalenia rządów w Iranie tym razem skończy się powodzeniem. Argumentował, że opozycja w końcu ma...

    Umarł król, niech żyje król!

    „Mogło być jeszcze lepiej” – powiedział chwilę po tym, jak sięgnął po olimpijskie srebro. A przecież nigdy wcześniej nie stał nawet na podium Pucharu Świata, w którym zadebiutował raptem...

    Setne urodziny Gdyni! Jubileuszowa wystawa z Wilnem w tle

    10 lutego 1926 r. Gdynia uzyskała prawa miejskie. Z rybackiej wioski wyrósł ważny port i nowoczesne miasto, wielki powód do dumy II Rzeczypospolitej. Stulecie tego wydarzenia dla Senatu RP...