Więcej

    Handel ludźmi – nietrudno stać się ofiarą. Problem ogarnia coraz więcej krajów

    Wydaje się, że w XXI w. ta forma niewolnictwa nie powinna mieć miejsca. A jednak! Jest to proceder, który świetnie się ma i prężnie rozwija, bo handel ludźmi jest, po broni i narkotykach, najbardziej dochodowym przestępstwem na świecie. Rozmawiamy ze Staną Buchowską, która w ramach pracy w organizacjach pozarządowych stara się zwalczać ten proceder.

    Czytaj również...

    Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych co roku ok. 2 mln ludzi pada jego ofiarą, z czego jedna trzecia to dzieci, w 30 proc. ofiarami tej zbrodni są kobiety. Zdawać by się mogło, że ten proceder dotyczy tylko odległych, biednych krajów trzeciego świata czy Ameryki Południowej. Nic bardziej mylnego. To się dzieje również w naszej konserwatywnej Europie.

    Zwalczaniem tego procederu zajęła się przed 30 laty (w Polsce założona 28 lutego 1996 r.) Fundacja przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu „La Strada” – jako pierwsza tego typu instytucja w Europie Środkowej i Wschodniej. Jej współzałożycielką i zarazem pomysłodawczynią nazwy była Stana Buchowska, która opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” o kulisach powstania i działalności tej organizacji.

    Brenda mazur: Jest Pani z urodzenia Słowaczką. Jak znalazła się w Polsce i jak doszło do tego, że zainteresowała się procederem handlu ludźmi?

    Stana Buchowska: Moja historia z Polską sięga jeszcze ubiegłego stulecia. Wówczas jako świeżo upieczona etnolożka Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie wyszłam za mąż i przyjechałam do Polski. Osiadłam w Poznaniu, podjęłam pracę w Instytucie Etnologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, po drodze był jeszcze pobyt w Kalifornii, w Stanach Zjednoczonych i doktorat z nauk społecznych na Uniwersytecie Zielonogórskim. A w 1995 r. zgłosiłam się na stanowisko koordynatorki projektu prewencji handlu kobietami. Ogłoszenie to zamieściły kobiety z Utrechtu w Holandii, z organizacji pozarządowej STV (Stichting tegen Vrouwenhandel) zajmującej się prewencją handlu kobietami, poszukujące w Polsce partnerów dla swojego projektu finansowanego przez UE. Szukały kogoś, kto pomógłby im stworzyć program dla Polek, które w tamtych latach zostały do Holandii zwabione podstępem, sprzedane do strefy seksbiznesu. Los zarządził, że przypadkiem trafiłam na to ogłoszenie w gazecie i wypadło na mnie. Stałam się koordynatorką, wtedy jednorocznego projektu prowadzonego jednocześnie w Polsce, w Czechach i Holandii.

    A rok później znalazłam się wśród założycielek Fundacji przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu „La Strada”. Już w styczniu 1997 r. do sieci przyłączyły się partnerki z Ukrainy, potem z Bułgarii. W 2001 „La Strada” poszerzyła się o cztery organizacje partnerskie: z Białorusi, Mołdawii, Macedonii oraz Bośni i Hercegowiny. Każda z tych dziewięciu organizacji miała własne metody działania, swoją specyfikę krajową, ale ramy były wspólne – działałyśmy w obszarze podnoszenia świadomości, informacji, prewencji i bezpośredniej pomocy dla ofiar. „La Strada” jest organizacją, dla której prawa człowieka są najważniejsze.

    handel-2026-02-28-6
    Handel ludźmi (ang. human trafiicking) obejmuje dziś: handel dziećmi, w tym nielegalne adopcje; handel kobietami i następnie zmuszanie ich do prostytucji; handel narządami ludzkimi; handel tanią siłą roboczą | Fot. Adobe Stock

    A dlaczego nazwa „La Strada”? Czyżby miało to coś wspólnego z włoskim klasykiem filmowym Federica Felliniego?

    Jeśli chodzi o polską nazwę organizacji, to rzeczywiście „La Strada” została „wymyślona” przeze mnie. Szukałyśmy nazwy na ten stricte polski projekt, przed złożeniem go do Komisji Europejskiej, i ja wpadłam na ten pomysł. I ma to związek z filmem Felliniego. Po pierwsze, la strada po włosku znaczy droga, a w tym naszym odniesieniu to wyboista droga, którą kobiety mają za sobą, albo mogą mieć przed sobą. Po drugie, fabuła filmu jak najbardziej nawiązywała do celów organizacji: opowiada o Gelsominie, niewinnej dziewczynie, która została sprzedana przez matkę za parę groszy brutalnemu cyrkowemu siłaczowi. Dziewczyna stała się nie tylko jego asystentką, ale i wykorzystywaną brutalnie niewolnicą. I wtedy niestety, nie miał kto jej z tych sideł wyrwać.

    Co ciekawe, we Włoszech jest podobna organizacja, która tam nazywa się „On the Road”.

    handel-2026-02-28-2
    Fundacja „La Strada” stara się dotrzeć z informacją do społeczeństwa, bo poziom wiedzy dotyczącej zjawiska handlu ludźmi bywa znikomy | Fot. materiały prasowe Fundacji „La Strada”

    Fundacja „La Strada” działa na rzecz poszanowania praw człowieka, zwalczania handlu ludźmi, niewolnictwa i pracy przymusowej. Jakie były początki i cele Waszej organizacji?

    Początkowo skupiłyśmy się na handlu kobietami. Program składał się z trzech komponentów. Pierwszym była akcja informacyjna – starałyśmy się przedstawić ten problem szerszej opinii publicznej i mediom. Drugim były działania prewencyjne – czyli spotkania w szkołach z młodzieżą i w tzw. grupach ryzyka. A trzecim komponentem tego programu była pomoc ofiarom – socjalna, prawna, medyczna, prowadzenie schroniska oraz 24/h telefon zaufania, pod którym dyżurowały profesjonalne psycholożki.

    Staraliśmy się po prostu dotrzeć z tą informacją do społeczeństwa, bo poziom wiedzy dotyczącej tego zjawiska był wtedy znikomy. Pamiętam, jak zorganizowaliśmy pierwszą konferencję, żeby powiedzieć o metodach handlu kobietami, i że jest taki program „La Strada”, który pomaga coś z tym zrobić, to dziennikarze przecierali oczy ze zdumienia.

    Szybko się zorientowaliśmy, że problem ogarnia coraz więcej krajów. Ta droga była następująca: kobiety z Europy Wschodniej trafiały do Polski, a potem na Zachód. Polska wówczas odgrywała taką niechlubną rolę „trzy w jednym”: kraju pochodzenia, kraju tranzytowego i kraju docelowego, bo i do Polski zaczęły przybywać dziewczyny i kobiety z krajów biedniejszych, jak z południowej Bułgarii wywodzące się z mniejszości tureckiej czy z Rumunii. A w 1991 r. upadł Związek Sowiecki i nagle się okazało, że kobiety z byłych republik ZSRR zaczęły nagminnie trafiać do Polski. Większość była wykorzystywana do prostytucji przy drogach i na parkingach, a niektóre sprzedawane były dalej do krajów zachodnich, co wiązało się z większymi zarobkami dla pośredników.

    Pytała mnie pani, czy współpracowaliśmy z jakaś organizacją na terenie Litwy. Przez wiele lat od 1997 r. mieliśmy nieformalny kontakt z organizacją „Centrum Wsparcia dla Rodzin Osób Zaginionych” „Dingusių žmonių šeimų paramos centro“ (DŽŠPC), na czele tej organizacji stała Ona Gustienė, która sama prywatnie doświadczyła tragedii zaginięcia swojej córki. Dziewczyna wyjechała do Polski i przepadła bez wieści. Szukano jej przez wiele lat bezskutecznie. Ta osobista tragedia matki była u podłoża jej późniejszych działań – pomagała wielu dziewczynom i kobietom z Litwy, które trafiły gdzieś na Zachód, stając się ofiarami seksbiznesu. Przypuszczam, że to była pierwsza na Litwie tego typu organizacja.

    Dziś możemy powiedzieć, że handel kobietami w tej części świata, czyli w Europie Środkowej i Wschodniej, był to jeden z negatywnych skutków ubocznych transformacji ustrojowej, która miała miejsce w latach 90.

    Mit lepszego życia na Zachodzie kusił i niósł również ze sobą zagrożenia.

    Już na początku naszej pracy, gdy zaczęłyśmy się stykać z poszczególnymi przypadkami, to zauważyłyśmy, że ogólnie zjawisko handlu ludźmi staje się zjawiskiem niezwykle dynamicznym i rozwojowym. Najpierw to był handel kobietami do seksbiznesu, potem się okazało, że też mężczyźni mogą być eksploatowani, potem doszedł werbunek ludzi do pracy przymusowej, popularna stawała się praca pomocy domowej, au pair, gdzie warunki były zbliżone do niewolniczych. Mało się mówiło wówczas o tym, ale doszedł proceder handlu narządami.

    Przestępcy działali bardzo aktywnie, sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. A my miałyśmy takie odczucie, że jesteśmy ciągle o krok za przestępcami organizującymi „przerzuty” ludzi. Zaczęłyśmy dostrzegać ogrom narastających problemów i zainicjowałyśmy Krajowy Program na rzecz Zwalczania i Zapobiegania Handlowi ludźmi w Polsce. I niezbędnym było, aby nie tylko organizacja pozarządowa, ale i państwo, które jest odpowiedzialne za swoich obywateli, by ich chronić, włączało się w walkę z tego rodzaju przestępczością, by rozpracowywać tę często bardzo rozległą sieć pseudobiznesową, wyłapywać ich organizatorów. To był już zakres organów ścigania. My jako organizacja musiałyśmy i nadal musimy działać bardzo ostrożnie, bo jak słusznie pani podkreśliła, handel ludźmi jest po broni i narkotykach najbardziej dochodowym przestępstwem na świecie, co wiąże się z tym, że w ich strukturach są bardzo niebezpieczni ludzie, zdolni do wszystkiego. Są to ogromnie rozbudowane sieci, a na dole tej hierarchii przestępczej stoją werbownicy wywodzący się z różnych środowisk. Ja np. spotkałam się z sytuacją, że pośrednikami byli dwaj bracia, a dowodziła nimi matka.

    handel-2026-02-28-5
    Trudniący się handlem żywym towarem traktują ludzi jak towar, a siebie postrzegają jako pośredników w wymianie handlowej | Fot. Adobe Stock

    Jak taka rekrutacja przebiega?

    Wszystko się zmienia, ewoluuje. Na początku były to ogłoszenia do prasy, potem nastąpiły czasy internetu i dziś ta rekrutacja wygląda jeszcze inaczej. Na perfekcyjnie opracowanych stronach przedstawiane są propozycje wspaniałej, dobrze płatnej pracy, okraszone pięknymi fotkami i opisami zadowolonych ludzi. Na miejscu jednak następuje wstrząs. Głośna była onegdaj sprawa Polaków wywożonych do południowych Włoch na zbiory pomidorów. Cały mechanizm polegał na tym, że osoby (często w trudnej sytuacji życiowej) odpowiadały na fałszywe ogłoszenia o pracę. Po przyjeździe do Włoch polscy i włoscy przestępcy odbierali im paszporty i telefony komórkowe, zakwaterowywali w prymitywnych warunkach, a za pracę nie płacili lub płacili ułamki obiecanych kwot. Ludzie byli zastraszani, szantażowani. Najgłośniejsza sprawa miała miejsce w lipcu 2006 r. w Apulii w okolicach Bari, gdzie uwolniono 119 Polaków. W tym przypadku ci „pracodawcy” gangsterzy ponieśli karę, rozpracowano całą siatkę i zostali skazani. Było to możliwe dzięki wspólnej operacji polskiej policji i włoskich karabinierów.

    Przerażającym procederem jest ściąganie kobiet do pracy, która okazywała się przymusową pracą w domach publicznych.

    Ściąganie kobiet do pracy w domach publicznych czy do filmów pornograficznych pod pretekstem legalnego zatrudnienia, np. jako barmanki, tancerki, opiekunki do dzieci czy osób starszych, to klasyczna forma handlu ludźmi w celu wykorzystywania seksualnego. Odbywa się to w różny sposób. Bywa, że najpierw jest „elegancka” agitacja. Kobieta często jest pod urokiem, jak się okazuje późniejszego sutenera, bywa, że zakochuje się w nim. Razem wyjeżdżają na niby egzotyczne wakacje, co okazuje się zwykłym uprowadzeniem, a dziewczyna ląduje w domu publicznym. Następnie uruchamia się mechanizm długu – „zafundowaliśmy ci darmowy przewóz, teraz musisz to odpracować!”. Wszystkiemu towarzyszy strach, bo „jeśli będziesz się stawiać, to rodzina się dowie, jaka z ciebie córka”.

    Niejedna dziewczyna jest kuszona przygodą wyjazdu do Holandii, aby pracować na plantacji tulipanów, inna poznała uroczego Włocha i marzy jej się zamążpójście, jeszcze inna chce doskonalić język w Niemczech jako au pair. Ale czy upewniły się, że plantacja rzeczywiście istnieje, czy sprawdziły, czym zajmuje się przystojny Włoch, kim jest osoba proponująca pracę w Niemczech? Z doświadczenia wiemy, że nie. My zawsze ostrzegamy na prelekcjach: „Sprawdź! Nigdy nie wiesz, dokąd naprawdę dojedziesz”.

    W 2005 r. wszedł na ekrany kin film „Masz na imię Justine” – o Marioli z małego miasteczka, która nie widzi tam dla siebie żadnych perspektyw. Pewnego dnia poznaje Artura, który proponuje wakacje nad Adriatykiem. Zamiast tego trafia do Berlina, gdzie zostaje przez tegoż Artura sprzedana jako prostytutka. Nadano jej imię Justine. Bardzo mocny, a zarazem do bólu prawdziwy film.

    handel-2026-02-28-4
    Początkowo pod pojęciem handlu ludźmi rozumiano wyłącznie handel kobietami, zmuszanymi do prostytucji, jednak znaczenie pojęcia uległo znacznemu rozszerzeniu | Fot. Adobe Stock

    Jak pomagacie takim oszukanym i poszkodowanym kobietom? Trauma, jaką przeżywają jest na pewno ogromna. Czy one dzwonią o pomoc, zgłaszają się do was?

    Pierwszym kontaktem jest telefon zaufania. One dzwonią same, jeśli jakimś cudem im się uda albo dzwoni ktoś w ich imieniu, np. jakieś instytucje albo sąsiadka, albo nawet ktoś przypadkowy. Zdarzały się nawet przypadki, że dzwonił klient agencji towarzyskiej, cudzoziemiec, który zorientował się, że ta dziewczyna, z której usług miał korzystać, to jest zastraszona, na siłę umieszczona osoba, nafaszerowana narkotykami. I ona prosiła, by jej pomógł. Takie historie też miały miejsce. Koleżanki przy telefonie robią wówczas ocenę sytuacji, co mogą zrobić, jaki kierunek działania obrać, by dziewczynę stamtąd wyrwać. Często potrzebna jest profesjonalna interwencja organów ścigania oraz interwencja kryzysowa: wsparcie, pomoc socjalna i prawna, miejsce w schronisku.

    Podczas pracy waszej fundacji spotykacie się z różnymi przypadkami okrucieństwa i zniewolenia człowieka. Czy któryś z nich zapadł Pani szczególnie w pamięć?

    Przypomniała mi się tu jedna z pierwszych historii naszej interwencji. Dotyczyła biednej, z lekka niepełnosprawnej mentalnie dziewczyny z Bułgarii, którą, przypuszczam, bardzo łatwo było zmanipulować, przywieźć do Polski, skierować do pracy przy drodze. I jej zagubionych, biednych rodziców, którzy przyjechali do Polski, trafili do nas z błaganiem odszukania córki, bo chcieli ją zabrać do domu. To było niezwykłe, z jaką desperacją o nią walczyli. Przyjechali, nawet już nie pamiętam jakim transportem (chyba koleją) do obcego kraju, nie wiedzieli, jak się tu poruszać, bez znajomości języka, funduszy. Jakimś cudem odnaleźli nasz lokal, co było niezwykłe, gdyż my ze względów bezpieczeństwa nie mieliśmy upublicznionego adresu. Od świtu siedzieli na schodach przed zamkniętymi drzwiami, czekając, że ktoś przyjdzie, z postanowieniem, że nie ruszą się, dopóki im nie pomożemy. I udało się. To było niezmiernie wzruszające, jak rodzice walczyli o odzyskanie swojej córki, wiedząc, czym się zajmowała.

    handel-2026-02-28-3
    Europejski Dzień przeciwko Handlowi Ludźmi obchodzony jest corocznie 18 października. To inicjatywa Komisji Europejskiej | Fot. materiały prasowe Fundacji „La Strada”

    Bo najczęściej jest tak, że dziewczyna, której uda się już wyrwać jakimś cudem, nie ma dokąd wrócić. Jest złamana psychicznie, bez pieniędzy, odrzucona i stygmatyzowana. I brak jest społecznego zrozumienia dla niej. Jest traktowana na zasadzie „wiedziała, na co się pisze, a teraz płacze!”.

    Pamiętam historię dziewczyny, która została ofiarą zborowego gwałtu w Wielkiej Brytanii, gdzie wyjechała zwyczajnie do pracy. Polska w tym czasie nie była jeszcze ściśle w strukturach unijnych i dziewczyna została deportowana. Przebywając w areszcie deportacyjnym, zorientowała się, że jest w ciąży. Ona sama pochodziła z małego miasteczka i jej matka nie chciała jej przyjąć w takim stanie i z taką historią, bo co ludzie powiedzą! Mimo tych wszystkich traum zdecydowała się to dziecko urodzić, chciała oddać je do adopcji.

    Tak się złożyło, że odwiedziłam ją w szpitalu po porodzie. Urodziła ślicznego, zdrowego chłopczyka. Gdy patrzyłam na tego niemowlaczka, zrobiło mi się przykro – pomyślałam, ledwie się urodziłeś biedaku, a już cię nikt nie kocha. Zajęłyśmy się nią z koleżankami z „La Strady”, przygotowałyśmy jej cały program wsparcia, znaleźliśmy fundusze i potem ja straciłam ten przypadek z oczu, bo ja nie zajmuję się stricte pomocą, w tym czasie zajmowałam się innymi obowiązkami. Po paru latach zobaczyłam na gazetce ściennej przy telefonie zaufania zdjęcie dwuletniego dżentelmena z muchą przy koszulce. Okazało się, że to jest ten chłopczyk. Dziewczyna wbrew rodzinie i nie zważając na ludzkie gadanie, zdecydowała się go zatrzymać, wychować. Zrobiła szkołę pomaturalną i pracuje w logistyce, mały chodził do przedszkola, świetnie sobie poradziła. Rodzina się od niej odwróciła, ale od nas otrzymała wsparcie i fundusze na edukację i początkową pomoc socjalną. Wyszła z tej historii obronną ręką.

    Innym okrutnym procederem jest wykorzystywanie dzieci do nierządu.

    Pedofilia to ogromny problem. Wykorzystanie seksualne dzieci to jedna z najbardziej dotkliwych i okrutnych form przemocy, coś, co zostawia rysę na całym dalszym życiu. Ja przez kilkanaście lat działałam w międzynarodowej organizacji pozarządowej ECPAT (skrót od ang. End Child Prostitution, Child Pornography & Trafficking of Children for Sexual Purposes, pol. – Koniec Prostytucji Dziecięcej, Pornografii i Handlu Dziećmi w Celach Seksualnych) skupiającej w swych strukturach organizacje z ponad 100 państw, której głównym celem jest eliminacja wszelkich form seksualnego wykorzystywania dzieci. Temat do niedawna jeszcze u nas przemilczany. Dopiero sprawy, które wychodzą teraz na światło dzienne, uzmysławiają nam skalę tego procederu i pokazują, w jakich środowiskach ma to miejsce.

    Afisze

    Więcej od autora

    Miłość – uczucie łączące dwa różne światy

    To czas na drobne upominki, romantyczne gesty, ale przede wszystkim na przypomnienie, że miłość jest jedną z najważniejszych wartości. Walentynki odradzają naszą miłość, lecz z reguły na krótko. W...