Zdziesiątkowanie kierownictwa islamskiej republiki, z ajatollahem Alim Chameneim na czele, nie oznacza mimo to upadku reżimu. Teheran zaryzykował, uderzając w eksport ropy i gazu z Zatoki, bo nie ma nic do stracenia. Pomocy znikąd, bo Rosja i Chiny są bezradne.
Konflikt Izraela i USA z Iranem ma tyle lat, ile republika islamska. Jednak od 1979 r. jeszcze nie było tak dużych szans na obalenie reżimu ajatollahów lub co najmniej trwałe pozbawienie go możliwości zagrożeniu przeciwnikom w regionie i – co najważniejsze – uniemożliwienie mu zdobycia broni jądrowej.
Załamanie gospodarcze w Iranie, najbardziej krwawe starcie reżimu ze społeczeństwem, rozbicie „osi oporu”, czyli sieci regionalnych sojuszników Teheranu – te trzy czynniki na raz musiały przekonać USA i Izrael do próby zniszczenia zagrożenia. Tak szeroko otwartego tzw. okna możliwości nie było chyba od 40 lat.
Wojna w Zatoce
Pierwsza fala uderzeń 28 lutego zdziesiątkowała kierownictwo Iranu. Zginął sam najwyższy przywódca Ali Chamenei, zginęli też m.in. dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) gen. Mohammad Pakpur i kluczowy doradca ds. bezpieczeństwa Ali Szamchani. Łącznie zabito kilkudziesięciu wysokich rangą urzędników ds. bezpieczeństwa oraz dowódców wojskowych i wywiadu.
System jest jednak tak zbudowany, że szybko znaleźli się następcy. Rakiety spadły też na cele militarne i kluczowe instytucje państwa, ograniczając możliwość odwetu i komplikując proces decyzyjny w Iranie.
Odwet oczywiście i tak nastąpił. Co ważne, Irańczycy nie tylko zaatakowali Izrael i bazy USA w regionie, lecz także uderzyli w cele cywilne i gospodarcze w krajach arabskich regionu. Bahrajn, Jordania, Kuwejt, Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie oświadczyły, że w ciągu pierwszych 48 godzin amerykańsko-izraelskiej kampanii przeciwko Iranowi (28 lutego i 1 marca) przechwyciły łącznie 385 irańskich pocisków i 881 irańskich dronów.
Obrona powietrzna generalnie sobie z tym poradziła, a z każdym kolejnym dniem intensywność ataków irańskich malała. Kurczą się zapas rakiet, a każde wystrzelenie pocisku naraża wyrzutnię na błyskawiczne uderzenie izraelskie lub amerykańskie. Koalicja szybko uzyskała panowanie w powietrzu nad Iranem i zdziesiątkowała wroga na morzu.
Jeśli mowa o cieśninie Ormuz, to nie jest to blokada, bo Irańczycy nie mają takich możliwości. Po prostu to jest wstrzymanie ruchu tankowców, bo firmy ubezpieczeniowe powiedziały: „na razie nie ryzykujemy”. A to jednak jest różnica.
Na razie rynki nastawiają się na krótkotrwałą wymianę ciosów, nie dłuższą niż wojna 12-dniowa z czerwca ub.r., po której prezydent Donald Trump ogłosi osiągnięcie celów operacji, a pozbawiony przywództwa Iran zajmie się swoimi wewnętrznymi problemami. Dlatego też, mimo że ruch tankowców z Zatoki Perskiej przez cieśninę Ormuz faktycznie został wstrzymany (a przez cieśninę przepływa nawet jedna piąta światowych dostaw ropy), mówienie o załamaniu światowego rynku nośników energii jest przedwczesne.
W pierwszych dniach wojny ropa podrożała do nieco ponad 80 dolarów za baryłkę. Analitycy nie wykluczają ponad 100 dolarów, ale tylko wtedy, gdy wojna okaże się znacznie dłuższa niż zeszłoroczna kampania, a żegluga w regionie będzie poważnie utrudniona. Prawdopodobieństwo realizacji tego scenariusza niewielu ocenia na ponad 10 proc., jednak nie można go całkowicie wykluczyć.
Jaka przyszłość czeka Irańczyków?
Kluczowe pytanie brzmi: co jest celem USA? Tylko kompletne zniszczenie potencjału militarnego Iranu, zniszczenie programu atomowego czy zmiana reżimu? Najłatwiej, sądząc po pierwszych dniach wojny, osiągnąć to pierwsze. Bez możliwości ofensywnych spada też zagrożenie ewentualnym pozyskaniem przez Teheran broni atomowej.
Najtrudniej zmienić władzę. W obecnych warunkach trudno sobie wyobrazić rewolucję obalająca ajatollahów i IRGC, także dlatego, że nie silnego ośrodka koordynującego opozycję. Można jednak zakładać, że obecna operacja wojenna ma na celu przede wszystkim otworzyć drogę do takiego rozwoju wypadków w kolejnych miesiącach. Żeby Irańczycy mogli znów masowo wyjść na ulice, konieczne jest zdziesiątkowanie sił mogących znów masakrować demonstrantów.
Stąd uderzenia powietrzne także bazy sił odpowiedzialnych za utrzymanie porządku wewnętrznego. Stąd dekapitacja kierownictwa polityczno-wojskowego republiki islamskiej. Stąd też rozmowy Donalda Trumpa z liderami Kurdów, żeby rozpoczęli działania lądowe przeciwko reżimowi z Teheranu w zachodniej części Iranu.
Osamotniony Iran
Głównym problemem dla reżimu ajatollahów jest jego międzynarodowa izolacja. Tym boleśniejsza, że własne możliwości militarne szybko się kurczą. Teheran podjął ryzykowną grę, atakując Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Arabię Saudyjską, a nawet Oman.
Kalkulacja polegała na tym, że to zmusi sunnickich monarchów do wywarcia presji na USA, żeby szybko kończyły wojnę. Jednak efekt może być odwrotny. W Rijadzie czy Abu Zabi przeważa dziś raczej przekonanie, że ważniejsze od szybkiego zakończenia wojny jest likwidacja zagrożenia irańskiego. Na dobre. Bo skoro teraz Teheran tak podpala w desperacji region, to nie ma gwarancji, że w przyszłości znów tego nie zrobi.
Iran zraził do siebie sąsiadów, z którymi w ostatnich latach jakoś poprawił relacje, nie zyskując nic w zamian. Co więcej, jego działania mające na celu ograniczenie eksportu ropy i gazu z Zatoki uderzają nie tylko w Europę, skłaniając ją do stanięcia jednak po stronie USA i Izraela (i atakowanych krajów Zatoki), lecz także w Chiny, sojusznika Teheranu. Pekinowi zależy na swobodnym transporcie ropy i gazu przez Ormuz. Działania irańskie w to uderzają.
Teheran nie ma co liczyć na zdecydowane wsparcie chińskie, idąc w eskalację wojny (nie ma innego wyjścia, bo gra o przeżycie). Ale nie ma też co liczyć na pomoc Rosji. Kolejny raz okazuje się, że sojusz z Putinem to sojusz papierowy. Przekonali się o tym wcześniej Baszszar al-Asad, Nicolás Maduro, a teraz Ali Chamenei – skończył zresztą najgorzej.
Dla Kremla to klęska. Cóż z tego, że ropa podrożała, skoro nie tak znów bardzo i zapewne na krótko? Budżetu to nie uratuje, a Rosja traci ważnego sojusznika. Nie ratuje go, bo jest za słaba, a poza tym nie chce narażać się Donaldowi Trumpowi.
W takim tempie na koniec kadencji prezydenta USA cała globalna oś zła może być już tylko historią.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 09 (26) 07-13/03/2026





