1
Ze wspomnień Sybiraka: „Byłem cudownie prowadzony”

Andrzej Leszewski (od lewej) jest redaktorem wspomnień Aleksandra Dowgiałły-Wierbila Fot. Marian Paluszkiewicz

Andrzej Leszewski (od lewej) jest redaktorem wspomnień Aleksandra Dowgiałły-Wierbila Fot. Marian Paluszkiewicz

„Minęły już 74 lata, odkąd wyjechałem z Wilna. Jestem pewny, że przez całe swoje życie byłem cudownie prowadzony i tylko Opatrzności Bożej zawdzięczam to, że dotychczas żyję — mówił podczas spotkania w Domu Dziecka na Antokolu dziś 85-letni wilnianin Aleksander Dowgiałło-Wierbil. Jak mówi, cudem uniknął pieca krematorium i został ciężko doświadczony na zesłaniu w Syberii. Były wychowanek przedwojennego sierocińca na Antokolu, prowadzonego przez siostry zakonne ze Zgromadzenia Miłosierdzia Bożego, przyjechał z Polski do Wilna już po raz trzeci, przywożąc wspomnienia. Cieszy się, że wszystkie szczegóły swego trudnego życia, wielokrotnie ocalanego cudem, udało mu się utrwalić w książkach.
Książki są wydane pod rodzinnym nazwiskiem — Dowgiałło — i przybranym — Wierbil. To wspomnienia „W stronę Syberii”, „Sybirska odyseja”, „Wspomnienia Sybiraka”, „Sybiracy z Wileńszczyzny dawniej i dziś”.

Aleksander Dowgiałło-Wierbil przyjechał tym razem do Wilna z grupą przyjaciół. Towarzyszyła mu Teresa Zozula, wicedyrektor Zespołu Szkół w Jędrzejewie, która przybyła do Wilna z grupą uczniów. Przygotowała ona biogram pana Aleksandra (wśród innych słynnych postaci z Wielkopolski), który został zamieszczony w internecie. Przybył również Andrzej Leszewski z Polski, który jest przewodnikiem, a zarazem redaktorem wspomnień wydanych przez Aleksandra Dowgiałło-Wierbila. Reprezentuje on też instytucję „Polska Golgota Wschodu”.

Spotkanie odbyło się 25 maja w Domu Dziecka na Antokolu. Przybyli na nie również krewni Aleksandra Wierbila z Łotwy. To wnuki brata Aleksandra, Ludwika: Atys i Ritvar, który przyjechał z żoną Sanitą Dowgiałło. Z Nowej Wilejki przybyła Wiesława Dowgiałło, córka najmłodszego brata Tadeusza.
— Bardzo nam miło, że gościem naszego Domu Dziecka na Antokolu jest po wielu latach Aleksander Dowgiałło-Wierbil, który jako małe dziecko przed wojną mieszkał tu w przytułku dla dzieci, prowadzonym przez siostry zakonne — przywitała zebranych Elwira Łotc, dyrektor Domu Dziecka na Antokolu.

Wzruszające spotkanie po latach z krewnymi z Łotwy i Nowej Wilejki Fot. Marian Paluszkiewicz

Wzruszające spotkanie po latach z krewnymi z Łotwy i Nowej Wilejki Fot. Marian Paluszkiewicz

Zanim Aleksander trafił do sierocińca, rodzina Dowgiałłów mieszkała w Wilnie, na ulicy Majowej, za Rossą. Ojciec był krawcem, w latach 1930-1936 służył także w policji w Wilnie. Zmarł na zapalenie płuc w kwietniu 1936 roku. Matka zmarła rok później. Oboje zostali pochowani na wileńskiej Rossie. Mały, sześcioletni Olek wraz z rodzeństwem trafił do domu dziecka — osobno chłopcy (Ludwik, Tadeusz i Edward), osobno dziewczynki (Alina i Wanda), które znalazły się pod opieką sióstr zakonnych. Dom dziecka, a raczej przytułek dla dzieci im. K. Zubowicza na Antokolu w Wilnie — był na ulicy Senatorskiej 29a (dzisiaj to ulica Vinco Grybo 29a).
Nie ma już tych domków przy dzisiejszej ulicy Grybo, w których mieszkał mały Aleksander. Z tamtych przedwojennych lat zachowała się jedynie stara jabłonka. Pozostały też ciepłe wspomnienia o siostrach zakonnych, które opiekowały się sierotami. Przytulały one małe dzieci, podsuwały im wyhodowane w ogrodzie pomidorki. Podpowiadały, jak żyć po bożemu.

W Państwowym Archiwum Litwy zachował się zapis, że Aleksander Dowgiałło, syn Sylwestra i Teofili, ur. 12. 07. 1931 r. w Wilnie, 19 lipca 1937 r. był umieszczony w przytułku dla dzieci imienia K. Zubowicza. W roku szkolnym 1938/39 uczył się w pierwszej klasie szkoły im. Zygmunta Sierakowskiego. Potem przyszła wojna.

Zimą 941/1942 w sierocińcu zapanował straszny głód, dzieci wyjadały resztki roślin z ogródków, które pozostały po wywiezionych przez Rosjan siostrach zakonnych. Starsze dzieci zaczęto wysyłać do robót, młodsze rozdawano ludziom.

— Największe spustoszenie w organizmie dziecka czyni głód — opowiadał Aleksander Dowgiałło. — Pierwszego głodu zaznałem, kiedy Niemcy wkroczyli do Wilna. Szczegółów nie będę opisywał, gdyż jest to bardzo bolesne. Tamto przeżycie jest we mnie, w moim umyśle, psychice, strachu. Szukając pożywienia uciekaliśmy z domu dziecka ukradkiem do kościoła Misjonarzy, gdzie dostawaliśmy po kawałku chleba i pouczenia, jak nie zabłądzić w tym życiu.

12 kwietnia 1942 Aleksander został zabrany z przytułku. Jak mówi, to mu uratowało życie.
Rolnik Juozas Verbilis ze wsi Surgieliszki z rejonu szyrwinckiego zabrał chłopca do pomocy w swym 36-hektarowym gospodarstwie.
— Zapytano mnie, czy pójdę do tego gospodarza. Popatrzyłem, że dobrze ubrany i zdecydowałem, że pójdę, gdyż miałem dość głodu — opowiadał wilnianin. Zmieniono mu nazwisko, oddano do szkoły.

W 1949 r. rolnik był „rozkułaczony” i deportowany z rodziną i Aleksandrem na Syberię. Jechali w nieludzkich warunkach przez miesiąc. Trafili do rejonu kirowskiego w okręgu irkuckim, gdzie spędził 6 lat i 10 miesięcy.

„Przywieziono nas do miejscowości Gorochowo 25 kwietnia 1949 roku. Komendant powiedział, że „dobrowolnie przyjechaliście tu uprawiać ugory i odłogi i zostaniecie tu na wieczność. A jeżeli ktoś nie podpisze zgody, wyjedzie tam, gdzie lata nie ma i nie zawsze świeci słońce”. Tylko modlitwa pozwoliła wtedy wytrwać i nie zwariować. Rosjanie byli pogodzeni z biedą i nie narzekali, myśleli, że tak jest wszędzie i że tak musi być. Wiadomo — propaganda robiła swoje. A poza tym bano się NKWD i ludzie woleli nie okazywać swego niezadowolenia” — pisze we wspomnieniach Aleksander Dowgiałło-Wierbil.

19-letni Aleksander w 1950 roku ukończył kurs mechanizacji rolnictwa. Do 1953 pracował jako traktorzysta w kołchozie Krasnaja Zwiezda — 1 600 ha ziemi w tajdze. Przy młóceniu zboża wchodziło się do niego z butami, by trochę zboża zaczerpnąć do butów i tak przemycić do domu.
Kolejne dwa lata był rachmistrzem brygady traktorzystów, a w 1955 — magazynierem.
„Traktorzyści mieli budynek drewniany, w którym odpoczywali po skończonej zmianie. Na pryczach leżały kufajki, które nigdy nie były prane. Były tak przesiąknięte olejem, że woda po nich spływała. Nie było warunków, by człowiek mógł się umyć i zmienić ubranie. I mydła brakowało. Chleb pieczono z łusek zbóż: owsa, jęczmienia, prosa, żyta. Mąki w tym było mało. Taki chleb był czarny i ciężki. Zjadłeś go raz i znów byłeś głodny. Śniło mi się, że jestem na Wileńszczyźnie, że gospodyni wsadza chleb do pieca, widzę, jak to ciasto układa, ręce moczy wodą, wygładza. Na chlebie robi znak krzyża, wsadza do rozgrzanego pieca. Zapach roznosi się po całej izbie. Raz przysłano mi paczkę: chleb ze słoniną grubą na dłoń. Traktorzysta Aloszka mi tę słoninę zjadł. Rosjanin nigdy w życiu czegoś podobnego nie próbował, myślał, że to ser” — pisze we wspomnieniach.
Opowiada, jak dwukrotnie cudem uniknął śmierci. W kołchozie dyżurował przy suszeniu ziarna. Nalewał benzynę z beczki, aż nieoczekiwanie od stojącej w pobliżu lampy naftowej zapaliły się opary. Sam nie wie, jak uniknął pożaru.
— Szybko nakryłem dłonią otwór w beczce i przewróciłem ją do góry, czapką przykryłem i ugasiłem ogień. Nie wiem, kto mi pomógł, bo byłem wychudzony i słaby, a beczka miała 200 litrów. Gdyby beczka wybuchła, NKWD mnie rozszarpałoby, gdyż w magazynie były tysiące ton pszenicy — opowiadał.

Po latach miał miejsce inny wypadek. Ładowali na samochód ciężarowy beczkę z 200 litrami benzyny. Nie było rampy ani żadnych urządzeń do załadunku, więc postanowili beczkę podnieść we trzech. W czasie podnoszenia Aleksander się pośliznął, upadł na ziemię, a upadająca beczka zmiażdżyła mu prawą dłoń. Droga do szpitala wiodła 40 km w 50-stopniowym mrozie, samochód przedzierał się przez zaspy, trzeba było wysiadać, łamać sosenki, podkładać pod koła. Rękę w szpitalu zoperowano, uratowano.

„4 maja 1954 roku komendantura wezwała każdego, kto był Polakiem, żeby dostarczył potwierdzający to dokument. Złożyliśmy kopię karty repatriacyjnej, po czym kazano nam czekać. Rok później ujrzeliśmy długo wyczekiwaną zbiorową listę tych, którzy będą mogli wyjechać do Polski. Nie kryliśmy radości, gdy znaleźliśmy tam nasze nazwiska” — pisze Aleksander.

Powrót do Polski rozpoczął się 19 listopada 1955 roku. Rodzina Wierbilów w grudniu dojechała do Giżycka — tam był punkt repatriacyjny — i tam zaczęła szukać swojego miejsca w Ojczyźnie. Pierwszy raz wówczas po wielu latach jedli biały chleb. Płakali przy tym. Pojechali do Żelichowa koło Krzyża Wlk., gdyż tam zamieszkali ich sąsiedzi z Litwy, Rosochaccy. Tam Aleksander rozpoczął pracę jako traktorzysta w PGR Żelichowo. W latach 1956-1958 pracował jako inkasent podatkowy, delegat ds. skupu płodów rolnych Gromadzkiej Rady Narodowej w Trzciance, później, do roku 1959, był sołtysem w Kuźnicy Żelichowskiej. 25 marca 1959 roku zawarł związek małżeński z Zuzanną Kurach. Aby zapewnić rodzinie byt, po kilku miesiącach wyjechał do Gdańska i podjął pracę konduktora tramwajowego (1959-1960). W międzyczasie, w roku 1959 zmarła Tekla Wierbil, przybrana matka Aleksandra, oraz urodziły mu się dzieci: córka Stanisława (1960) i syn Tadeusz (1961). Po śmierci przybranej matki Aleksander z rodziną odszedł od Józefa Wierbila, gdyż nie mógł się pogodzić z tym, że były gospodarz nadal traktował go jak chłopaka na służbie. W 1962 roku wyjechał z rodziną na Śląsk. Tam podjął pracę górnika w Kopalni Węgla Kamiennego „Moszczenica” w Jastrzębiu Zdroju. Przeżył wypadek na dole w kopalni (o mało nie zatruł się metanem).
W roku 1964 urodził się drugi syn, Janusz.
Potem Aleksander pracował w Biurze Inżyniera Strzelniczego. Prowadził je do 1974 r.

W tym też czasie otrzymał nieoczekiwany prezent od losu. Jego bilet na koncert miał szczęśliwy numer i wygrał Fiata 126p.
— To była pierwsza moja własność. Chciałem to jak najlepiej zagospodarować. Postanowiliśmy sprzedać auto i wyjechać na wieś, żyć na swoim. Fiat był dla mnie luksusem, ja zaś wolałem mieć na wsi dom i gospodarstwo rolne. Cieszy mnie, że zostałem właścicielem swego domu, a nie tułaczem, gdyż nie posiadałem po powrocie z Syberii niczego swego — opowiadał.

Następnie został sołtysem Bukowca, a w latach 1988-1990 i 1990-1994 pełnił funkcję radnego w Radzie Gminy Czarnków. W 1989 roku zostaje członkiem Związku Sybiraków w Pile, a w latach 1990-1992 pełnił funkcję prezesa Koła Związku Sybiraków w Czarnkowie.
Dzięki wsparciu samorządu Gminy Czarnków, powiatu i Senatu RP wydaje trzy książki o tematyce sybirackiej, z których sprzedaży całkowity dochód przeznacza na rzecz domów dziecka.
W roku 2005 Aleksander Wierbil otrzymuje od prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego „Krzyż Zesłańców Sybiru”, a w roku 2009, z okazji 50-lecia związku małżeńskiego otrzymuje od tego samego prezydenta RP „Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie”.
W latach 2010-2014 organizuje zjazdy Sybiraków i uroczystości związane z odsłonięciem tablic pamiątkowych Golgoty Wschodu w okolicznych kościołach (Bukowiec — 2010, Czarnków — 2013). 1 marca 2013 roku otrzymuje Srebrną Odznakę Honorową — Zasłużony dla Związku Sybiraków.

— Obecnie jest Rok Miłosierdzia Bożego, chciałem w tym okresie być w Wilnie, gdyż zostałem cudownie uratowany po wielokroć właśnie dzięki Opatrzności. Widocznie zadziałały ślady siostry Faustyny, po których chodziłem. Ktoś mnie prowadził — mówi.

Jedna odpowiedź do Ze wspomnień Sybiraka: „Byłem cudownie prowadzony”

  1. schlange mówi:

    momentami bardzo trudne wręcz dramatyczne życie, lecz zawsze w blasku Miłosierdzia Bożego )))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.